środa, 21 czerwca 2017

Ostatnia prosta, czyli jeszcze jeden egzamin i wakacje!

Wszystkie zajęcia trzeciego roku już oficjalnie za mną. W poniedziałek byłam odrobić zaległą pediatrię na odddziale noworodków, gdzie trafiłam na bardzo sympatyczną lekarkę, która powiedziała na głos dokładnie to co sama pomyślałam jak tylko weszłam do sali "wcześniaki to takie brzydale, żółte, z nieforemnymi głowami" :D Pobadałam maluszki, ledwo utrzymując się na nogach, bo w sali było strasznie gorąco, a ja miałam na sobie ubranie ochronne, które nie przepuszczało powietrza (nie mogliśmy mieć własnych fartuchów, pewnie chodzi o to, że nosimy je na wszystkich oddziałach, więc moglibyśmy przenieść jakieś zarazki na odział).
Zaliczenie z pediatri, tak jak się spodziewałam, zdali wszyscy. Co ciekawe, adiunkt dydaktyczna, która wysyłała nam wyniki, napisała, że to pierwsza taka sytuacja w historii ich Zakładu. Test był bardzo przystępny, zdecydowanie najtrudniejsze było wstanie i dojechanie na niego na 9 rano, bo dzień wcześniej była bardzo fajna impreza w "uczelnianym" klubie, na którą wybrało się całkiem sporo osób z mojego roku, w tym oczywiście ja. Część znajomych bawiła się trochę krócej niż zazwyczaj, ale mi się świetnie tańczyło, więc z kilkoma innymi osobami z roku, skończyliśmy dopiero koło 4 rano :P
Po zaliczeniu z pediatrii przyszedł czas na naukę do egzaminów. Pierwsze 3 dni było naprawdę kiepsko z moją motywacją, zwłaszcza, że w jeden wieczór koleżanka organizowała urodziny, a w kolejny kolega zapraszał na domówkę. Do tego mieliśmy jeszcze zaliczenie praktyczne z dermatologii (nic skomplikowanego, zebranie wywiadu i krótka rozmowa z lekarką o pacjencie i jego chorobie/próba diagnostyki różnicowej), a ja musiałam także odpowiedzieć z materiału omawianego na zajęciach, na których mnie nie było. Dostałam krótki teścik, 10 pytań jednokrotnego wyboru, który prowadząca sprawdziła od ręki i od razu omówiła ze mną to co miałam źle.
W czwartek usiadłam w końcu do patofizjologii. Udało mi sie przeczytać raz większość materiału, tylko z ostatniego działu nie doczytałam 2 seminarek, ale pocieszałam się, że może będę coś pamętać z nauki do kolokwium. Egzamin nie był ani prosty, ani trudny. Nie różnił się specjalnie od testów, które pisaliśmy w trakcie rok. Niektóre pytania były dość niefortunnie sformułowane, kilka było bardzo podobnych do tych z poprzednich lat, zagadnienia, na których się skupili też raczej nikogo nie zaskoczyły. Jak zawsze przydałoby się trochę więcej czasu na pisanie, mieliśmy 50 minut na 50 pytań. Niby 1 min. na pytanie to nie tak mało, ale jak człowiek próbuje się na szybko dokopać do konkretnej informacji w głowie to wszystko się miesza. Po wyjściu z auli nie byłam w stanie jednoznacznie ocenić czy zdam, czy nie, ale na szczęście wyniki były jeszcze tego samego dnia popołudniu. Udało się, kolejny przedmiot zaliczony. Zdawalnośc była podobna jak w ubiegłym roku, egzamin oblało tylko 19 osób, a większość, podobnie jak ja, dostała tróję. Oczywiście kilku studentom udało się złapać wyższe oceny, ale było ich niewielu.
Podczas gdy mój rok pisał patofizjologię, drugoroczniacy wracali właśnie po walce z biochemią. Opinie były zaskakujące jak na ten przedmiot, "test był w porządku", "nie było tak źle". Okazuje się, że poważna rozmowa "góry" z szefem zakładu była chyba skuteczna, bo egzamin był nieporównywalnie prostszy niż nasz, co ma odzwierciedlenie w wynikach. Jedynie 17% roku nie zdało, co porównując z naszymi 50% wiele mówi. Podobno profesor obniżył im nawet próg zaliczenia, co u nas, mimo podania, nie przeszło. W związku z tak dobrymi wynikami, zarówno drugi, jak i trzeci rok miał co świętować, więc w okolicy akademików zaroiło się od szczęśliwych studentów, opijających sukces, i tych mniej szczęśliwych, zapijających smutki :P
Dziś niestety trzeba znów usiąść do nauki, bo w poniedziałek czeka nas kolejny, dla mnie ostatni już w tym roku, egzamin z dermatologii. Ponieważ jest on przeprowadzany w formie testowej dopiero od zeszłego roku, nie bardzo wiadomo czego się spodziewać, ale ma być to test jednokrotnego wyboru, więc nie powinno być tak źle :)
W "międzyczasie" dalej przygotowuję się do wyjazdu do Meksyku. Załatwiłam sugerowane szczepienia, ogarnęłam sprawy finansowe, kupiłam trochę ubrań. Nadal zostało mi parę spraw do ogarnięcia, ale powinnam się ze wszystkim wyrobić na czas. Wylot już niedługo, nie mogę się doczekać :D

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Czerwiec, czyli mówicie, że sesja się zbliża?

5 dni temu zaczęliśmy ostatni miesiąc nauki w tym roku akademickim. Wydawać by się mogło, że oznacza to, nadchodzące wielkimi krokami, długie godziny spędzone nad książkami. Niby tak, ale jednak jakoś to wszystko inaczej teraz wygląda niż w poprzednich latach. Na pierwszym roku była "tylko" anatomia, na drugim praktycznie "tylko" biochemia, a mimo tego aurę stresu i poczuci, że nadszedł czas pilnej nauki, dawało się wyczuć już w maju (i chyba nic się nie zmieniło, bo w moich blogowych statystyka ponownie zagościły już hasła odsyłające w stylu "nic nie umiem z anatomii", "anatomia w miesiąc jak się nauczyć", nieustannie mnie to bawi :P ).
Tym razem, choć przed nami zaliczenie z pediatrii i 2, a przed wieloma osobami 3 egzaminy, to atmosfera jest znacznie spokojniejsza. Ładna pogoda, słoneczko, koncerty, imprezy, plaża w weekend, ewentualnie, jak w moim przypadku, praca od piątku do niedzieli (co nie przeszkodziło mi oczywiście w świętowaniu Juwenaliów!). Po części wynika to pewnie z tego, że ludzie oswoili się z ciężkimi sesjami. Zresztą, tym razem to zimą mieliśmy te bardziej wymagające egzaminy, a te letnie są już zupełnie inne. Po pierwsze, dotyczą przedmiotów klinicznych, więc nauka do nich będzie odrobinę przyjemniejsza. Po drugie, każdy student zdaje sobie sprawę, że nie są one aż tak "groźne" jak anatomia i biochemia, które skutecznie mogły doprowadzić do powtarzania roku. W zeszły piątek mieliśmy zaliczenie roku z interny, zdawalność wyniosła 100%, co oczywiście pozytywnie nastawia, ale też rozleniwia jeszcze bardziej :D W sobotę czeka nas pediatria, pewnie wyniki będą podobne, choć niestety sam w sobie test jest trudniejszy, bo wielokrotnego wyboru, bez celowanych odpowiedzi :( Właśnie zaczynam się do niej powoli uczyć, bardzo powoli. Miałam zacząć wczoraj, ale pochłonęło mnie planowanie wyjazdu do Meksyku. Tak jak na początku byłam umiarkowanie podekscytowana, tak teraz, im bliżej wylotu i im więcej wiem o tym kraju, tym bardziej nie mogę się doczekać. Mamy już ułożony ramowy plan zwiedzania, gdyby nie ograniczenia czasowe i finansowe to byłby jeszcze ciekawszy, ale nawet taki jak jest zapowiada się świetnie. Jak zaczęła przeszukiwać przeróżne strony i blogi w internecie, to ani się obejrzałam jak minęła mi cała niedziela.
Dziś jest niewiele lepiej, jeśli chodzi o naukę pediatrii, bo przed południem byłam odrobić ("na zapas") farmakologię, żebym nie musiała w piątek wstawać na nią na 8, później byłam dogadać odrabianie zaległych ćwiczeń na oddziale noworodkowym, na który wybiorę się w środę rano, a po powrocie znów pochłonął mnie Meksyk. W "międzyczasie" napisałam jeszcze historię choroby na dermatologie, zjadłam obiad i dopiero teraz otworzyłam w końcu skrypt z pediatrii. Mam jeszcze 4 dni, ale po drodze jest zaliczenie z EKG, a dodatkowo znów wybieram się do pracy, tym razem od środy do piątku, dobrze się złożyło, że nie mam już prawie żadnych zajęć.
Naukowo dalej jestem "na czysto". Zdałam drugie, ostatnie w tym semestrze kolokwium z farmakologii, w dodatku znacznie lepiej niż się spodziewałam, interna "odhaczona", zwolnienie z egzaminu z diagnostyki już też oficjalnie potwierdzone, czyli wszystko idzie tak jak powinno. Jeśli uda mi się zmotywować na te ostatnie 2 tygodnie nauki, to jest spora szansa, że 26 czerwca zacznę 3 miesięczne wakacje, tym razem bez kampanii wrześniowej :D Ale nawet jeśli czegoś nie zdam, to skoro poprawa z biochemii nie popsuła mi wakacyjnych planów, to tym bardziej nie zrobi tego dermatologia czy patofizjologia, to są przedmioty, których, koniec końców, po prostu nie da się nie zdać.
Ze spraw nienaukowych, Tramwaj Zwany Pożądaniem zakończył się sukcesem, odsypiałam go, nie tylko całą sobotę, ale cały weekend :D

Pod koniec maja byłam też na pozoracji wypadku masowego, organizowanego dla studentów 3 roku ratownictwa, przy współpracy Koła Ratunkowego ze strażą pożarną i policją. Odbywała się ona we wtorek, więc znów opuściłam zajęcia z dermatologii, jaki pech :D Na szczęście będę miała zwolnienie. Sama pozoracja nie była moją pierwszą, jeszcze za czasów działalności w HOPR miałam okazję grać poszkodowanych, więc wiedziałam co i jak. Wyszło bardzo fajnie, widać, że współpraca różnych służb działa naprawdę sprawnie, choć oczywiście nie obyło się bez błędów, no ale właśnie po to takie akcje są organizowane, aby móc poprawić to co wypada źle. Jakbym miała mało wywiadów po Tramwaju, dopadła mnie w którymś momencie ekipa z kamerą i, za nic mając sobie moja czerwoną opaskę na ręce (w systemie triage oznacza to ciężki przypadek, wymagający pomocy w pierwszej kolejności), poprosili mnie o kilka słów do kamery, "najlepiej na stojąco, bo pan kamerzysta nie bardzo może się schylać", no niech im będzie, wstałam i coś tam opowiedziałam, ach to moje "parcie na szkło" :P Oczywiście żartuję, nie jestem jakąś miłośniczką występów radiowych i telewizyjnych, a mój głos na nagraniach brzmi okropnie, po prostu czasem działalność w IFMSA tego wymaga, a że nie mam z tym problemu, to czemu nie, skoro mnie ktoś prosi.

Ostatnio, w ramach sporej ilości wolnego czasu, poza pracą dorywczą, zabrałam się za czytanie książki Pawła Reszki "Mali Bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy." Prawdę mówiąc, spodziewałam się czegoś ciekawszego. To nie tak, że to jest kiepska książka, po prostu mam wrażenie, że jak ktoś śledzi na bieżąco sytuację w polskiej ochronie zdrowia i idąc na te studia zadał sobie trochę trudu, aby zapoznać się z realiami pracy lekarza w Polsce, a nie tylko opiera się na własnych wyobrażeniach, to nie dowie się z niej niczego odkrywczego. Jest kiepsko. Państwo nie ma pieniędzy. Młodzi lekarze harują na kilku etatach, specjaliści często też. Pieniądze są nieadekwatne do ilości pracy i odpowiedzialności. Lekarze często sa niesympatyczni i brak im empatii. Pacjenci często są roszczeniowi i upierdliwi. I jedni i drudzy na ogół nie sa temu winni, bo to system jest zły. To tak podsumowując przekaz książki w kilku zdaniach. Mam wrażenie jakbym czytała profil Porozumienia Rezydentów i Porozumienia Zawodów Medycznych na Facebooku, może dlatego mam wrażenie, że nie dowiaduję się niczego nowego.
Póki co, spodobał mi się jeden cytat, dotyczący stażu podyplomowego. Moim zdaniem jest bardzo trafny i spokojnie można by go rozszerzyć o praktyki wakacyjne i przedmioty kliniczne na studiach.
No niestety, taka prawda.

czwartek, 18 maja 2017

Biopsja i wkłucie centralne, czyli na internie też może być ciekawie.

Interna, a dokładniej "choroby wewnętrzne" to strasznie obszerna dziedzina medycyny. Już same nazwy oddziałów, na których miałam okazję mieć w tym roku zajęcia z tego przedmiotu, świetnie to obrazują. W pierwszym semestrze przewinęliśmy się przez 3 różne "interny": diabetologię, hipertensjologię i endokrynologię. Wszystkie te odziały miały w swoich nazwach "choroby wewnętrzne" i choć specyfika chorób, z którymi pacjenci tam trafiali, była różna, to same zajęcia, o czym pisałam już kiedyś, były dość monotonne i wszystkie wyglądały bardzo podobnie. Musieliśmy nauczyć się podstawowego badania podmiotowego i przedmiotowego, czyli zbierania wywiadu, opukiwania, osłuchiwania i przez cały semestr właśnie na tym się skupialiśmy. W tej części roku akademickiego, trafiliśmy na oddział nefrologiczny, gdzie najprawdopodobniej zajęcia niewiele by się różniły od tych wcześniejszych, gdyby nie to, że trafiliśmy na wspaniałego prowadzącego.
Każdy kto mnie zna, wie, że rzadko zachwycam się asystentami, dr D. jest tutaj wyjątkiem. Praktycznie po każdych zajęciach opowiadam wszystkim dookoła się jaki jest super :P
Wesoły, sympatyczny, potrafiący w ciekawy sposób opowiadać o przypadkach, a także jasno i zrozumiale wytłumaczyć kwestie, z którymi mamy problem. Do tego, zamiast suchej wiedzy, wymaga od nas myślenia, czego bardzo często brakuje mi u innych asystentów.
Teoretycznie, w tym semestrze powinniśmy skupić się na nauce oceny badań EKG. Łatwo sobie wyobrazić jak potwornie nudne byłoby siedzenie 3h co tydzień i odczytywanie szlaczków z elektrokardiogramów. Na szczęście, Pan Doktor także zdaje sobie z tego sprawę i na każdych zajęciach dostajemy dużo innych, ciekawszych rzeczy do zrobienia. Mieliśmy okazję oglądać wykonywaną przez niego biopsję nerki, w innym tygodniu zbieraliśmy wywiad i badaliśmy pacjentkę po przeszczepie, której następnie trzeba było wykonać USG nerki, więc najpierw wykonał je dr D., opisując co widać na ekranie, a następnie każda z nas miała okazję sama wziąć głowicę do ręki i pobawić się w ultrasonografistę. Na oddziale mają całkiem dobry sprzęt, więc nawet moim niewprawnym okiem, byłam w stanie zobaczyć wszystko to co doktor wskazywał. Najciekawsze zajęcia, miały jednak dopiero nastąpić. Gdy wczoraj ok. 9 wpadłam na oddział, jak zwykle na ostatnią chwilę, od wejścia usłyszałam od dziewczyn z mojej grupy, że "Idziemy dzisiaj na wkłucie centralne, będziesz asystować.". Moją pierwszą myślą było "Ale jak to ja? Nikt inny nie chce?". Najwyraźniej własnie tak było, bo żadna z moich koleżanek nie sprawiała wrażenia zainteresowanej. Oczywiście, byłabym chętna nawet gdybym nie została do tego wytypowana, kto jak kto, ale ja nigdy nie odpuszczam okazji do asystowania przy czymkolwiek. Tak więc, umyłam się i ubrałam do zabiegu (na bloku operacyjnym miałam łatwiej, bo wszystko mi podawano, a tutaj musiałam sama się pobawić w prawidłowe zakładanie jałowych rękawiczek, niby banał, a jednak wygodniej gdy tylko wystawiasz ręce, a pielęgniarka ci pomaga :P ) i czekałam co dalej. Zabieg, choć z pozoru prosty, był dla mnie czymś nowym i ciekawym. Miałam okazję własnoręcznie wsadzić cewnik po prowadnicy, aż do przedsionka serca, a później przyszyć końcówkę za uchwyty do skóry :) W którym momencie, dr D. skomentował, że "Pani to by się do operatywy nadawała.". Chyba nie muszę pisać, jak dużą radość sprawił mi tym komentarzem, a nie miał pojęcia, że interesuję się chirurgią, więc uwielbiam go za to jeszcze bardziej <3 Nadal nie jestem (i nigdy nie będę) zainteresowana zostaniem internistą, ale zajęcia są naprawdę w porządku.

Jeśli chodzi o inne przedmioty, to na pediatrii byliśmy w tym tygodniu na oddziale niemowlęcym, w końcu mieliśmy okazję zbadać dziecko, a nie tylko siedzieć i się nudzić w przychodni. Maluch miał rok i 4 miesiące i był zaskakująco cierpliwy, biorąc pod uwagę, że byliśmy już drugą grupą, która go badała. Jego mama była bardzo pomocna, co ułatwiało sprawę. Nie wiem dlaczego dzieci w tym wieku, zdają się mnie lubić, ale nawet lekarka sama to skomentowała.
Naukowo jestem aktualnie "na czysto". Poprawka z farmakologii zdana, kolokwium z diagnostyki zdane (w dodatku wystarczająco dobrze, aby mieć zwolnienie z egzaminu), a przedwczoraj, choć byłam co do tego bardzo sceptycznie nastawiona, okazało się, że ostatnie kolokwium z patofizjologii także mam zaliczone. W nadchodzącym tygodniu czeka mnie kolejne koło z farmakologii, ale jego zapewne nie zdam, bo cały tydzień mam na głowie mnóstwo spraw organizacyjnych, w związku z akcją IFMSA, którą koordynuję. Tramwaj Zwany Pożądaniem odbędzie się w piątek wieczorem i jest połączony z imprezą, więc całą sobotę będę prawdopodobnie odsypiać miniony tydzień. No, ale wszystko jest pod kontrolą, a poprawki z farmakologii nie są aż takie złe :P

niedziela, 7 maja 2017

Laparoskopy, farmakologia, majówka, czyli trochę obowiązków i dużo rozrywki.

Już od jakiegoś czasu chodzą za mną 2 pomysły na wpis, ale ostatecznie postanowiłam zostawić je na później, a teraz napisać o rzeczach bieżących, bo już jakiś czas mnie tu nie było.
Kolokwium z farmakologii, o którym pisałam w poprzednim wpisie, poszło mi adekwatnie do stanu wiedzy, a więc go nie zdałam. Jutro czeka mnie jego poprawa, której najprawdopodobniej też nie zdam, bo zamiast spędzić majówkę na nauce, ja balowałam na krakowskim weselu, a później cały weekend spędziłam na warsztatach laparoskopowych. Pewnie mogłam z nich zrezygnować, ale wybierałam się na nie bezskutecznie już od 2 lat, więc tym razem stwierdziłam, że nie odpuszczę. Zwłaszcza, że  lekarze, aby wziąć nich udział w ramach kursu specjalizacyjnego, muszą zapłacić kilkaset złotych, a my jako studenci mamy wejście za darmo. Już po powrocie z pierwszego dnia, z pełnym przekonaniem mogłam powiedzieć, że nie żałuję. Farmakologia nie ucieknie, a warsztaty były rewelacyjne. Nie przeszkadzała mi, ani pobudka o 7 rano, po 4h snu, ani 10h "zajęć". W sobotę pierwsza część miała formę prelekcji, prowadzonych przez zaproszonych gości. Wśród nich znaleźli się między innymi: prezes-elekt Polskiego Towarzystwa Chirurgów Polskich - prof. Krzysztof Paśnik, który opowiedział o zastosowaniu laparoskopii w diagnostyce oraz dr Urlich Haeffner, gość specjalny z Hamburga, który wygłosił prezentację o najnowszych technologiach, wykorzystywanych w laparoskopii, które później mieliśmy okazję wypróbować na części praktycznej warsztatów. Kliku lokalnych pionierów chirurgii laparoskopowej wygłosiło swoje prelekcje o technikach wykonywania konkretnych procedur, a gość specjalny ze Słowacji, prof. Marek Soltes omówił kwestie ryzyka związanego z taką formą operacji, oraz jak można je zmniejszyć. Na zakończenie, usłyszeliśmy kilka słów na temat ergonomiki w pracy chirurgia, co może wydawać się mało pasjonującym tematem, ale na pewno jest niezmiernie ważne. Każdy kto choć raz miał okazję "stać na hakach" wie, że kilkugodzinne operacje mogą skutkować niezłymi zakwasami i bólem pleców. Najlepszą metodą by temu zaradzić jest właściwa postawa ciała podczas zabiegu. Oczywiście, łatwo mówić o teorii, a gdy dochodzi do praktyki to okazuje się to często niewykonalne, bo jak optymalnie ustawić ekran czy wysokość stołu jak chirurgów jest kilku, a do tego każdy innego wzrostu, plus w okół stołu operacyjnego miejsca jest zawsze za mało. No, ale mimo tego warto wiedzieć na co zwrócić uwagę, żeby przynajmniej próbować zapobiegać przeciążeniom mięśni karku, szyi czy odcinka lędźwiowo-krzyżowego. Przyznam szczerze, że nawet na samych warsztatach nie było to wcale takie proste i po dwóch dniach miałam obolałe nadgarstki.
Po części teoretycznej, przyszedł czas na zabawę, czyli pracę na trenażerach. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania i sprzętu było mnóstwo, tak, że przez cały czas, każdy miał co robić. Na początek zabrałam się za naukę podstaw, czyli przewlekanie sznurka przez oczka, później cienkiej nitki, a następnie przystąpiłam do szycia.... no i tutaj okazało się, że moja cierpliwość jest mocno ograniczona, a myśl, żeby może jednak rzucić to wszystko i zostać psychiatrą, przemknęła mi przez głowę parę razy. Po kilkunastu, średnio udanych próbach, postanowiłam zrobić sobie przerwę i pocieszyć się pysznymi ciastami, które dla nas przygotowano, a późnej poszłam pobawić się nowinkami technicznymi, czyli kamerą 4K i 3D. Trzeba przyznać, że sprzęty te robiły wrażenie, a przewlekanie nitki przez oczka było na nich znacznie prostsze i przyjemniejsze. Podbudowana i ponownie zmotywowana do działania, wróciłam do walki z igłą i nitką. Tym razem udało mi się nawet założyć 2 szwy, choć nie bez wielu ciężkich westchnięć i wymruczanych pod nosem przekleństw. Pocieszające (a zarazem trochę przerażające) było to, że rezydentki ginekologii, będące już na 3 roku specjalizacji, również miały podobne problemy. Na szczęście, zgodnie z banalny, a jednak jakże prawdziwym powiedzeniem "praktyka czyni mistrza", drugiego dnia wszystko wydawało się znacznie prostsze i choć nadal zajmowało mi sporo czasu, to szło mi dużo lepiej. Byłam w stanie założyć kilka szwów w znacznie krótszym czasie. Nie podejmowałam się co prawda ćwiczeń na trenażerze przeznaczonym do pomiaru czasu, precyzji i innych parametrów, oceniających jakość pracy ćwiczącego, ale sama byłam w stanie ocenić, że jest progres.
W praktyce, z tego co sama zaobserwowałam, podczas pobytów na bloku operacyjnym, rzadko kiedy tak naprawdę szyje się cokolwiek laparoskopowo. Na co dzień chirurdzy stosują szybszą i prostszą metodę, jaką są klipsy. Jednak, jak to zauważył prof. Majewski, organizator warsztatów, klipsy może założyć każdy, a umiejętność szycia jest znacznie mniej powszechna, a może się przydać w najbardziej niespodziewanym momencie. Dodatkowo, jeśli ktoś opanuje tę umiejętność, wszystkie inne manewry za pomocą narzędzi laparoskopowych wydają się znacznie prostsze.
Drugi dzień kursu był poświęcony w całości pracy na trenażerach. Poza kontynuacją ćwiczeń z pierwszego dnia, mieliśmy także okazję poczuć się jak prawdziwi zabiegowcy przy pracy i na żelowych narządach przeprowadzić histerektomię, cholecystektomię czy apendektomię. Już się nie mogę doczekać kolejnego takiego wydarzenia, najbliższe w listopadzie :)

Pozostając w tematyce chirurgii, nasze koło naukowe w końcu wróciło do życia. Jestem już oficjalnie zgłoszona do pisania pracy, a w następnym tygodniu będziemy mieli spotkanie organizacyjne, połączone z krótkim wykładem. Szkoda, że ruszenie z tym wszystkim zajęło tak dużo czasu, bo mamy już maj, więc za 2 miesiące kończymy rok akademicki i pewnie będziemy musieli poświęcić czas w wakacje, ale z drugiej strony, nie będzie nam to przynajmniej kolidowało z nauką i zajęciami.

Nadchodzące 2 miesiące zapowiadają się bardzo intensywnie, bo poza farmakologią, z którą jeszcze pewnie trochę się pomęczę, czeka mnie maraton kolokwiów i zaliczeń. We wtorek piszemy test z medycyny nuklearnej, w czwartek ostatnie kolokwium z diagnostyki, z którego muszę dostać 4, żeby być zwolnioną z egzaminu. (trzeba mieć średnią 4,5, co akurat z tego przedmiotu nie jest zbyt trudne). Dodatkowo, również w tym tygodniu, muszę poczytać choć trochę na dermatologię i internę. Po weekendzie czeka nas ostatnie kolokwium z patofizjologii, a dalej w kolejce ustawia się następna farmakologia, zaliczenie z całego roku z interny i pediatrii, a niedługo później sesja i egzaminy z dermatologii i patofizjologii (i diagnostyki, jeśli by mi się nie udało wywalczyć zwolnienia). W tak zwanym "międzyczasie" mam także sporo wydarzeń IFMSA, pozorację w ramach Koła Ratunkowego, no i nadal czeka mnie zaplanowanie miesiąca w Meksyku, jeszcze nie wiem kiedy ja na to wszystko znajdę czas, ale jakoś trzeba będzie :P
Jak to się  w ogóle stało, że połowa studiów już praktycznie za mną?! Ani się obejrzę i będą połowinki, a później, jak to mówią "już z górki".

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Konferencje, kolokwia i kosiarki, czyli kwiecień w trzech słowach.

Gdy zamiast przez budzik o 8:30, zostajesz obudzona prawie godzinę wcześniej, przez buczące pod twoim oknem kosiarki, wiedz, że naprawdę przyszła wiosna. Jak można być tak bardzo pozbawionym serca i zaczynać hałasować w poniedziałek, o tak nieludzkiej godzinie, w dodatku pod oknami budynku pełnego studentów...
Tak czy inaczej, właśnie w ten sposob rozpoczęłam dzisiejszy dzień. Chciałam wstać na Elementy Profesjonalizmu, ale obudzona przez kosiarki stwierdziłam, że budzik mogę wyłączyć, bo i tak już nie zasnę. Oczywiście nic bardziej mylnego :P
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że ostatnie 2 weekendy miałam naprawdę intensywne. W zeszłym tygodniu spędziłam 3 dni w Białymstoku na Zgromadzeniu Delegatów IFMSA, gdzie jak zawsze, w walce sen kontra imprezy, wygrała dobra zabawa, a po powrocie jak padłam, to odsypiałam do wtorku włącznie xD
Ostatni weekend spędziłam dużo bardziej naukowo, bo wybrałam się do Warszawy na konferencję "III Weekend z Ginekologią - Sekrety Chirurgii". Jak łatwo się domyślić, skusiła mnie druga część nazwy. Prelekcje zaczynały się już w piątek i trwały aż do niedzielnego popołudnia. Bardzo fajnie zorganizowane wydarzenie, dużo ciekawych prezentacji i zaproszonych gości - ekspertów w dziedzinach ginekologii, seksuologia, chirurgii, a nawet prawa.
Inauguracyjny wykład poprowadził gość specjalny, młoda pani doktor ze Szwecji Randa Akouri, należąca do zespołu, który przeprowadził pierwszy na świecie przeszczep macicy, zakończony donoszoną ciążą. To już drugi inspirujący wykład, prowadzony przez kobietę - transplantolog, na którym byłam w tym roku. Poprzedni, nie pamiętam czy o tym pisałam, był zorganizowany w mojej Alma Mater, a wygłosiła go profesor Maria Simionow i dotyczył przeszczepu twarzy. Obydwa niesamowicie inspirujące. Coraz częściej myślę o tym, żeby poza chirurigią, dorobić się specki z transplantologii. Pierwszy raz przeszło mi to przez myśl już kilka lat temu, gdy przeczytałam pierwszą książkę o profesorze Relidze. Zdaję sobie sprawę, że o ile chirurgia jest specjalizacją ciężką fizycznie, to transplantologia jest jeszcze gorsza, bo zabiegi często trwają, nie kilka, a kilkanaście godzin. Na przykład, pobranie macicy od dawcy to operacja około 12-godzinna. Dodatkowym problemem jest podejście społeczeństwa do przeszczepów narządów, za granicą jest trochę lepiej, ale mimo tego brakuje dawców.
Dalszy ciąg konferencji był podzielony na kilka paneli tematycznych (bioetyczno-prawniczy, onkologiczny, patologii ciąży, niepłodności), każdy z nich zaczynał się krótkim wykładem jednego ze specjalistów, po czym następowały prelekcje studentów i pytania od publiczności do grona eksperckiego. W każdej sesji znalazły się prezentacje mniej i bardziej ciekawe, ale całość oceniam bardzo pozytywnie.
Tradycyjnie już (w zeszłym roku było tak samo), gdy ja zaczynam wyjeżdżać, to na uczelni zaczyna się maraton kolokwiów. W zeszłym tygodniu mieliśmy przedostatni test z diagnostyki laboratoryjnej, udało mi się dostać 5, więc mam całkiem realną szansę na zwolnienie z egzaminu (podobnie jak połowa mojej grupy). Byłoby mi to bardzo na rękę, bo egzamin wypada w takim terminie, że i tak nie będę mogla do niego podejść, więc oszczedzi mi to załatwiania indywidualnego terminu zaliczenia. W tym tygodniu mamy za to kolokwium z patofizjologii. Dobrze, że jest to przedmiot, który mocno pokrywa się zakresem materiału z tym co mieliśmy na patomorfologii, biochemii i fizjologii, bo test jest jutro, a ja zacznę się uczyć dopiero za 2 godziny, po powrocie z zajęć. Niby miałam sporo czasu w podróży, ale wiadomo jak to jest. Nie miałam żadnych "papierowych" materiałów, bateria w telefonie wiecznie wyczerpana, a do tego mnóstwo innych wymówek. No, ale do jutra do 18 jest jeszcze trochę czasu, jakoś dam radę, a jak nie to od czego są poprawki.
Najgorsze kolokwium czeka mnie dopiero w przyszłym tygodniu, z farmakologii. Przedmiot sam w sobie jest trudny, bo polega na uczeniu się miliona obco brzmiących nazw, z ktorymi wcześniej nie mieliśmy do czynienia, a totalny brak regularnej nauki z mojej strony, nie pomaga. Na szczęście w najbliższy weekend będę na miejscu, więc będę miała trochę czas na nadrobienie zaległości. Część materiału powinnam nauczyć się już na ten piątek, bo nie było mnie na jednych zajęciach i muszę z nich odpowiedzieć, mimo że mam zwolnienie dziekańskie "bez konieczności odrabiania". Będę musiała wygospodarować na to czas, gdzieś pomiędzy zajęciami, a załatwianiem formalności w sprawie największej, majowej akcji IFMSA - Tramwaju Zwanego Pożądaniem, której organizacja spadła w całości na moją głowę, bo mój lokalny koordynator mnie wystawił, no cóż...
Drugi semestr jak zwykle mam tak zabiegany, że ani się obejrzę i będzie czerwiec, zaliczenia, egzaminy, a zaraz po tym moja wielka wyprawa na praktyki wakacyjne, których planowanie też muszę ogarnąć w tak zwanym "międzyczasie". I pomyśleć, że jeszcze kilka tygodni temu narzekałam na nadmiar wolnego czasu :P

niedziela, 12 marca 2017

Obrazki, czyli nie taka zła medycyna nuklearna i co słychać na innych zajęciach.

Semestr nadal biegnie leniwie, baaardzo leniwie póki co.
Na poniedziałkowej pediatrii było tylko seminarium, więc głównie siedzenie i słuchanie prowadzącej. Jutro idziemy do przedszkola, ciekawa jestem na czym będą polegały te zajęcia, ale co by to nie było, przynajmniej nie będziemy się nudzić. Mam nadzieję, że trafi nam się jakaś spokojna grupa dzieci... Mając nadmiar wolnego czasu po zajęciach, pojechałam do przychodni studenckiej, załatwić przedłużenie książeczki sanepidowskiej, a później do galerii, pochodzić po sklepach w poszukiwaniu sukienki na wesele kuzynki. O dziwo, udało mi się coś znaleźć już za pierwszym podejściem, więc mam to z głowy ze sporym wyprzedzeniem. Jeszcze tylko jakieś buty, bo moje ukochane szpilki są już kompletnie zniszczone po tych wszystkich całonocnych imprezach tanecznych.
Wtorkowa dermatologia jak zwykle dość ciekawie poprowadzona, przynajmniej część ćwiczeniowa, bo na seminarium, na którym siedzieliśmy w małej sali, ze zgaszonym światłem, tylko przez pierwsze pół godziny udało mi się słuchać w skupieniu, a później musiałam walczyć ze snem. Na oddziale mieliśmy okazję obejrzeć pacjenta z różą pęcherzowo-krwotoczną, całe podudzie miał pokryte, jak sama nazwa wskazuje, krwawiącymi pęcherzami, a do tego nadżerkami z miejscowymi zmianami martwiczymi, okropieństwo. I to wszystko przez zwykłe zadrapanie, paciorkowce to niebezpieczne bestie.
Korzystając z tego, że w środę zaczynamy zajęcia dopiero o 12:15, wieczór wcześniej poszłyśmy z koleżanką do pubo-kawiarni na film. W każdy wtorek, organizowane są tam wieczory filmowe, z różnymi, na ogół cenionymi i nagradzanymi tytułami. Tym razem puszczali "Mustanga", dramat obyczajowy, francusko-tureckiej produkcji, polecam, bo naprawdę dobrze się oglądało. W środę mieliśmy tylko etykę, która nie jest taka zła jak można się było spodziewać, mimo że całe zajęcia, podobnie jak na "podstawach profesjonalizmu" rozmawia się o wszystkim i o niczym, szkoda tylko, że bez dojścia do jakichkolwiek sensownych wniosków. W czwartek miałam senny dzień, ale nie byłam jedyną męczącą się, chyba jakieś przesilenie wiosenne nas dopadło, bo na diagnostyce i patofizjologii większość walczyła z utrzymaniem otwartych oczy :P Tym bardziej byłam zaskoczona, że medycyna nuklearna, już drugi tydzień z rzędu, naprawdę mi się podobała. Zajęcia prowadziła rezydentka, siedzieliśmy w pokoju lekarzy i oglądaliśmy wyniki scyntygrafii, zarówno kośćca (najczęściej wykonywane badanie w Zakładzie) jak i innych narządów. Wspólnie omówiliśmy kilka przypadków, a później pani doktor wyświetlała wyniki i sami musieliśmy zinterpretować, czy jest jakaś nieprawidłowość, a jeśli tak to czy jest to zmiana łagodna czy złośliwa, a może w ogóle nie nowotwór, a zwyrodnienie? To wszystko jest bardzo intuicyjne, więc bez problemu udawało mi się odgadnąć poprawną odpowiedź, fajna zabawa. Niestety nie wszystkie zajęcia z tego przedmiotu będą tak interesujące, ale póki co, zamiast "najnudniejszego przedmiotu na 3 roku" (takie opinie słyszałam od starszych znajomych), mamy naprawdę przyjemne ćwiczenia, na których mamy okazję dowiedzieć się sporo nowych rzeczy. Osobiście, mimo że spotkałam się  pojęciem "scyntygrafia", nie wiedziałam za bardzo z czym to się je. Jeśli kogoś interesuje diagnostyka obrazowa, to jest to chyba ciekawsza specjalizacja niż zwykła radiologia, może warto rozważyć ;)
W piątek rano mieliśmy kolejną farmakologię, trzeci tydzień zajęć i... trzeci prowadzący. Innymi słowy, nadal mają chaos w Zakładzie, ale tym razem usłyszeliśmy, że z tą asystentką będziemy mieli już do końca, z czego się cieszę, bo te zajęcia najbardziej mi odpowiadały jeśli chodzi o sposób prowadzenia. Na zakończenie tygodnia mieliśmy ostatnie ćwiczenia z "pielęgniarstwa", zdecydowanie najnudniejsze,. Prowadząca przez 1,5h mówiła o zakładaniu cewników, tak jakby nie dało się tego wszystkiego powiedzieć w 20min, z zaprezentowaniem na fantomie włącznie. No, ale nieważne, pierwszy fakultet z tego semestru mamy już z głowy, a następny zaczynamy dopiero w połowie maja, więc dojdzie nam jeszcze więcej wolnego czasu :D

Z nienaukowych atrakcji, wieczorem wybraliśmy się ze znajomymi na laser tag (taka laserowa wersja paintballa). Świetna zabawa, choć do dziś mam zakwasy od robienia uników i chowania się za beczkami i ściankami przez 2 godziny. Okazało się, że z moją celnością nie jest chyba najgorzej, bo we wszystkich 4 rozgrywkach, miałam najlepsze statystyki :P W sumie, chętnie wybrałabym się na strzelnicę, ale wszystkie tego typu zabawy są strasznie drogie jak na studencką kieszeń.

środa, 1 marca 2017

Studencie, wyluzuj! Nie każdy prowadzący jest przeciwko Tobie, czyli kilka przemyśleń.

Każdy kto mnie zna, albo chociażby śledzi tego bloga, wie, że należę do osób niestresujących się. Ma to swoje dobre i złe strony, ale to akurat mało istotne dla tego wpisu, bo nie o mnie on będzie.

Środa rano, zajęcia z interny. Tym razem udało mi się na nie dotrzeć, co jest o tyle zabawne, że imprezowałam do 2 w nocy, więc ryzyko zaspania było znacznie większe i bardziej uzasadnione niż w ubiegłym tygodniu :D Poznaliśmy naszego nowego prowadzącego (w zeszłym tygodniu był ktoś na zastępstwie), okazało się, że to bardzo sympatyczny, młody lekarz, specjalizujący się w chorobach wewnętrznych i nefrologii, który w bardzo przystępny sposób potrafi tłumaczyć i ciekawie opowiadać o pacjentach i ich dolegliwościach. Na początek, zebraliśmy wywiad ze starszą panią z zapaleniem płuc, później ją opukaliśmy i osłuchaliśmy, a na zakończenie poszliśmy obejrzeć zdjęcia RTG. Na oddziale, na którym będziemy mieli wszystkie zajęcia z interny w tym semestrze, nie używa się tradycyjnych klisz, tylko po prostu na korytarzach jest kilka ekranów, na których każdy lekarz może obejrzeć lub pokazać studentom wszystkie wyniki badań, w tym obrazowych. No więc staliśmy w półkolu przed monitorem, oglądając zmiany w płucach "naszej pacjentki", aż w pewnym momencie podszedł do nas jeden z dwóch profesorów z jakąś lekarką. Przez chwilę się nam przyglądał i przysłuchiwał, po czym zaczął zadawać pytania. Oczywiście, jak to mam w zwyczaju, gdy ktoś z prowadzących rzuca coś "do wszystkich" i zapada niezręczna, przeciągająca się cisza, byłam pierwszą osobą, która się odezwała. Mimo, że nie mieliśmy jeszcze diagnostyki obrazowej, a moja wiedza z anatomii niestety nie jest porażająca. Na kilka pytań, byłam w stanie odpowiedzieć, ale ponieważ był to na dobrą sprawę pierwszy raz, kiedy ktoś omawiał z nami zdjęcie RTG, to miałam problem z niektórymi, wydawać by się mogło banalnymi, zagadnieniami. Reszta mojej szóstki stała cicho, część z przerażeniem w oczach, ewentualnie mrucząc coś tak cicho, żeby pod żadnym pozorem nikt nie usłyszał. Po chwili profesor przerzucił się na zadawanie pytań mojej koleżance, która też nie bardzo była w stanie wskazać to co trzeba na monitorze. I teraz pytanie za 100 punktów, czy studenci w połowie trzeciego roku, nie będący jeszcze nawet na półmetku studiów, muszą znać odpowiedzi na wszystkie pytania? Otóż, ja wychodzę z założenia, że nie. Profesor też najwyraźniej wyszedł z tego [słusznego] założenia, bo nie nakrzyczał na nas, a jedynie posłał nam zawiedzione spojrzenie i zapytał z kim mieliśmy zajęcia z badania serca w pierwszym semestrze oraz kto prowadził nasze ćwiczenia z anatomii topograficznej. Skomentował także, zupełnie normalnym tonem głosu, że nawet jeśli nie powiedziano nam czegoś na zajęciach, to powinniśmy sami to doczytać. I oczywiście miał rację, bo jego niektóre pytania naprawdę dotyczyły bardzo podstawowej wiedzy. Powiem więcej, uważam, że miał pełne prawo, żeby ostrzej zareagować na to, że mamy takie braki, ale z niego nie skorzystał. W związku z tym, nie mogę zrozumieć dwóch rzeczy. Po pierwsze, skąd to przerażenie u pozostałych osób z mojej grupki? Wiem, bycie odpytywanym tak generalnie, a już tym bardziej przez poważnych profesorów, nie jest najprzyjemniejszą sprawą dla większości studentów, ale jeśli to jest takie niegroźne zadawanie pytań, za które nikt nie wystawia nam ocen, to dlaczego nie potraktować tego po prostu jako kolejna formę zdobywania wiedzy? Skąd to powszechne przeświadczenie, że asystenci chcą nam utrudnić życie i udowodnić, że nic nie wiemy? Pewnie, zdarzają się i tacy, ale my przez 5 semestrów, nigdy na takich nie trafiliśmy. I po drugie, skąd u studentów medycyny tak ogromna podatność na stres? Po wyjściu z zajęć, moi znajomi komentowali jak to ich profesor zestresował, opowiadali osobom z innych szóstek, że miał do nas pretensje i był niemiły. Serio?! Mamy braki w wiedzy, zdarza się, mamy jeszcze mnóstwo czasu, żeby je nadrobić. Tak funkcjonują te studia. Mamy zbyt dużo materiału, żeby wszystko na raz zapamiętać, dlatego te same zagadnienia przewijają się po kilka razy, na różnych przedmiotach, żeby kiedyś w końcu, wszystko to co niezbędne lekarzowi, zostało nam gdzieś tam w głowie. Gdyby studenci potrafili trochę wyluzować i przestali się tak przejmować każdym krzywym spojrzeniem prowadzącego, a każdej odpowiedzi ustnej nie traktowali jak zamachu na ich życie, studia medyczne byłyby dla wszystkich znacznie przyjemniejsze. Tak mnie czasem najdzie na przemyślenia :P

Jutro kolokwium z diagnostyki laboratoryjnej, a później jeszcze tylko farmakologia w piątek i koniec nauki na ten tydzień. Z innych dobrych informacji, od przyszłego tygodnia będziemy mieli miesiąc przerwy od interny, więc w środy będzie można się wysypiać :D Nasz doktor będzie nieobecny, a nie chce, żebyśmy co tydzień mieli zastępstwo z kimś innym, więc dogadaliśmy się, że po prostu w kwietniu będziemy zostawać godzinę dłużej po zajęciach w ramach "odrabiania". To idealny układ, bo po internie i tak mamy bezsensowne okienko przed kolejnymi zajęciami.
Poza tym, w piątek na pielęgniarstwie będziemy bawić się w szycie chirurgiczne <3 Dla mnie to pewnie nie będzie nic nowego, bo po 2 kursach z IFMSA, w których uczestniczyłam i po 3, które sama prowadziłam, szwy nie są mi obce, ale każda okazja do poćwiczenia jest super. Zwłaszcza, że ostatnio głównie zakładałam materacowy (także na bloku operacyjnym), więc poćwiczenie prostszych mi nie zaszkodzi. Ten fakultet jest równie fajny i budzi tak samo dużą ekscytację jak ćwiczenia z pielęgniarstwa na pierwszym roku. W ubiegłym tygodniu ćwiczyliśmy wkłucia i pobieranie krwi, poziom ekscytacji był wręcz wyczuwalny, może nie każdy był chętny żeby nadstawiać swoje żyły, ale obyło się bez siniaków czy innych uszkodzeń, a atmosfera była znacznie luźniejsza niż te 2 lata temu, bo spora część osób miała okazję nabrać już trochę wprawy na praktykach wakacyjnych i czuła się dużo pewniej ze strzykawkę w ręce. Ja nawet raz sam sobie zrobiłam zastrzyk w brzuch. Może to brzmi strasznie, ale w rzeczywistości to najprzyjemniejsza droga podania leku, z użyciem igły, naprawdę nic nie czuć ;)


Ostatnio na pediatrii biżuteria tak ładnie mi pasowała do stetoskopu, że aż zrobiłam sobie zdjęcie :P

Pediatria jak na razie nie jest taka zła, tylko nudna (podobnie jak dermatologia, która w gratisie jest też obrzydliwa), ale w tym tygodniu na zajęciach siedzieliśmy w poradni, a to raczej, bez względu na przedmiot, nie jest najciekawsze miejsce dla studentów. Podobno na oddziale noworodków jest super, zobaczymy. Póki co wolę internę, bo można chociaż pogadać z pacjentami, więc czas szybciej leci.





środa, 22 lutego 2017

Pediatria i dermatologia, czyli czas na to co lubię najmniej.

Przedwczoraj mieliśmy pierwsze zajęcia z pediatrii, wczoraj z dermatologii, czyli z dwóch najmniej lubianych przeze mnie przedmiotów. Chociaż powinnam raczej napisać "z dwóch przedmiotów, do których jestem najbardziej negatywnie nastawiona", bo dopiero za kilka tygodni będę mogła zweryfikować czy słusznie, czy nie. Pierwsza pediatria była o tyle w porządku, że nie mieliśmy do czynienia z dziećmi. To nie tak, że ja nie mam podejścia do maluchów, wręcz przeciwnie, potrafię się nimi świetnie zająć, czy to podczas wizyty rodziny z dziećmi, czy w ramach akcji IFMSA "Szpital pluszowego misia", na które regularnie chodziłam na pierwszym roku studiów. Rzecz w tym, że ja dzieci po prostu nie lubię. Są pewne przedziały wiekowe, w których uznaję je za znośne, pod warunkiem, że nie muszę przebywać z nimi zbyt długo, ale na tym się kończy moja cierpliwość. Nie mówiąc już o rodzicach, ci bywają jeszcze gorsi, co mogłam zaobserwować w trakcie zeszłorocznych praktyk u mojej pediatry. Oczywiście, zdarzają się wyjątki, jak półtoraroczna córka jednego z instruktorów na zeszłorocznym obozie konnym, ale to był "wyjątek potwierdzający regułę". Z dermatologią sprawa wygląda inaczej, może wydać się to dziwne, biorąc pod uwagę moją miłość do chirurgii i fakt, że stanie przez 3 godziny po łokcie w czyiś jelitach uznaję za świetną formę spędzenia wolnego czasu w wakacje, ale dermatologia jest moim zdaniem obrzydliwa. Te wszystkie owrzodzenia, nadżerki, odleżyny, ropiejące pęcherze, fuj. Wczorajsze zajęcia były całkiem fajne, bo młoda lekarka, która się nami zajmowała, pokazała nam oddział, a potem zabrała do gabinetu zabiegowego, gdzie mogliśmy, przy pomocy dermatoskopu pooglądać własne znamiona, a gdy ktoś miał jakieś wątpliwości lub obawy, to oglądała je prowadząca, taka tam darmowa konsultacja. Jakby tego było mało, pani doktor pokazała nam laser, służący do wypalania pieprzyków, włókniaków, brodawek itp, po czym zapytała czy ktoś ma coś do usunięcia, bo jeśli tak to możemy to zrobić od ręki. I tym oto sposobem, mogliśmy zobaczyć jak wygląda zabawa takim urządzeniem, bo okazało się, że 2 koleżanki mają kwalifikujące się zmiany skórne i zgodziły się, dla dobra nauki oczywiście, aby im je usunąć :D Później poszliśmy pooglądać pacjentów, co już nie było takie fajne, z powodów o których wcześniej pisałam. Ogromne owrzodzenia na nogach, pacjent z zespołem Stevensa-Johnsona, wyglądający jakby zamiast ust, miał krwawą miazgę, dziękuję bardzo, wolę blok operacyjny.
Dziś od rana mieliśmy internę na oddziale nefrologii, na którą, tak na dobry początek, w ogóle nie dotarłam. Pierwszy raz od dawna zaspałam. Zupełnie nie słyszałam budzików, albo możliwe, że w ogóle ich nie ustawiłam, więc gdy się obudziłam, zajęcia już trwały. Uznałam, że docieranie na nie 45min spóźniona nie ma sensu i po prostu kiedyś je odrobię. Mój mózg jest chyba jeszcze nadal na feriach, bo ominęłam także kolejne zajęcia, o których istnieniu zupełnie zapomniałam, bo nie wpisałam ich sobie do planu. Na szczęście to tylko etyka, więc pewnie nawet nie będę musiała ich odrabiać, ale chyba czas się obudzić i wrócić z wakacji na dobre :P

niedziela, 19 lutego 2017

Nigdy więcej patomorfologii, czyli ja kontra sesja 2:0 :D

No i stało się, oficjalnie zakończyłam pierwszy semestr trzeciego roku. Dwa najgorsze egzaminy za mną i z obydwu udało mi się wyjść obronną ręką. Po napisaniu patomorfologii byłam prawie pewna, że czeka mnie kolejne podeście we wrześniu, bo na 125 pytań, na jakieś 20 byłam przekonana co do poprawności zaznaczanych odpowiedzi. Jako, że egzamin był wielokrotnego wyboru, to "wystrzelanie" 40 punktów wydawało się raczej nierealne, a pytania do prostych nie należały. Słyszałam plotki, że na teście znalazły się nawet pytania z LEKu. Nadzieje na to, że Zakład okaże się łaskawy (albo chociaż leniwy) i powieli pytania z poprzednich lat, okazały się w dużej mierze płonne. Dodatkowo, po napisaniu testu, poinformowano nas, że na wyniki będziemy czekać aż tydzień. Nie robi mi to żadnej różnicy, bo gdy tylko wychodzę z egzaminu, wyrzucam z głowy myśli o nim, zwłaszcza jeśli rozpoczynam w danym momencie wakacje, jednak spora część moich znajomych była z tego powodu niezadowolona i niezbyt chętna do świętowania. Na szczęście po raz kolejny udało nam się zintegrować międzygrupowo i koniec końców, zorganizować imprezę do białego rana :D
Następnego dnia, po spakowaniu się na ostatnią chwilę i biegu na pociąg, wracałam do domu, aby znów w biegu, spakować się na obóz narciarski. Miałam niewiele czasu, więc nie zawracałam sobie głowy regularnym sprawdzaniem powiadomień na Facebooku, tym większe było moje zaskoczenie gdy zadzwoniła do mnie M., z ekscytacją oznajmiając do słuchawki, że będziemy miały co świętować na wyjeździe. Na początku zupełnie nie wiedziałam o co chodzi, ale później dołączyłam do pisków zachwytu i niedowierzania, gdy wyjaśniła mi, że w internecie pojawiły się wyniki z patomorfologii i obydwie zdałyśmy. Nie mam pojęcia jak to się stało, chyba jak zwykle zadziałał mój szósty, a może siódmy zmysł, ale udało mi się uzbierać aż 70 punktów. Ogólna zdawalność nie była aż tak kiepska jak w zeszłym roku, ale nadal nie przekroczyła 60%, najgorzej, że ci, którym się nie udało, będą mogli podejść do poprawy dopiero za 7 miesięcy, w trakcie wrześniowej sesji poprawkowej, co osobiście uważam za bezsensowne rozwiązanie. No, ale cóż, mnie to na szczęście nie dotyczy. Śmiałyśmy się z M., że praktycznie zdałyśmy już rok, ba, można pójść nawet o krok dalej i powiedzieć, że całe studia. I mówiąc całkiem poważnie, to nie jest wcale takie dalekie od prawdy, ponieważ patomorfologia i mikrobiologia były ostatnimi egzaminami, które mogą zakończyć się repetowaniem roku czy jednego z przedmiotów. Każdy następny test, jak trudny by nie był, może co najwyżej prowadzić do poprawki.
Sesja, sesją, ale tuż po niej czekało nas 11 dni wolnego, ostatnia taka długa przerwa zimowa na tych studiach, bo od przyszłego roku, gdy wejdą "bloki", będzie można tylko pomarzyć o takich feriach...
Wykorzystałam tę okazję co do sekundy, szalejąc na nartach po pięknej Dolinie Słońca, znanej powszechniej jako Val di Sole. Pogoda była idealna, stoki szerokie, czarne trasy, odpowiednio wymagające, imprezy taneczne całonocne, a włoskie jedzenie przepyszne :D No, może z wyjątkiem zup, które pojawiły się 2 razy. Pierwsza była znośna, ale przy drugiej szybko się poddałyśmy i zamówiłyśmy z M. pizzę na pół.
Wpis dodaję z takim opóźnieniem, bo dopiero dziś wróciłam do siebie, po prawie 24-godzinnej podróży autokarem, a jutro z samego rana zaczynamy zajęcia. Coś czuję, że na wykład o 8 rano mogę "przypadkiem" nie dotrzeć :P Miałam mieć taki piękny plan w tym semestrze, zwłaszcza te wolne piątki brzmiały zachęcająco, a tu co się okazało? Gdy byłam na wyjeździe, wyszła aktualizacja, z której dowiedziałam się, że jednak przeniesiono nam farmę na piątek, na nieludzko wczesną godzinę 8 oczywiście... Ciekawe kiedy ja się przestawię na takie normalniejsze godziny funkcjonowania, pewnie dopiero jak wejdziemy w system "bloków" i już codziennie będziemy tak wcześnie zaczynać.

środa, 1 lutego 2017

Pożegnanie z mikrobiologią, czyli ja kontra sesja 1:0.

W tym roku, po raz pierwszy i zarazem ostatni, mam okazję przeżywać sesję zimową. W dwóch poprzednich latach, albo w ogóle nie mieliśmy egzaminów po pierwszym semestrze (na 2-gim roku), albo miałam szczęście być zwolniona z ich pisania (na 1-szym roku), natomiast od przyszłego roku będziemy mieć bloki, a co za tym idzie, będzie sesja ciągła. Także ten rok jest pod tym względem wyjątkowy. W ramach tego, wczoraj zmierzyłam się z egzaminem nr 1 - mikrobiologią. Nigdy nie byłam miłośniczką tego przedmiotu, także nauka do niego szła mi bardzo opornie, czego najlepszym dowodem były moje regularne wizyty na poprawkach wejściówek na drugim roku. W tym semestrze częściej udawało mi się zdawać je za pierwszym podejściem, ale to głównie dlatego, że część materiału się powtarzała i dawało się coś wymyślić. Poza tym, miałam znacznie bardziej wyrozumiałą prowadzącą, co miało ogromny wpływ na zdawalność w całej grupie.
Na egzamin poszłam przygotowana tak jak na wejściówki, czyli średnio. Mieliśmy 60 pytań pozornie jednokrotnego wyboru, na każde z nich była 1min. Na początku myślałam, że to całkiem sporo czasu, ale kiedy zaczęłam próbować przypomnieć sobie które antybiotyki stosowało się na jakie drobnoustroje, nagle okazało się, że nie zdążyłam rozwiązać wszystkich zadań, a pilnujący nas asystenci już ogłaszali "odkładamy długopisy". W pośpiechu "strzeliłam" i przeniosłam ostatnie 4 odpowiedzi na kartę i było po wszystkim. Część studentów, prosto z egzaminu, wróciła do nauki na kolejny, a my z M. postanowiłyśmy zrobić sobie dzień przerwy, poszłyśmy na pizzę i ciasto, a później każda wróciła do siebie, oglądać filmy, seriale czy jeszcze inaczej marnować czas.
Jeśli miałabym obiektywnie ocenić poziom trudności tego egzaminu, to powiedziałabym, że był on całkiem sympatyczny. Żadnych pytań "z kosmosu", ani przesadnie podchwytliwych. Nie oznaczało to wcale, że byłam pewna sukcesu, wręcz przeciwnie, bo jednak moja wiedza pozostawiała sporo do życzenia, ale na szczęście dzisiejsze wyniki rozwiały wątpliwości.
Z całego roku tylko 17 osób nie zdało i na szczęście nie znalazłam się w gronie tych nieszczęśników. W porównaniu do zeszłego roku (i jeśli dobrze kojarzę to także do wyników sprzed 2 lat) są to rewelacyjne statystyki. Czyżby Zakład Mikrobiologii postanowił stać się bardziej przyjazny studentom? Na to wygląda :D
Teraz przede mną egzamin nr 2 - patomorfologia. Będzie trudniej, bo jak już wcześniej pisałam, jest to test wielokrotnego wyboru, dodatkowo składający się aż ze 120 pytań, do czego nie jesteśmy tutaj przyzwyczajeni. Najdłuższy test jaki dotychczas rozwiązywałam miał 80 pytań i już wtedy miałam problem ze skupieniem się na tyle długo, żeby razem z moją magiczną intuicją rozwiązać go jak trzeba :P Dodatkowo, jest to jak na razie największy egzamin pod względem ilości obowiązującego nas materiału, bo przedmiot trwał 3 semestry. Oczywiście, na dalszych latach czekają nas większe sprawdziany wiedzy, takie jak interna i pediatria, nie mówiąc już o LEKu, ale to bardzo odległa przyszłość (choć nie wątpię, że czas minie niewiarygodnie szybko).
Mam równy tydzień, w związku z tym, wracam do notatek :)

P.S. Nawiązując do poprzedniego wpisu, kolokwium z patofizjologii udało mi się zdać na całkiem ładną ocenę, a zaliczenie z higieny i epidemiologii okazało się jeszcze bardziej "formalnością" niż się tego wszyscy spodziewali. Korzystając więc z pozytywnych nastrojów i ostatniego momentu przed sesją, gdy mogliśmy to zrobić bez większych wyrzutów sumienia, poszliśmy ze znajomymi na imprezę. Chętnych było znacznie mniej niż zazwyczaj, bo sporo osób już zaczynało się stresować nadchodzącymi egzaminami, ale zabawa jak zawsze udana :D

środa, 18 stycznia 2017

Nowy rok, stara ja, czyli sesja jak zawsze zaskoczyła studentów :P

Powinnam siedzieć i uczyć się do sesji i kolokwiów, więc naturalnie to najlepszy moment na nowy wpis. Trochę mnie nie było, bo i zajęć za bardzo nie mieliśmy, najpierw święta, później sylwester, po nim nauka do kolokwium z patomorfologii, poprzeplatana próbami nauki do egzaminu z tego samego przedmiotu i tak jakoś zleciały te pierwsze 3 tygodnie stycznia.
Choć do końca miesiąca zostało jeszcze trochę czasu, to mogę się już pokusić o małe podsumowanie.
Dziś mieliśmy ostatnie zajęcia (z czterech) w klinice endokrynologii i chorób wewnętrznych. Spośród wszystkich oddziałów, w których mieliśmy dotychczas internę, na tym podobało mi się zdecydowanie najbardziej. Prowadząca, nie dość, że bardzo sympatyczna, to do tego było widać, że ma naprawdę bardzo dużą wiedzę w swojej dziedzinie. Dodatkowo trafili nam się znacznie ciekawsi pacjenci niż na poprzednich oddziałach. Podczas jednych z zajęć zbieraliśmy wywiad od pacjentki, u której w trakcie ciąży wykryto guza nadnerczy. Co ciekawe, wcześniej pacjentka przez kilka miesięcy nie miesiączkowała, więc gdy okazało się, że jest w ciąży, było to lekkim zaskoczeniem. Najwyraźniej, leki, które kobieta przyjmowała, spowodowały powrót prawidłowego cyklu i jeszcze w tym samym miesiącu doszło do zapłodnienia, więc brak miesiączki spowodowany chorobą, zmienił się w brak miesiączki z powodu ciąży :P Jako, że wykryta zmiana w nadnerczach była bardzo duża i posiadała cechy złośliwości, pacjentka przeszła zabieg, który mimo podwyższonego ryzyka, zakończył się sukcesem. Niestety do czasu porodu przyszła mama nie może przyjmować chemioterapii, co zwiększa ryzyko ewentualnej wznowy guza i wystąpienia przerzutów, miejmy nadzieję, że uda jej się tego uniknąć. Z inną bardzo ciekawą pacjentką mieliśmy okazję porozmawiać dzisiaj. Kobieta w wieku 40 lat, ze zdiagnozowanym Zespołem von Hippla-Lindau, rzadkim schorzeniem genetycznym, dziedziczonym autosomalnie dominująco i charakteryzującym się przede wszystkim licznymi, mnogimi nowotworami w nadnerczach, siatkówce, rdzeniu kręgowym, móżdżku czy nerce. Nasza pacjentka okazała się książkowym przykładem, ponieważ od 16 roku życia przeszła już kilka operacji wyłuszczenia guzów nadnerczy, zabieg usunięcia guza rdzenia kręgowego, a także laseroterapię z powodu zmian w siatkówce. Aktualnie jest w szpitalu w celu dalszej diagnostyki, w związku z licznymi guzami w trzustce i guzem w okolicy żyły nerkowej oraz związanymi z tym objawami. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że kobieta zupełnie nie wygląda na osobę tak bardzo chorą, gdyby nie to, że nam o tym wszystkim opowiedziała to pomyślałabym, że jest zupełnie zdrowa.
Poza interną, tak jak już wspomniałam na początku wpisu, większość czasu upływa mi pod hasłem patomorfologii. Moje ambitne plany nauki od 2 stycznia oczywiście nie wypaliły, mamy 18, a ja dalej jestem daleko w polu, Znacznie trudniej zmotywować się do przygotowań do egzaminu jak pomiędzy ma się kolokwia. Za dwa dni mam test z patofizjologii, w poniedziałek zaliczenie całego semestru z higieny i epidemiologii, a 8 dni później egzamin z mikrobiologii. I skup się w takich warunkach na patomorfologii... No, ale nie ma co narzekać, wszyscy mają tak samo beznadziejnie, zresztą jakby ten egzamin był w sesji letniej to by się znalazło inne wymówki, żeby się nie uczyć :P W tym roku i tak czeka mnie wrześniowa sesja, bo cały lipiec spędzę na praktykach w Meksyku (jak tu nie uwielbiać IFMSA <3), a egzaminy formalnie możemy mieć aż do 12 lipca. W razie czego będziemy się z M. starały pozałatwiać jakieś indywidualne terminy, ale nie z każdym zakładem się da, więc coś nam zapewne zostanie na po wakacjach. Po ostatnim roku i wrześniowej poprawce z biochemii, stwierdziłam, że to wcale nie jest jakiś wielki problem, bo wakacje i tak są długie, więc co to są 2 tygodnie "wyjęte z życia" żeby się pouczyć. Ja się zupełnie nie stresuję takimi rzeczami, więc na pozostałą część wakacji to u mnie nie wpływa. Oczywiście i tak będę się starała pozdawać wszystko w pierwszych terminach, ale co będzie to będzie.

niedziela, 11 grudnia 2016

W głowie już Święta, czyli ostatnie zaliczenia w tym roku.

Choć do Świąt zostało jeszcze trochę czasu, gdzie nie spojrzeć tam choinki, świecące lampki i promocyjne gazetki z propozycjami prezentów. Na uczelni, mimo że zajęcia trwają w najlepsze i według kalendarium roku akademickiego powinny trwać jeszcze do 23 grudnia, to da się już odczuć pewne "rozluźnienie" atmosfery. Po pierwsze, część zajęć już się skończyła, dzięki czemu plan zrobił się naprawdę przyjemny. W poniedziałki, zamiast wstawać na 8, mam jedne zajęcia na 14. Piątki też zrobiły się przyjemniejsze, bo skończyły się zajęcia z anatomii topograficznej, dzięki czemu będzie można chwilę dłużej pospać. Ja, razem z jeszcze jedną osobą z mojej grupy, musimy co prawda odrobić zeszłotygodniowe zajęcia, bo spontaniczna, czwartkowa impreza urodzinowa kolegi, spowodowała, że nie dotarliśmy na zajęcia na czas (nikt z jej uczestników nie podołał temu zadaniu, ale niektórzy wpadli 30-minut spóźnieni i mają zaliczone zajęcia, a ja uznałam, że nie chce mi się spieszyć i, że "jakoś się to odrobi". Miałam rację, poszłam na późniejsze zajęcia wypoczęta, ze świeżą kawką, a co niektórzy ledwo żyli :D Jeszcze tego samego dnia poszłam się dowiedzieć co mogę zrobić w związku z nieobecnością i dowiedziałam się, że całe odrabianie anatomii będzie polegało na tym, że musimy we dwójkę zrobić prezentację o jakimś zaburzeniu związanym z narządami zmysłów na, uwaga, uwaga, "4-5 slajdów". Jakbym wiedziała, że tak to wygląda to by mnie tam nigdy w piątki o 8 nie było :P Druga przyczyna "luźniejszej atmosfery" jest taka, że pokończyły się już zaliczenia. W ubiegłym tygodniu mieliśmy pierwsze, i ostatnie w tym roku kalendarzowym, kolokwium z diagnostyki, choć w rzeczywistości powinno się je nazywać wejściówką, bo trwało niecałe 10min i składało się z 5 prostych, zamkniętych pytań. Całe szczęście, że nie marnowałam poprzedniego weekendu na naukę, bo wystarczyło nauczyć się 5 "zagadnień", z których miały pytania inne grupy
(i wszystkie zeszłoroczne) i to spokojnie wystarczyło, żeby to zdać, w moim wypadku nawet na 4 :) We wtorek będziemy jeszcze tylko pisać ostatnią (miejmy nadzieję, że w życiu) wejściówkę z mikrobiologii i można odłożyć książki w kąt. Ja mam jeszcze jedną zaległą wejściówkę, z dnia kiedy nie byłam na zajęciach, ale to pewnie w najbliższy piątek sobie do niej podejdę, żeby przed przerwą mieć wszystko z głowy.
W związku z dość małą ilością nauki i moją potrzebą znajdywania sobie coraz to nowych, dodatkowych obowiązków, postanowiłam pójść do pracy. Tym sposobem, w zeszłym tygodniu, po piątkowej imprezie do 5 rano, spędziłam w sobotę 10h w pracy, a w niedzielę, na szczęście już znacznie bardziej wyspana, kolejne 6h. W tym tygodniu podobnie, choć tym razem postanowiłam być bardziej odpowiedzialna i z imprezy wróciłam już koło 3:30. Pracę miałam na 10:00 więc nie było źle. Mimo tego, po powrocie z niej, padłam spać na 10h przed kolejnym dniem pracy. W przyszłym tygodniu prawdopodobnie też się wybiorę, czas jest, to trzeba korzystać. Zwłaszcza, że styczeń będzie zupełnym przeciwieństwem grudnia. Akcje IFMSA, ostatnie kolokwium z patomorfologii, zaliczenie z higieny i epidemiologii, kolokwium z patofizjologii, egzamin z mikrobiologii, a niewiele później, na początku lutego, egzamin z patomorfologii, zarówno praktyczny jak i teoretyczny. Do tego dojdzie mi działalność w Kole Chirurgicznym, bo w tym roku, poza dyżurami, będziemy się skupiać na pisaniu pracy naukowej, wstępnie już się zadeklarowałam, że chcę wziąć w tym udział, a szczegółów dowiem się w najbliższy wtorek, na spotkaniu naszego SKNu :)

czwartek, 1 grudnia 2016

Niczego was tam nie nauczyli, czyli zmiana oddziału.

Wczoraj, po 8 zajęciach na oddziale hipertensjologii, zaczęliśmy cykl zajęć na diabetologii. Wszystkie te zajęcia odbywają się w ramach interny. Mimo, że mieliśmy już 2 zaliczenia testowe i 1 praktyczne przy łóżku pacjenta, co było pierwszym komentarzem na nowym oddziale? Oczywiście, "No tak, niczego was tam nie nauczyli."... Podobno to nic nowego i tego typu teksty słyszy się regularnie. Na internie uczą nas oceny ekg, po czym na kardiologii okazuje się, że to wcale nie tak, na internie pokazują badanie przedmiotowe brzucha, chirurdzy komentują, że kto wam takie rzeczy pokazywał i tak w kółko. I bądź tu mądry. Choć akurat w przypadku badania płuc, rzeczywiście zaczęło nam iść znacznie lepiej po tym jak profesor na diabetologii poprawiła naszą technikę. Dodatkowo, byli po prostu pacjenci z bardziej podręcznikowymi objawami. Pani z płynem w jamie opłucnowej, z wyraźnie zniesionym drżeniem i stłumionym odgłosem opukowym, inna z płatowym zapaleniem płuc, z ładnie słyszalnymi trzeszczeniami. Szkoda, że z Profesor M. będziemy mieć jeszcze tylko jedne ćwiczenia, bo naprawdę podoba mi się jej sposób prowadzenia zajęć. Jest bardzo konkretna, zadaje pytania, zmuszające do myślenia i sama podkreśla, że nie mamy uczyć się wszystkiego na pamięć, bo w diagnostyce nie o to chodzi i znacznie ważniejsze jest właśnie myślenie i umiejętność analizowania i łączenia faktów.
Poza interną, miałam w tym tygodniu między innymi kolokwium z patofizjologii. Pytania nie były trudne, za to beznadziejnie sformułowane, co w połączeniu z małą ilością czasu nie sprzyja rozwiązywaniu testow... Na szczęście zdawalność była ładna, kolejna rzecz do przodu :)

Z ciekawszych wydarzeń, byłam w tym tygodniu w Zakładzie Medycyny Sądowej na spotkaniu z cyklu "Poznaj swoją specjalizację". Choć niestety, ze względu na wcześniej wspomniane kolokwium, musiałam wyjść przed końcem, to bardzo mi się podobało. Od wielu lat interesuję się medycyną sądową, w dużej mierze przez, a raczej dzięki książkom takich autorów jak Tess Gerritsen, Simon Beckett, a jako pierwszej Kathy Reichs, które czytałam namiętnie w gimnazjum. Prowadzący opowiedział o różnych możliwościach pracy w ramach tej specjalizacji, a później skupił się na tym, co dla większości jest chyba najbardziej interesujące, na udziale w śledztwach i oględzinach na miejscach zbrodni. Mimo, że już od dłuższego czasu wiem, że nie będzie to dla mnie specjalizacja pierwszego wyboru to nadal uważam ją za jedną z ciekawszych, podobnie jak psychiatrię :)

Zajęcia na dziś już skończone, jeszcze tylko jakieś zakupy i można odpocząć. Chociaż nie całkiem, bo jutro mam mało wymagające zajęcia, więc korzystając z wolnego południa, mam w planie naukę na mikroby, przydałoby się pójść i poprawić niezdaną wejściówkę, albo napisać te, na której mnie nie było.
Wczoraj nie miałam na to czasu, bo robiliśmy akcję edukacyjną z okazji dzisiejszego Światowego Dnia Aids na dwóch niemedycznych uczelniach. Byłam naprawdę pozytywnie zaskoczona zainteresowaniem studentów :)

niedziela, 27 listopada 2016

Pule i giełdy, czyli droga na skróty czy konieczność?

Kto studiuje medycynę i nigdy nie rozwiązywał testów poprzednich roczników w ramach nauki do kolokwium i egzaminów ten a) kłamie b) nie ma znajomych ani dostępu do internetu c) jest leniem b) jest geniuszem z masą wolnego czasu.
Osobiście nie cierpię tej formy nauki i gdybym tylko mogła, nie rozwiązywałabym żadnych pul/giełd, tylko czy to w ogóle możliwe? Zapewne tak, ale wymaga ogromnej ilości czasu, samozaparcia i nieograniczonych zasobów pamięci. Dlaczego? Jest kilka powodów. Przede wszystkim, mnóstwo Katedr i Zakładów nie ma jasno określonych wymagań, ani jeśli chodzi o zagadnienia obowiązujące na kolokwia, ani o książki, z których należy się uczyć. Najlepszym przykładem jest na naszej uczelni patomorfologia. Istnieje jakaś tam rozpiska, w której hasłowo podane są preparaty i jednostki chorobowe, ale gdyby ktoś nauczył się według niej na kolokwium to miałby bardzo niewielkie szanse na zdanie go. No to może spójrzmy na wykaz książek? Taaaak, tu jest jeszcze lepiej. Z informacji wynika, że obowiązują nas 2 pozycje: "Patologia" profesora D. oraz, używany na większości innych uczelni, "Robbins" + jako kompendium "Patologia, znaczy słowo o chorobie" też profesora D. Wszystko pięknie, tyle że 2 z 3 podanych tytułów to są książki do SPECJALIZACJI z patologii, więc oczywistym jest, że nie wszystko musimy z nich wiedzieć. Tylko jak dojść do tego co nas obowiązuje, a co nie? No i tutaj dochodzimy do sedna, jedyna opcja to przejrzeć testy z poprzednich lat. Nawet sami prowadzący, na pytanie: "Z tych nowotworów tkanek miękkich to nas to wszystko obowiązuje czy nie?" odpowiadają: "Przejrzyjcie pule, o inne rzeczy was przecież pytać nie będą"... Mając do wyboru czytanie 2 ogromnych książek specjalizacyjnych, plus seminariów i wykładów, plus kompendium (bo czasami są tam rzeczy, których akurat nie było w Redbookach), większość studentów postawi na jednak na opcję nr 2 - testy. Oczywiście, żeby je rozwiązać (bo nie mówię już o osobach, które uczą się z gotowych, rozwiązanych baz... choć przyznaję się bez bicia, że samej zdarzyło mi się w ten sposób postąpić 3 razy, w tym ostatnio przed kolokwium z patomorfologii) także trzeba coś wiedzieć/poszukać informacji, więc to jest jakaś tam forma nauki, ale dla mnie jest to męczące, frustrujące i zabiera za dużo czasu (pytania są nieprecyzyjnie spisane/ułożone i notorycznie pojawiają się sprzeczne odpowiedzi w różnych źródłach), dlatego poza wyjątkowymi sytuacjami, wolę do znudzenia czytać seminarki i własne notatki. Niestety przy kolokwiach testowych, zwłaszcza w związku z zamiłowaniem osób, układających testy, do pytań o nieistotne szczegóły, napisane drobnym druczkiem, jest to metoda, która pozwala na zdanie, ale bez oszałamiających ocen ;)
Żeby nie było, że Zakład Patomorfologii jest jakoś wyjątkwo zły i niedobry, to tylko jeden przykład z wielu. Własnie jestem w trakcie nauki do kolokwium z patofizjologii i jest nic nie lepiej.
Książka, zalecana do nauki? Interna Szczeklika. No ok, z zaznaczeniem, że nie wszystko, tylko etiologia, patomechanizm i objawy. No to przeczytałam prezentacje, własne notatki, po czym zajrzałam do testów. Od razu przypomniałam sobie dlaczego tak bardzo ich nie lubię. W co drugim pytaniu muszę szukać odpowiedzi w internecie, bo w Szczekliku ich nie ma, ani na slajdach z zajęć. Do tego znów okazuje się, że uczymy się w oparciu o nieaktualne dane, a sformułowanie pytań pozostawia wiele do życzenia. Podziwiam osoby, które preferują taką formę nauki, choć jednocześnie wcale nie uważam, żeby była ona dobrą metodą sprawdzenia wiedzy. Jasne, są pewne normy, wytyczne, o które można w ten sposób zapytać, a gdy odpowiedź umożliwia odpowiedź "tak/nie" lub "prawda/nieprawda" to faktycznie jest to rzetelna forma sprawdzenia wiedzy. Tyle, że na większość pytań odpowiedź jest "tak, ale nie do końca, bo/nie, ale jeśli..." i w tej sytuacji decyduje zdolność zgadywania "co autor miał na myśli"...
Już nieraz o tym pisałam, że należę do mniejszości studentów, będących zwolennikami odpowiedzi ustnych, albo przynajmniej esejowych. Oczywiście, one też mają swoje wady, przede wszystkim subiektywizm oceny, ale jeśli sprawdzający nie jest złośliwy i nie wychodzi z założenia, że chce udowodnić wszystkim studentom, że nic nie umieją, to taka forma pozwala moim zdaniem na faktyczne sprawdzenie czy student ROZUMIE dane zagadnienie i zależność różnych procesów. Może to tylko moje myślenie życzeniowe, ale powiedziałabym że na przedmiotach takich jak patomorfologia, patofizjologia  czy innych, jeszcze bardziej "klinicznych" to tego powinno się od nas wymagać. Normy każdy może sobie sprawdzić w internecie, a lekarz powinien potrafić połączyć fakty, objawy i zależności w całość, żeby postawić diagnozę i móc dobrze dobrać leczenie. Niestety tendencja jest do wprowadzania testów na wszystkim, są uczelnie, które już teraz nie mają innych form sprawdzania wiedzy, a później wszyscy się dziwią, że student, po 6 latach medycyny tak naprawdę nic nie wie, ani nie potrafi zrobić...
No, to sobie trochę ponarzekałam i pofilozofowałam, a teraz wracam do nauki do wtorkowego kolokwium, zwłaszcza, że jutro i we wtorek będę miała niewiele czasu, a jeszcze "po drodze" czeka mnie kolejna mikrobiologia.

piątek, 18 listopada 2016

Sen? A co to takiego? Czyli wyjazdy, warsztaty, imprezy.

Ubiegły tydzień minął błyskawicznie, w wyczekiwaniu na czwartkowy wyjazd z IFMSA, a ten jeszcze szybciej, na jego odsypianiu.
Tegoroczny, jesienny zjazd był o 1 dzień dłuższy niż zazwyczaj, w związku z obchodami 60-lecia Stowarzyszenia, co dla większości, która tak jak ja wybiera uczestnictwo w warsztatach, sesjach plenarnych i imprezy ponad snem, oznaczało kolejną nieprzespaną noc. Jak zawsze było warto, ale chyba trudno się dziwić, że dochodziłam do siebie ze cztery dni po powrocie :P
Mimo tak intensywnego weekendu, ku sporemu zaskoczeniu, udało mi się zdać wtorkowe kolokwium z patomorfologii, więc nie zrobiłam sobie żadnych zaległości. Jeśli chodzi o zajęcia to w tym tygodniu mieliśmy ostatni fakultet z immunologii i ostatnia internę na Oddziale Hipertensjologii. Za tydzień czeka nas krótki test, a po nim zaliczenie praktyczne przy łóżku pacjenta. Każdy z nas będzie musiał przeprowadzić badanie głowy, szyi i klatki piersiowej, z opukiwaniem i osłuchiwaniem płuc i serca włącznie. Potem przenosimy się na kolejny oddział, który znajduje się na końcu świata i dojazdy tam na 8 rano to będzie masakra... Na szczęście będziemy tam mieli tylko 3 zajęcia w tym semestrze.
Jednym z nudniejszych przedmiotów w tym semestrze (zaraz po zdrowiu publicznym z nawiedzoną Panią W. i higienie z epidemiologią) jest diagnostyka laboratoryjna. Okazuje się jednak, że nawet to może być ciekawe, jeśli znajdzie się odpowiedni prowadzący. W tym tygodniu, po raz pierwszy, mieliśmy zajęcia z profesorem C., rewelacyjny facet. Było widać, że naprawdę lubi to co robi i potrafi o tym mówić. Uwierzcie mi, jeśli ktoś potrafi nie zanudzić studentów tematem, dotyczącym kaskady i czynników krzepnięcia, to już coś o nim świadczy :D Co najważniejsze, Pan Profesor udowodnił, że ma świetne podejście do studentów. Wiedząc, że temat nie należy do ulubionych i najbardziej porywających, robił nam w trakcie seminarium "energizery", przerywniki, mające na celu nas trochę obudzić. I tak, najpierw sprawdzaliśmy czy uda się w naszej grupie potwierdzić teorię statystyczną, mówiącą, że w grupie powyżej 23 osób, jest przeszło 50% szans, że znajdą się minimum 2 osoby o tej samej dacie urodzin, znalazły się! Później rzucił nam wyzwanie, żebyśmy w 10s policzyli sumę cyfr od 1 do 100, a później zadał zagadkę o dwóch braciach bliźniakach na rozdrożu, wskazujących drogę podróżnemu. Poza tym, przez całe zajęcia rzucał żarcikami i historycznymi anegdotkami (Anastazja naprawdę nie przeżyła zamachu na Romanowów, bez względu na to jak pięknie nie brzmiałaby legenda, mówiąca inaczej). Studiowanie byłoby jeszcze przyjemniejsze, gdyby wszyscy prowadzący byli tacy. Choć w tym semestrze naprawdę nie mogę narzekać, bo jest ich całkiem sporo :)
Dziś planujemy z przyjaciółkami babski wieczór, a jutro cały dzień spędzę na Zdrowiu Pod Kontrolą, akcji profilaktycznej IFMSA. Niedziela pewnie będzie za to bardziej naukowa, bo trzeba kiedyś zajrzeć do mikrobiologii i interny :)

poniedziałek, 7 listopada 2016

Poranna psychologia i patomorfologia, czyli dlaczego NIE nie cierpię poniedziałków.

Zaczynam własnie ostatni spokojny tydzień bez żadnego kolokwium, bo od następnego mamy 3-tygodniowy maraton: patomorfologia, patofizjologia, diagnostyka, a do tego oczywiście cotygodniowe wejściówki z mikrobów. Na szczęście z tym ostatnim jestem chwilowo na zero, bo w piątek udało mi się poprawić zaległą wejściówkę :)
Poniedziałki są w tym semestrze straszliwie długie, bo żeby dojechać na nieobowiązkowy wykład z psychologii muszę wstać koło 6:15, a wracam z zajęć dopiero 12h później (przez bezsensowne okienka, o których już pisałam). Mimo tego, jakoś nie potrafię powiedzieć z pełnym przekonaniem, tak chętnie przez wielu powtarzanego zdania, "Nie cierpię poniedziałków!". 

Znalezione obrazy dla zapytania nie cierpię poniedziałków 

Mimo, że po tylu godzinach siedzenia na zajęciach jestem zmęczona, to naprawdę nie mam powodów do narzekań. Wykład z psychologii jak zawsze świetny, choć zdecydowanie za krótki. Przez to, że trwa on tylko 45min, prowadząca musi bardzo zwięźle, wręcz hasłowo opowiadać o wielu rzeczach, a biorąc pod uwagę, że nawet to brzmi bardzo ciekawie, to co dopiero jakby miała na to więcej czasu. Na szczęście czekają nas jeszcze 2 ćwiczenia/seminarki z nią, już się nie mogę doczekać. Dziś mówiła na temat mitów w psychologii i psychiatrii i o terapiach, nie mających nic wspólnego z evidence-based medicine. Aż trudno uwierzyć jak dziwne, głupie, a czasem niebezpieczne metody są wykorzystywane przez osoby, nazywające siebie "psychoterapeutami" (w Polsce nie ma żadnej ustawy, która by ten zawód regulowała, przez co mnóstwo "szarlatanów" postanawia sobie w ten sposób dorobić, kosztem nieszczęść innych ludzi). Przy okazji podała nam kilka tytułów książek, które warto przeczytać, jeśli zainteresował nas ten temat. Moja lista nienaukowych, medycznych pozycji dalej rośnie z każdym tygodniem, ciekawe kiedy w końcu znajdę na to czas... Póki co, w pierwszej kolejności czeka niezastąpiony Thorwald. Może któregoś dnia zrobię tu wpis na temat polecanych przeze mnie książek tego typu, bo już kilka wartych przeczytania mam za sobą. Po psychologii przyszedł czas na wykład z patomorfologii, który też prowadziła szefowa Zakładu. Te wszystkie "szefowe" na naszej uczelni są tak świetnymi babkami, że aż chce się siedzieć na wykładach. Konkretne, naprawdę potrafiące przeprowadzić ciekawą prelekcję, aż człowiekowi chce się ich słuchać, mimo wczesnej godziny i to w poniedziałek. Dodatkowo, było to zagadnienie, które już częściowo omawialiśmy na ćwiczeniach, więc miałam własne notatki i tylko dopisywałam i zakreślałam na kolorowo to co ważne. Nawet się nie obejrzałam jak minęło 45min. Następne były ćwiczenia z psychologii, na których kontynuowaliśmy temat rozmów z pacjentami. Jednak tym razem nie chodziło o przekazywanie trudnych informacji (takich jak nowotwór, śmierć kogoś bliskiego itd.) tylko samych trudnych pacjentów - psychotycznych, w ciężkiej depresji, agresywnych, uzależnionych. Ponieważ nie mieliśmy jeszcze psychiatrii, dowiedzieliśmy się sporo nowych rzeczy na temat samych chorób i zaburzeń psychicznych, a do tego usłyszeliśmy kilka przydatnych informacji, wynikających także z osobistych doświadczeń prowadzącej, na temat rozpoznawania i radzenia sobie z potencjalną agresją ze strony pacjentów, jak rozmawiać na temat myśli samobójczych, czy też jak "skłonić" osobę uzależnioną do przyznania się do tego, jakich wyrażeń i zachowań unikać, a jakie mogą być pomocne.
Żeby nie było zbyt pięknie, następne zajęcia były nudnawe, zdrowie publiczne, a może to była higiena i epidemiologia, sama już nie wiem, na jedno wychodzi, bo prowadzący ci sami i nawet slajdy na seminariach te same... Część zajęła się drzemką, a ja poczytałam trochę mikrobiologii.
Na koniec, bynajmniej nie najnudniejszy, ale na pewno najcięższy, bo po tylu godzinach zajęć, fakultet z immunologii. Nie będę się powtarzać, bo o mojej sympatii do tego przedmiotu (i prowadzącego) wspominałam już ostatnio, mogę jedynie dodać, że przez te sześć 2,5-godzinnych spotkań nauczę się więcej przydatnych rzeczy, niż przez cały semestr immunologii na drugim roku. Nie żeby tam na każdych zajęciach była wejściówka, a na koniec zaliczenie, czy coś... :P
W tym tygodniu czeka mnie jeszcze wejściówka z mikrobów, później spotkanie IFMSA, w środę od rana interna, po niej zaliczenie z RKO (przedmiot choć fajny, to moim zdaniem zdecydowanie bez sensu rozciągnięty na tyle godzin... jak już musieli tyle wyrobić, to mogli chociaż wprowadzić elementy wykorzystania sprzętu do pierwszej pomocy, a nie przez 4 zajęcia wałkować uciskanie klatki piersiowej fantoma) i ewentualnie popołudniowy wykład z patofizjologii, plus kolejne spotkanie IFMSA.  No, a potem już tylko pakowanie na wyjazd i 4 dni doszkalania się i imprezowania z IFMSA :D

Znalezione obrazy dla zapytania multitask cartoon
źródło:pahdenia.org

Jeszcze dobrze by było pomiędzy to wszystko wcisnąć wypełnianie papierów na praktyki SCOPE i może jakąś naukę na kolokwium z patomorfologii (które spisałam raczej na straty ze względu na wyjazd), a i na szybkie zakupy.
I know, I know, multitasking is bad, what can I say, I'm incorrigible :P

czwartek, 27 października 2016

Immunologia, sentymenty i pierwsza pomoc, czyli podsumowanie miesiąca.

Czas jak zwykle pędzi, człowiek dopiero co się przeprowadzał, a tu już miesiąc zajęć za nim.
Ten rok, pod wieloma względami, jest zupełnie inny niż 2 poprzednie. Zamiast wielogodzinnych okienek, wolnych popołudni i piątków, całe dnie na mieście, bo bezsensowne okienka po 1h, plus znacznie więcej przedmiotów. Zamiast 5-minutowych spacerków na zajęcia, jeżdżenie po całym mieście, zamiast spania do 10, zajęcia na 8 cztery razy w tygodniu. Jest inaczej, mogłoby się wydawać, że trudniej, ale poza niedosypianiem, które przede wszystkim wynika z mojego "rozstrajania" się przez imprezy w weekendy, nie mam powodów do narzekań. Przedmioty nadal uważam za ciekawsze niż na dwóch pierwszych latach, oczywiście nie wszystkie, ale większość.
W ramach psychologii klinicznej mieliśmy kolejny interesujący wykład, na temat orzecznictwa sądowego, a później trochę mniej interesujące ćwiczenia dotyczące przekazywania złych informacji i pracy z trudnym pacjentem. Temat generalnie bardzo ważny, ale akurat dla mnie rozmowy z ludźmi są czymś bardzo intuicyjnym i nie sprawiającym trudności, a poza tym nie dowiedziałam się na zajęciach niczego, czego już bym nie wiedziała.
Na higienie i epidemiologii mieliśmy ciąg dalszy zajęć na temat diety, totalna strata czasu.
Ja rozumiem, że to istotna sprawa, zdrowe odżywianie i tak dalej, ale od tego w szpitalu jest dietetyk, nie lekarz. Poza tym, nie bardzo wiem jak szczegółowa analiza własnych posiłków (włącznie z zawartością błonnika, gramaturą bułek, które jemy na śniadania czy zawartością soli i sacharozy) miałaby pomóc naszym potencjalnym, przyszłym pacjentom. Nie mówiąc już o ważeniu się na zajęciach (po obiedzie, w ubraniu, ah te wiarygodne wyniki), mierzeniu, wyliczaniu własnego WHR czy BMI. Bo przecież to taka wiedza tajemna, o której nikt w dzisiejszych czasach nie wie, a w internecie wcale nie ma gotowych kalkulatorów. Serio, ja uważam, że znajomość zasad zdrowego, racjonalnego odżywiania jest bardzo ważna, ale na tych ćwiczeniach nie przekazano nam nic poza wyświechtanymi sloganami "ogranicz cukry proste", "jedz dużo warzyw" i "nie nadużywaj soli".
Znacznie ciekawszy był fakultet z immunologii, choć pewnie wiele osób spojrzałoby na mnie jak na szaloną, gdybym to przy nich powiedziała. No, ale co poradzę, mam jakiś dziwny sentyment do tej dziedziny. Pamiętam, że będąc w gimnazjum i na początku liceum miałam spory problem z nauczeniem się tych wszystkich informacji o układzie odpornościowym. Odpowiedź humoralna, komórkowa, MHC I, MHC II, to wszystko było dla mnie czarną magią. W końcu, powtarzając do matury, przeczytałam te zagadnienia w Campbellu. Nie pamiętam czy na blogu miałam już okazję zachwycać się tą książką, jeśli tak to najwyżej się powtórzę, ale moim zdaniem to po prostu najlepsza pozycja do nauki biologii, mimo że wykracza swoim poziomem poza obowiązujące do matury zagadnienia. Jest rewelacyjnie napisana, konkretnie i zrozumiale, a do tego ma świetne schematy.
Tak więc, od czasu gdy przeanalizowałam w niej kilka obrazków i przeczytałam odpowiednie rozdziały, przestałam mieć jakiekolwiek problemy ze zrozumieniem immunologii. Kolejną styczność z tym przedmiotem miałam w pierwszym semestrze drugiego roku. Niestety zajęcia były nudne, a do tego biochemia była priorytetem, więc praktycznie zupełnie się nie uczyłam. Mimo tego, udało mi się zdać wszystkie wejściówki i zaliczenie przedmiotu w pierwszych terminach, opierając się na wiedzy z liceum. W ogóle, immunologia to taka działka, która przewija się na wielu przedmiotach, histologii, patomorfologii, biochemii. Dlatego też, gdy dzisiaj na patofizjologii mieliśmy zajęcia z dr H. (tym samym prowadzącym co wspomniany wcześniej fakultet), na temat autoagresji i rodzajów nadwrażliwości, nie będąc przygotowaną do zajęć (mieliśmy omawiać zupełnie inny temat), kilka razy na tyle sensownie się odezwałam, że razem z jeszcze jednym kolegą dostaliśmy po piąteczce, czyli plusowym punkcie do kolokwium, miły prezent z samego rana.
Drugi fakultet jest jeszcze fajniejszy i tutaj już wszyscy by się ze mną zgodzili, ponieważ dotyczy nauki pierwszej pomocy, a kto by nie lubił scenek i skakania po fantomach? :P Co prawda, osobiście nie nauczyłam się raczej niczego nowego, ale to dlatego, że swego czasu działałam w HOPRze (Harcerskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe), w ramach czego przeszłam 2 kursy pierwszej pomocy, jeden na poziomie BLS, a drugi bardziej zaawansowany, z elementami ALS. Brałam kiedyś nawet udział w międzyszkolnych zawodach z pierwszej pomocy :) Od tego czasu mam zwyczaj śledzenia nowych wytycznych z tej dziedziny, dobrze jednak odświeżyć sobie wiedzę w praktyce.
Starsze roczniki zawsze strasznie narzekały na fakultety, a tu taka miła niespodzianka, 2 z 3, na które jestem zapisana (chciałam napisać "na które chodzę", ale nie będę kłamać :P ) są ciekawe i fajnie prowadzone. Te, zaplanowane na drugi semestr też zapowiadają się super.
Ciekawa jestem jak będzie funkcjonowało chodzenie na dyżury, które od tego roku akademickiego jest możliwe od 4 roku wzwyż, zamiast fakultetu. Pomysł super, o ile uda się to jakoś sensownie zorganizować.
W ogóle, dziś po raz pierwszy usłyszałam od lekarza "idźcie na chirurgię!", no i jak tu nie lubić dr H. (ten od immunologii i patofizjologii). Co prawda, zdanie to było poprzedzone dość długą przemową o tym jak to studenci się nie uczą, ale ciiii. Generalnie przekaz był taki, że system jest beznadziejny i dlatego marnujemy 6 lat życia na naukę rzeczy, których po pół roku już nie pamiętamy (sama prawda), a później przychodzą do nas pacjenci, którzy często o pewnych rzeczach mają większą wiedzę niż my i dlatego prędzej czy później lekarze rodzinni zostaną zastąpieni przez maszyny, na których będzie się podawać objawy i ewentualne wyniki badań, a one będą drukować adekwatne skierowania i recepty. I dlatego lepiej iść na chirurgię, bo to rzemieślniczy fach i chirurdzy jeszcze dłuuuugo będą potrzebni,. Najzabawniejsze było to, że cała 5 minutowa przemowa była spowodowana tym, że nie pamiętaliśmy na czym polega i jak jest uruchamiana nadwrażliwość typu I :P Mówił przy tym naprawdę sensownie, lubię z nim zajęcia. Trochę mniej przypadł mi za to do gustu prowadzący z diagnostyki laboratoryjnej, ale powiedzmy sobie szczerze, to nie jego wina, że przedmiot jest nieciekawy. Nauka norm MHC, MCV, RBC, WBC i miliona innych, po raz setny, gdzie na wynikach badań i tak zawsze podane są zakresy norm, jest po prostu strasznie nudne... Dodatkowo, zarzucanie nas informacjami o odchyleniach od norm, w przebiegu różnych białaczek i chłoniaków, gdzie my na dobra sprawę nic się jeszcze o nich nie uczyliśmy, jest trochę bez sensu. Nie pomaga też fakt, że zajęcia te są bezpośrednio po patofizjologii, więc jest to nasza 3 i 4 godzina siedzenia w czwartek, od 8 rano i słuchania.

Miał być krótki wpis, a znów popłynęłam. Nie opisując w nim nawet połowy przedmiotów, które mam. To dobrze oddaje ile tego jest w tym roku. Teraz na szczęście będzie chwila oddechu, bo jutro zaczynamy 4 dniowy weekend, ale najpierw trzeba będzie przetrwać zajęcia od 8 do 16. Na szczęście pewnie dość szybko to zleci. Anatomia jest przyjemna i zawsze szybko mi na niej czas leci, a jutro dodatkowo wystawiamy z koleżanką prezentację o przepuklinach brzusznych, więc tym bardziej. Zdrowie publiczne trochę się dłuży, ale może będzie znośne, a patomorfologię będziemy najprawdopodobniej mieli z dwójką najśmieszniejszych doktorantów z tej Katedry, którzy często wypuszczają nas przed czasem. Zaraz po długim weekendzie, w środę, mam zaliczenie z pierwszych 4 ćwiczeń z interny i poprawkę z mikrobów (jakimś cudem tylko jedną, na 3 wejściówki, które pisaliśmy, ale to znów dzięki intuicji i szczęściu, a nie wiedzy...). A już tydzień później kolejny dłuższy weekend, który spędzę w stolicy, bo w czwartek jadę na kolejne Zgromadzenie Delegatów IFMSA, tym razem połączone z obchodami 60-lecia organizacji, już się nie mogę doczekać :)

środa, 19 października 2016

Koło Chirurgiczne, stetoskop w ruch, czyli interna i chirurgia nie do końca w tej kolejności.

Po ostatnich 2 wpisach postanowiłam sobie, że nie będę robić czegoś takiego, że zaczynam pisać, wiedząc, że powinnam robić coś innego, bo później w połowie wpisu przerywam i kończy się tak, że dokańczam wpis dopiero po kilku dniach i już nie wychodzi tak fajnie, przynajmniej w moim odczuciu. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym się tego trzymała...
Dziś miałam kolejne zajęcia z interny, na których w końcu miałam okazję poćwiczyć osłuchiwanie i opukiwanie płuc. Wydawać by się mogło, że po 2 latach praktyk wakacyjnych, czy choćby po zdanym egzaminie z fizjologii, powinnam takie rzeczy potrafić, nic bardziej mylnego. Pośrednio do tego nawiązuje tytuł tego wpisu, ponieważ ilość godzin spędzonych przeze mnie na chirurgii i bloku operacyjnym, asysty, szycie, wszystko to miało miejsce zanim nauczyłam się zupełnie podstawowego badania pacjenta, ups :D No, ale najważniejsze, że i na to przyszła pora. Na zajęciach mieliśmy okazję osłuchać m.in. pacjenta cierpiącego na jednostronne zapalenie płuc. U pana, ze względu na trudności z oddychaniem i hiperwentylację, rozwinęła się dodatkowo zasadowica oddechowa. Drugiego pacjenta, nie tylko osłuchałam, ale także wykonałam pełne badanie płuc, z oceną symetrii klatki piersiowej, drżenia głosowego, granic płuc itd. Nie było to jakoś bardzo skomplikowane, ale całość utrudniał fakt, że pan cierpiał na dość sporą nadwagę, co nie ułatwiało mi zadania. Spróbuj skutecznie opukać 4-tą przestrzeń międzyżebrową, gdy robisz to pierwszy raz, a do tego pacjent ma większy biust niż ty i 4 Twoje koleżanki (na 5 obecnych na sali) :P 
Niestety, przy coraz większym odsetku osób z nadwagą i otyłością, musimy się od początku przyzwyczaić do takich pacjentów. Będąc na bloku operacyjnym nie raz miałam okazję zobaczyć jak bardzo nadmiar tkanki tłuszczowej przeszkadza, nie tylko w badaniu internistycznym, ale w samym zabiegu. Nie bez powodu mówi się, że w nadwaga jest główną zmorą dzisiejszej chirurgii. Stoły są za wąskie, laparoskopy za krótkie, no i spróbuj wystać 3h na hakach, dźwigając te ogromne ilości tkanki tłuszczowej. Tak czy inaczej, zajęcia były ciekawe, jak wszystkie na internie, a pacjent bardzo sympatyczny i cierpliwy. Jego sąsiad, którego nie mogłyśmy zbadać, bo nie mógł siadać ze względu na kroplówki, stwierdził z żalem, że takie fajne rzeczy go omijają przez te jego badania :D
Druga rzecz, w nawiązaniu do tytułu wpisu, to Koło Chirurgiczne. Pisałam o nim w zeszłym roku, fajna sprawa, ale nie do końca dobrze zorganizowana na naszej uczelni. W tym roku ma się to zmienić, z czego bardzo się ciesze. Przede wszystkim wprowadzony zostanie limit członków, bo w ubiegłych latach lista osób zapisanych dochodziła do 120-140, a efekt był taki, że przez pierwsze 2 miesiące nie dało się zapisać na dyżur, bądź trzeba to było robić bardzo szybko, spotkań żadnych nie było, pracę naukową pisała jakaś grupka, znająca się z wcześniejszych lat działalności, a ja nawet nie bardzo wiedziałam jak miałabym się w to "wkręcić". Nie był to dla mnie problem, bo będąc dopiero na 2 roku, zależało mi bardziej na dyżurach, które były bardzo udane, zresztą opisywałam je tutaj dość szczegółowo, ale w tym roku, poza nimi, chciałabym spróbować swoich sił także w pisaniu pracy. No i wychodzi na to, że powinnam mieć szansę, bo dziś na spotkaniu informacyjnym, przewodnicząca sama podkreśliła, że ma nadzieje, że uda nam się w tym roku stworzyć kilka prac, podała nawet konkretne tematy. Zobaczymy jak to się potoczy, ale wybrałam 2, z 5, którymi wstępnie jestem zainteresowana i czekam na dalsze informacje. Poza tym, będę oczywiście dalej w miarę możliwości chodzić na dyżury, choć w tym roku, ze względu na beznadziejny plan zajęć, może to być trochę bardziej skomplikowane.

No właśnie :)

Znów wychodzi na to, że mam milion aktywności dodatkowych, a weź tu jeszcze wciśnij w to wszystko naukę... ale żeby nie było, na to też znajduję trochę czasu. Może niekoniecznie na mikrobiologię, bo tego przedmiotu nie znoszę i pewnie znów będę stałym bywalcem na poprawkach wejściówek, ale do patomorfologii, patofizjologii i interny staram się chociaż pobieżnie przygotowywać na bieżąco, a jak będą zbliżały się kolokwia to przyjdzie czas na pogłębienie wiedzy.
Póki co zbliżają się Otrzęsiny, zobaczymy jak będzie z frekwencją i muzyką w tym roku, bo w zeszłym wyszła świetna impreza :D


niedziela, 16 października 2016

Kolejne przedmioty, IFMSA, imprezy, czyli dzień jak co dzień.

Miałam już okazję uczestniczyć we wszystkich przedmiotach, obowiązujących nas w tym semestrze. Ogólne odczucia nadal są pozytywne :) Prowadzący zrobili na mnie, jak na razie, bardzo dobre wrażenie, nawet Ci na nudnych przedmiotach, mówią w znośny, niezbyt nużący sposób. Choć może to po prostu ja mam jeszcze zapał, bo to dopiero pierwszy miesiąc :P W poniedziałek znów wstałam na 8 rano na wykłady! Ponownie nie żałowałam, bo psychologia kliniczna jest świetnie prowadzona. Zarówno wykłady jak i ćwiczenia są bezstresowe, ciekawe i wciągające. Wiele rzeczy, o których jest mowa wydaje mi się dość oczywistych, z takiej "życiowej wiedzy", ale dowiedziałam się już także kilku nowych informacji. Za to pierwszy wykład z patomorfologia przypomniał mi, że przecież tak naprawdę to już od przeszło pół roku przedmiot ten można by śmiało nazywać onkologią. Nauka na egzamin tych wszystkich nowotworów, które póki co zlewają mi się w jedno, będzie straszna. Nie mówiąc już o nauce "szkiełek" na część praktyczną, to dla mnie nadal czarna magia.
Do grona bezstresowych przedmiotów dołączyło "zdrowie publiczne" i "higiena i epidemiologia", które są prowadzone przez ten sam Zakład i tematyką będą się prawdopodobnie mocno przeplatać. Na pierwszy z nich, w ramach zaliczenia, trzeba napisać esej na dowolnie wybrany temat, wchodzący w zakres zagadnień poruszanych na zajęciach, nie będzie to problem, bo o samym IFMSA mogłabym napisać elaborat, a doskonale spełnia wymagania. Drugi przedmiot kończy się zaliczeniem testowym, ale można zdobywać dodatkowe punkty na zajęciach, więc to raczej tylko formalność.
Z trochę bardziej wymagających ćwiczeń, zaczęliśmy ostatni semestr patomorfologii. Zmienili nam się prowadzący i seminarkę prowadził sympatyczny młody rezydent, który wypuścił nas prawie godzinę przed czasem (w tak ekspresowym tempie poprowadził zajęcia), natomiast preparaty omawiał dr G., który jest dość ekscentryczny i lubi pytać na zajęciach. Jest przy tym "niegroźny", bo choć z upodobaniem rzuca "Źle. Dwója!" do każdej osoby nieznającej odpowiedzi na pytanie, to w rzeczywistości żadnych ocen nie wstawia. Mimo tego spora część mojej grupy się przejęła i na kolejne zajęcia przyszła obkuta. Na pewno na tym nie stracą, ale śmiać mi się chciało jak okazało się, że tym razem są inni prowadzący. Zresztą nie tylko mi, bo dr B. (znany dobrze osobom zainteresowanym działalnością Porozumienia Rezydentów) patrzył z rozbawieniem i niedowierzaniem jak kolejne osoby potrafiły odpowiedzieć na szczegółowe pytania, a później skomentował, że on 2 lata miał zajęcia z dr G. i nie pamięta, żeby kiedykolwiek się tak nauczył :P
Mieliśmy też pierwszą mikrobiologię, jeszcze niegroźną, bo bez wejściówki, ale za to na kolejnej będą dwie (dlatego właśnie pisze wpis, zamiast się uczyć na wtorek...). Tu też zmieniła nam się prowadząca, z czego bardzo się cieszę, bo ta jest znacznie fajniejsza i dużo lepiej prowadzi zajęcia.
Poza kolejnymi przedmiotami, miałam też trochę biegania w związku z IFMSA, spotkanie informacyjne dla pierwszaków, "Pierwszy wykład z anatomii", Walne Zgromadzenie Członków Oddziału i wybory nowego Zarządu. W tym roku zapowiada się, że będę znacznie mniej czasu spędzać siedząc w pokoju, bo beznadziejny układ zajęć, w połączeniu z działalnością w IFMSA i STNie nie da mi takiej możliwości. No i nie zapominajmy o imprezach (na dobry początek, w pierwszych 7 dniach po przyjeździe na uczelnię, przetańczyłam łącznie 15h) i wyjazdach, kiedy ja w tym wszystkim znajdę czas na seriale?! No dobra, i na jakąś naukę :P

czwartek, 6 października 2016

Nowości, czyli pierwszy tydzień 3 roku prawie za mną.

Pierwszy tydzień zajęć już prawie cały za mną. Trochę taki oszukany, bo wtorek był dla nas dniem wolnym, z powodu uroczystej inauguracji, na której oczywiście nie byłam. Może kiedyś uda mi się na nią dotrzeć, ale póki co nie znalazłam jeszcze nikogo kto był i mógłby mi powiedzieć, że warto, więc i w tym roku, odsypianie imprezy brzmiało znacznie bardziej zachęcająco niż zrywanie się na 9 rano do rektoratu :P
Poniedziałkowe zajęcia rozpoczęliśmy o 8, wykładem z psychologii. Trzeba było na niego dojechać niemały kawałek, ale nie żałuję, że wstałam tak wcześnie. Przedmiot zapowiada się naprawdę ciekawie, a szefowa Zakładu potrafi opowiadać w taki sposób, że aż chce się słuchać. Zawsze interesowała mnie psychiatria i pokrewne dziedziny i choć wiem, że to nie specjalizacja dla mnie, to chętnie się czegoś dowiem. Ćwiczenia także mi się podobały, widać było, że to o czym opowiada prowadząca jest jej pasją, miła odmiana po tych wszystkich asystentach, czytających slajdy. Tego dnia mieliśmy mieć także wykład z patomorfologii, ale ponieważ na auli nie było działającego rzutnika, szefowa odesłała nas do domów, nikt specjalnie nad tym nie ubolewał :D
We wtorek, tak jak wspomniałam, odsypiałam poniedziałkową imprezę, korzystając z dnia wolnego.
W środę mieliśmy kolejne zajęcia na 8 rano, powinnam zacząć się przyzwyczajać, bo w tym roku pobudki między 6, a 7 będą dla mnie codziennością...
Pierwszy dzień zajęć klinicznych zaczęłam dość niefortunnie, spóźniając się 15min na internę. Najpierw nie dotarłam na wcześniejszy autobus, bo musiałam się wrócić po fartuch, o którym zapomniałam, a później okazało się, że następny autobus, którym miałam jechać, ma 10min opóźnienia. Zabawne jest to, że mimo problemów z dojazdem, dotarłam na salę seminaryjną jako 2 z 12 osób, bo reszta pogubiła się w szpitalu :P
Zajęcia z interny zaczęły się od krótkiego omówienia regulaminu i seminarium z zakresu zbierania wywiadu lekarskiego. Później, już w szóstkach klinicznych, poszliśmy z prowadzącymi na oddział. Mojej grupie ćwiczeniowej trafiła się przesympatyczna, młodziutka rezydentka anestezjologii, która wygląda na niewiele starszą od nas, ale zarazem bardzo kompetentną osobę. Wszyscy razem poszliśmy kolejno do 3 pacjentów, zebrać wywiad lekarski. Było to nasze pierwsze spotkanie z chorymi w ramach zajęć i od razu trafił nam się piękny przegląd "typów" pacjentów.
Pani nr 1, należała do tych, które najchętniej opowiedziałyby lekarzowi/studentowi całą historię swojego życia, ledwo dała nam dojść do słowa, gdy chcieliśmy zadać jakieś pytania. Była przy tym niezwykle sympatyczna, no ale nie ułatwiała nam zadania. Pan nr 2 był z kolei z rodzaju "ja wiem wszystko najlepiej, bo czytałam o tym w internecie". Nie zabrakło więc dyskusji z lekarką, na zasadzie: "ja nie będę brał leków na podwyższony cholesterol, bo one więcej szkody niż pożytku przynoszą, a poza tym ja mam tylko trochę za wysoki" (pacjent o pokaźnym brzuchu, myśliwy, odżywiający się głównie tym co upoluje) oraz opisów, pełnym pewności siebie głosem: "miałem gruczolaka jednokomórkowego nerki" (takowy nie istnieje). Dopiero pacjent nr 3 był bezproblemowy i odpowiadał grzecznie na nasze pytania. Cieszę się, że w końcu zaczęliśmy zajęcia kliniczne, choć interna mnie nie specjalnie interesuje jako specjalizacja, to na pewno ćwiczenia będą znacznie ciekawsze niż na innych przedmiotach.
Po zajęciach mieliśmy sporo czasu do kolejnych, więc postanowiłam zrobić sobie poobiednią drzemkę, wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że przespałam budzik i obudziłam się równo z godziną, o której rozpoczynał się pierwszy wykład z patofizjologii. Postanowiłam więc, że nie pójdę, bo jak miałabym się spóźnić 15 minut na 45-minutowy wykład, to równie dobrze mogłam zostać w łóżku. Napisałam sms-a do koleżanki, żeby dała mi znać jakby mówili coś ważnego, na co dostałam odpowiedź, że "wykładu nie ma, prowadzący nie przyszedł". Wyjątkowo dużo szczęścia miałam tego dnia :D Na zakończenie mieliśmy fakultet "Onkologia skóry", który prowadziła bardzo miła babeczka, na ostatnich nogach w ciąży. Jak na dość nudny temat, mówiła ciekawie, tak że tylko kilka razy się wyłączyłam. Dla porównania, na żadnym fakultecie w ubiegłym roku nie wytrzymałam w skupieniu dłużej niż 15min.
Dziś, tak dla odmiany, znów zajęcia na 8 rano. Tym razem ćwiczenia z patofizjologii. Te, w przeciwieństwie do wykładu, odbyły się, ale prowadząca się spóźniła, a do tego były to tylko zajęcia organizacyjne, więc już po godzinie zostaliśmy puszczeni do domów. Tym samym mam kolejny dzień wolny, może wybiorę się na poszukiwanie fartucha, wypadałoby w końcu kupić jakiś dodatkowy.
Jutro od rana (a jakże by inaczej...) czeka mnie anatomia topograficzna, której prawdę mówiąc nie mogę się trochę doczekać. To będzie śmieszne uczucie, iść do tego Zakładu po raz kolejny, po roku przerwy, na zajęcia, które są tak diametralnie innej "rangi" niż te na pierwszym roku. Ciekawe czy trafimy na tych samych asystentów. Byłoby super, ale pewnie aż tak dobrze nie będzie. W ogóle, te wszystkie operacje, w których uczestniczyłam w wakacje, uświadomiły mi jak bardzo potrzebuję takich zajęć. Moja wiedza z anatomii została całkowicie wyparta przez biochemię :(
Po anatomii czeka nas jeszcze Zdrowie Publiczne i Patomorfologia, na której pewnie będzie już trudno wysiedzieć, bo późna godzina, w połączeniu z aktualną pogoda i wstawaniem codziennie na 8 nie pomaga w koncentracji. W moim wypadku dochodzi fakt, że szkiełka to dla mnie czarna magia, więc prowadzący mogą sobie tłumaczyć jak to na ekranie widać strukturę "a" i komórki "b", a dla mnie i tak będą to fioletowo-czerwone kropki i paski. Egzamin praktyczny z tego to będzie tragedia.
Jakbym miała podsumować pierwszy tydzień, to mogę śmiało powiedzieć, że jestem bardzo pozytywnie nastawiona na nadchodzący rok (jak co roku zresztą). Przedmioty zapowiadają się znacznie ciekawiej niż na pierwszych 2 latach, a wszyscy prowadzący, których dotychczas poznaliśmy są sympatyczni i robią wrażenie takich, którzy potrafią w dość ciekawy sposób poprowadzić zajęcia :)