poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Upał, plaże i pływanie z rekinami, czyli ostatni tydzień w Meksyku.

Wakacje w ciągłym biegu? W tym roku zdecydowanie tak. Ledwo wróciłam z Meksyku, a już leciałam do mojego kochanego, studenckiego miasta, żeby zająć się "incomingsami" z różnych krajów, którzy robią u nas praktyki. Jak w przyszłym tygodniu wróce do domu to też nie będzie lepiej, będę miała tylko jeden dzień na zrobienie prania i przepakowanie się przed wyjazdem na konie.
Przenosząc się jeszcze na chwilę do bajecznego Meksyku, zostam mi do opisania ostatni tydzień naszej przygody. Na początek naszego ostatniego wieczoru w Tuxtli, poszliśmy na obiad do restauracji Las Pichanchas. To rewelacyjne miejsce, w którym, poza pysznym jedzeniem i jeszcze pyszniejsmy drinkiem, zwanym "Pumpo" można posłuchać tradycyjnej meksykańskiej muzyki, granej oczywiście na marimbach, oraz obejrzeć pokazy taneczne w ludowych strojach z Chiapas.


Zdjęcie ze strony tripadvisore, z braku własnych ;)

Po posiłku, przenieśliśmy się do pubu, w którym, popijając lokalne piwo, tańczyliśmy do 3 nad ranem, mimo że następnego dnia wszystkich nas czekała wczesna pobudka.

Praktyki w szpitalu zakończyłyśmy prawie dwugodzinnym żegnaniem się ze wszytstkimi i robieniem pamiątkowych zdjęć. Później musiałyśmy szybciutko się spakować i po godzinie 20, ruszyliśmy w 15h podróż do stolicy Jukatanu, Meridy. Miasto przywitało nas upałem, co w połączeniu z prawie godzinnym poszukiwaniem autobusu, którym mogłybyśmy dojechać do naszego hosta z couchsurfingu, było wykańczające. Zwłaszcza, że każda z nas miała przeszło 25kg bagażu. Na szczęście dostałysmy własny pokój z łazienką i klimatyzacją, więc mogłyśmy się ochłodzić, przed wyjściem na spacer. Merida to spore miasto, bardzo turystyczne, więc, w przeciwieństwie do mieszkańców Tuxtli, tam prawie wszyscy mówią po angielsku. Jest w nim kilka ciekawych budowli, ale myślę, że jeden dzień, który tam spędziłyśmy to zupełnie wystarczająca ilość czasu na zobaczenie wszystkiego. 




Dla mnie największą "atrakcją" było normalne/niemeksykańskie jedzenie. Najpierw poszłyśmy do wegetariańskiej restauracji na obiad, a póniej nasz host wziął nas do kawiarni czekoladowej, w której zjedliśmy przepyszne brownie z malinami, popijając je czekoladowymi shake'ami. Po tym przenieśliśmy się do innej restauracji, gdzie wypiliśmy wino, próbując różne sery, wędliny i oliwki.



Kolejnego dnia było równie smacznie, zjadłam pyszną sałatkę, a wieczorem poszliśmy z naszym hostem na sushi i drinki. Fakt, że to on za wszystko płacił przez te dwa dni był równie miły, co zaskakujący, no ale widać było, że ma bardzo dużo pieniedzy, więc nic tylko się cieszyć, że chciał się nimi podzielić :D
Korzystając z tego, że Merida jest miastem turystycznym, wybrałyśmy się na zorganizowaną wycieczkę, aby zobaczyć cenotes, znak rozpoznawczy Jukatanu. Są to naturalne studnie krasowe, które były uznawane za święte miejsca przez Majów. Miałyśmy okazję obejrzeć i popływać w trzech cenotes różnej wielkości. Widoki jak zwykle były piękne, a woda orzeźwiająco chłodna.
Jeszcze tego samego dnia wieczorem miałyśmy autobus do Chquilli, z której promem dostałyśmy się na bajeczną wyspę Holbox, oglądając wschód słońca z górnego pokładu :)
Był to nasz ostatni przystanek przed powrotem do Cancun, z którego miałyśmy samolot. Trudno opisać jak przepiękne jest to miejsce. Rajskie plaże, cisza i spokój, mimo sporej ilości turystów, idealne zakończenie intensywnego miesiaca. Pierwszy dzień przeleżałyśmy na plaży, wykończone nocną podróżą, woda była idealna do kąpieli, a w słońcu upał niemiłosierny. Popołudniu dołączył do nas kolega z uczelni, który dopiero zaczynał swój pobyt w Meksyku. Drugiego dnia wybraliśmy się na wyprawę motorówką, aby popływać z największymi na świecie rekinami wielorybimi. Mogą one osiągać długość do 15m, są jednak zupełnie niegroźne, gdyż żywią się planktonem. To właśnie dlatego można z nimi bezpiecznie pływać w sezonie od czerwca do września. W tym okresie plankton na styku wód Morza Karaibskiego i Zatoki Meksykańskiej znajduje się na powierzchni, co zmusza te olbrzymy do wypływania z głębin. Móc pogłaskać tak wielkie zwierzę i popływać przy nim to niesamowite uczucie (później dowiedziałam się, że nie wolno ich dotykać, ale cii :P ). Później popłyneliśmy na kolejną przepiękną plażę, przy której zjedliśmy obiad, ale zanim do niej dobiliśmy, mielismy możliwość poływania z maską i rurką nad rafami koralowymi. Podobno czasami można spotkać tam żółwie morskie, ale nam się niestety nie poszczęściło. Ostatnimi zwierzętami, które widzielismy były flamingi, choć ku rozczarowaniu M., były one zbyt daleko by porobić sobie z nimi zdjęcia. Oczywiście, podczas całej wycieczki widzieliśmy też mnóstwo innego ptactwa i ryb, m.in kormorany i latające ryby.



Po powrocie spędzilismy kilka godzin na plaży, a wieczór w miasteczku. Wybraliśmy się także na nocny spacer po plaży, aby znaleźć fluoryzujący plankton, ale niestety był przypływ i chyba dlatego na nic nie trafilismy.




Ostatnie przedpołudnie spędziliśmy na robieniu zdjęć i kąpielach, po czym o 13:30 wyruszylismy o Cancun. Spędziliśmy tam 2 noce po czym po 24h podróży dotarłyśmy do domów. Miało pójsć szybciej, ale nasze loty miały sporo opóźnienia.
Jeśli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości co do tego czy Meksyk jest krajem wartym odwiedzenia, mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że tak. Na mnie, czego się nie spodziewałam, to Chiapas, a nie Jukatan zrobił większe wrażenie, ale tak naprawę miałyśmy zdecydowanie zbyt mało czasu by poznać ten ogromny kraj. Kiedyś na pewno tam wróce, co do tego nie mam wątpliwości. Jeśli ktoś zastanawia się nad kwestią bezpieczeństwa, to nas przez cały pobyt nie spotkała żadna niepokojąca sytuacja, a wszyscy ludzie byli bardzo życzliwi i pomocni, nawet ci, którzy nie mówili po angielsku.
Same w sobie praktyki, podobnie jak w Polsce, chyba jednak lepiej odbywać w szpitalach w mniejszych miejscowościach. W naszym było zdecydowanie za dużo rezydentów, stażystów i studentów, aby móc swobodnie dostać się do stołu operacyjnego i obserwować z bliska zabiegi czy asystować (brak znajomości języka pewnie też nie pomagał, ale myślę, że była to mocno drugorzędna sprawa). Mam w związku z tym lekki niedosyt, ale podróże zrekompensowały wszystko z nadwyżką :D Jeśli będę chciała spędzić więcej czasu na bloku, zawsze mogę się wybrać do "mojego" szpitala, w którym robiłam praktyki w ubiegłych latach :)

poniedziałek, 24 lipca 2017

Neurochirurgia, podróże i zdjęcia, czyli meksykańskiej przygody ciąg dalszy.

Trudno uwierzyć jak szybko mogą upłynąć 3 tygodnie. Do końca mojej meksykańskiej podróży zostało już tylko 7 dni. W tygodniu dalej chodzimy na oddział i blok operacyjny, i choć nadal budzimy duże zainteresowanie, to ludzie powoli się do nas przyzwyczajają. Coraz więcej osób przełamuje się także, żeby choć spróbować porozmawiać z nami po angielsku. Myślę, że gdybyśmy pobyły tam dłużej, to okazało by się, że całkiem sporo osób zna przynajmniej podstawy tego języka. Poznałyśmy dwóch zabawnych rezydentów z traumatologii, którzy mimo naprawdę kiepskiego poziomu angielskiego, przegadali z M. sporą część wieczoru, który spędzałyśmy w szpitalu w ramach nocnej zmiany. Ja, przyznaję, mam znacznie mniej cierpliwości do rozmów z osobami, do których muszę mówić pojedynczymi, prostymi słowami (i nadal okazuje się, że nie rozumieją). Trafiają się też osoby, zwłaszcza pielęgniarki na bloku i panie w stołówce, które na wieść, że nie mówimy po hiszpańsku, zaczynają... mówić to samo, tylko wolniej. Oczywiście na ogół nic to nie zmienia, więc dalej stoimy z M., kiwając głowami z uśmiechami na twarzy :P
Przez nasz oddział przewija się ogromna ilość lekarzy, więc codziennie poznajemy kogoś nowego. W czwartek na przykład, w końcu spotkałyśmy szefową Chirurgii Ogólnej (w Meksyku każdy jest szefem kogoś, ale ona jest chyba najbardziej "na górze"), lepiej późno niż wcale, zwłaszcza, że to ona będzie podpisywać nasze certyfikaty. Niestety, nie mówi ona po angielsku, albo nie miała na to czasu lub ochoty, więc nie miałyśmy okazji, żeby w jakikolwiek sposób zjednać sobie jej sympatię. Razem z nią, w pokoju siedziała też młodsza lekarka, neurochirurg. Była bardzo sympatyczna i, choć na początku dość niepewnie, zainicjowała rozmowę. Nie trwała ona zbyt długo, bo doktor dość szybko musiała się pożegnać, gdyż "praca wzywa". Tak się szczęśliwie złożyło, że gdy pół godziny później poszłam na blok operacyjny, trafiłam na nią w pierwszej sali, do której weszłam. Od razu zaproponowała, że mogę się umyć do zabiegu. W porównaniu do praktyk w Polsce, tutaj niestety bardzo rzadko mam taką możliwość, więc chętnie skorzystałam. Podczas zabiegu byłyśmy tylko we dwójkę, więc miałyśmy okazję dokończyć wcześniejszą rozmowę. Dowiedziałam się, że niestety w ich mieście nie ma "prawdziwej neurochirurgii", bo szpitala nie stać na odpowiedni sprzęt. To chyba dość powszechny problem w Meksyku. Przeprowadzane są tam tylko podstawowe zabiegi, takie jak usuwanie krwiaków podtwardówkowych i inne, które tak naprawdę nie są operacjami na mózgu. Mimo, że szpital na pierwszy rzut oka jest nowoczesny, to braki sprzętu widoczne są na każdym kroku. Na przykład gdy pomagałam w pobieraniu krwi, musieliśmy iść do laboratorium, znajdującego się na drugim końcu szpitala, aby wyprosić dodatkowe probówki, bo są one limitowane.

Po czterech dniach i nocce w szpitalu, każdy weekend spędzamy na podróżowaniu. Obie z M. zgadzamy się co do tego, że mamy niesamowicie dużo szczęścia. Udało nam się trafić na świetnych ludzi, zarówno tych z innych krajów, jak i z goszczącego nas oddziału IFMSA . W naszym mieście jest nas szóstka, dwie dziewczyny z Hiszpanii, chłopak ze Słowacji, chłopak z Norwegii no i my dwie z Polski. Od samego początku świetnie się dogadujemy, co powoduje, że weekendowe wyjazdy (a także wyjścia do miasta w tygodniu) są świetną zabawą. Poprzedni weekend spędziliśmy bardzo intensywnie. W piątek zwiedzieliśmy San Cristobal, najzimniejsze miasto w stanie Chiapas. Wszyscy nas o tym ostrzegali, ale nie potraktowałyśmy tego poważnie, przekonane, że to co dla Meksykan jest chłodem, dla nas będzie normalną temperaturą. No cóż, wszyscy skończyliśmy kupując sobie pamiątkowe bluzy lub poncza :D





W sobotę zobaczyliśmy Lagunas de Montebello, po czym poszliśmy na imprezę, a prosto z niej, o 4 rano, wyruszyliśmy na całodzienną wycieczk, w trakcie której zobaczyliśmy wodospad Agua Azul, z krystalicznie czystą wodą, popływaliśmy pod wodospadem Misol-Ha i w grocie pełnej nietoperzy (na szczęście siedziały grzecznie zdala od nas).



Na koniec zwiedziliśmy Palenque, ruiny miasta Majów. Do domów wróciliśmy dopiero około północy, wykończeni, ale bardzo zadowoleni z weekendu.


Może byłabym mniej zmęczona, gdyby droga nie była tak kręta i pełen dziur i progów zwalniających, które powodowały, że za każdym razem gdy zasypiałam, obijałam się głową o szybę busa. Kolejny tydzień minął równie szybko jak poprzednie. W szpitalu nic specjalnego się nie działo, nawet na nocnej zmianie. Chyba nie mamy szczęścia, bo na dwie nocne zmiany, obie były strasznie nudne, co podobno nie zdarza się tutaj często. Weekend znów upłynął nam na podróżowaniu. Tym razem opuściliśmy Chiapas i pojechaliśmy na regionalny social program do Coatzacoalcos. Mieliśmy okazję poznać kolejnych studentów z innych krajów, Brazylii, Portugalii, Peru, Finlandi, Niemiec.


W piątek poszliśmy zobaczyć molo i latarnię, a po zachodzie słońca na plaży, wróciliśmy do wspólnego mieszkania, w którym zorganizowano dla nas pool party z prawdziwego zdarzenia. Nie będzie przesadą jeśli napiszę, że była to najbardziej intensywna impreza tego wyjazdu :D Nie dane nam było jej odespać, ponieważ w sobotę o 8 rano wyjeżdżaliśmy na całodzienną wycieczkę do dżungli. 





Na miejscu czekał nas spacer z przewodnikiem, przejażdżka motorówką po zatoce, w czasie której mieliśmy okazję zobaczyć dwie wyspy małp i wyspę ptactwa, a na koniec udział w rytualnych obrzędach, odprawianych na tych terenach od tysięcy lat, które trochę przypominały tropikalne spa :P
Najpierw nakładanie mineralnej maseczki oczyszczające, później siedzenie w kamiennej saunie, nagrzewanej kamieniami wulkanicznymi do 60*C i śpiewanie rytualnych piosenek, a na koniec smarowanie się błotem i kąpiel w jeziorku z wodą bogatą w minerały. Idealny poimprezowy zestaw. Ostatni dzień spędziliśmy odpoczywając na pięknej plaży, na którą dostaliśmy się motorówką, mijając po drodze liczne lasy mangrowe.


Przed nami już tylko dwa dni praktyk, po czym kilka dni podróży na własną rękę po Jukatanie. Ani się nie obejrzę i będę siedziała w samolocie do domu... Miesiąc w Meksyku to zdecydowanie za krótko, gdybym mogła chętnie zostałabym tutaj dłużej :)

środa, 12 lipca 2017

Szpitalne kontrasty i przepiękne widoki, czyli praktyki w Meksyku - cześć druga

Zgodnie z obietnicą, czas na wpis o meksykańskim szpitalu.
Praktyki oficjalnie rozpoczynałyśmy w poniedziałek, ale ze względu na tańsze loty dotarłyśmy do Tuxtli trochę później.  Gdy w środę pierwszy raz poszłam do szpitala, wszystko wydawało się bardzo nowoczesne i profesjonalnie zorganizowane. Co prawda, trochę zaskoczył mnie fakt, że nasi koledzy z Meksyku kazali nam jechać z domów już w białych strojach i butach na oddział, ale ponieważ tego dnia podwozili nas samochodami z klimatyzacją, za wiele się nad tym nie zastanawiałam. Dopiero później okazało się, że tutaj to jest zupełnie normalne, że studenci i lekarze jeżdżą zatłoczonymi busikami w białych strojach, w których później chodzą do pacjentów, no cóż...
Na miejscu zabrano nas do działu kadr, gdzie zrobiono nam zdjęcia do identyfikatorów, które na miejscu przygotowano i ładnie zalaminowano. Później zaprowadzono nas do lekarki, która miała być odpowiedzialna za ustalenie z nami planu. No i tu się zaczął problem. Okazało się, że nie mówi ona po angielsku, a ani M., ani ja nic nie rozumiałyśmy po hiszpańsku. Ostatecznie poddała się i odesłała nas do pokoju rezydentów, gdzie była oprócz tego jedna stażystka, jako jedyna znająca angielski. W pomieszczeniu czekało nas kolejne zaskoczenie, otóż meksykańscy rezydenci piszą dokumentację medyczną na maszynach do pisania!



Cały szpital robi wrażenie bardzo nowoczesnego, więc był to zaskakujący element. Od stażystki dowiedziałyśmy się trochę o tym jak wygląda praca w szpitalu. Lekarze pracują  więcej godzin niż w Polsce, a im niżej jesteś postawiony w "hierarchii", tym wcześniej rozpoczynasz pracę. I tak, stażyści i najmłodsi rezydenci, zaczynają swoją zmianę o 4 rano. Starsi rezydenci o 5, a specjaliści przychodzą około 6. Zmiana trwa do godziny 16, bez względu na to, o której się ją zaczyna. Jeśli rano nie zdążyło się wypełnić wszystkich papierów, albo wpadnie jakaś operacja, to zostaje się dłużej. Dodatkowo, mają oni obowiązkowe nocne dyżury, które trwają 24h, po czym muszą zostać na dziennej zmianie, więc całość trwa 34-36h. Wiem, że w Polsce też zdarza się, że lekarze pracują przez tyle godzin, ale tutaj nie mają oni nawet możliwości zdrzemnięcia się przez 10min, miejsca do spania są dostępne tylko dla specjalistów.
Ze względu na nasz brak znajomości hiszpańskiego, pierwszego dnia głównie się nudziłyśmy. Najbardziej interesującym wydarzeniem było pójście do pacjentki, chorujacej na raka piersi. Co prawda, nie byłam jeszcze na oddziale onkologicznym w Polsce, ale jestem prawie pewna, że tak zaawansowanych zmian, nie będę już miała okazji zobaczyć. Guz był tak duży, że zajęta pierś była co najmniej dwa razy większa od zdrowej, do tego mnóstwo tkanki nekrotycznej i ropnii. Nie wyglądało, ani nie pachniało to zbyt przyjemnie, musiało także mocno boleć, a pacjentka mimo tego była niesamowicie sympatyczna i uśmiechnięta. Gdy okazało się, że ma na imię tak samo jak M., stwierdziła, że koniecznie muszą zrobić sobie razem zdjęcie.
Kolejnego dnia praktyk poszłaśmy w moje ulubione miejsce, na blok operacyjny. Znów, z jednej strony nowoczesny wygląd, wydawać by się mogło, że nowoczesne sprzęty, a z drugiej, płyny trzymane w szklanych flakonach, jak jakieś eliksiry :P 



Na początku wydawało nam się, że nikt nie mówi po angielsku, na szczęście z czasem okazało się, że sporo lekarzy ma przynajmniej podstawy, a niejeden z nich mówi całkiem dobrze, tylko trzeba było ich trochę rozkręcić :D
W Meksyku, na oddziale Chirurgii Ogólnej, leżą znacznie bardziej zróżnicowane przypadki niż w Polsce, a blok operacyjny jest wspólny dla wielu oddziałów, dzięki czemu mam okazję zobaczyć sporo operacji, których nigdy dotychczas nie widziałam. Na początek poszłaśmy na otwartą cholecystektomię, przy której asystowałam (mimo, że w szpitalu posiadają sprzęt do laparoskopii, to używają go bardzo rzadko), później na kranitomię, przy której asystowała M., a także operację jelit kilkutygodniowego niemowlaka. W kolejnych dniach widziałam: usunięcie guza piersi, nefrektomię, dwie operacje ortopedyczne, kolejną cholecystektomię, plastykę brzucha, appendektomię, zabieg rekonstrukcyjny zrośniętych palców dłoni i kilka innych. Niestety, póki co nie udało nam się więcej razy umyć do operacji, bo jest tu trochę meksykańskich studentów i to oni mają pierwszeństwo :( Jutro zostajemy na nocnej zmianie, może wtedy będziemy miały szansę :)
Generalnie, jeśli chodzi o funkcjonowanie bloku operacyjnego, oddziału i chyba całego szpitala, to co najbardziej odróżnia go od tego jak to wygląda w Polsce, jest inna atmosfera. Tutaj nie ma pośpiechu, co powoduje, że operacje często muszą odbywać się w nocy i częściowo wyjaśnia długie godziny, które lekarze spędzają w szpitalu. W Polsce blok operacyjny jest bardziej efektywny, ale też ma swoje minusy, atmosfera jest znacznie bardziej napięta niż tutaj. Może to ja źle trafiałam, ale wydaje mi się, że jednak nie dane mi będzie zobaczyć w Polsce chirurgów śpiewających tenorem podczas przygotowywania pacjentów do zabiegu czy lekarki kołyszącej się i podśpiewującej, do puszczonej na pełen regulator muzyki, podczas zakładania szwów :D Na polskich blokach operacyjnych spotkałam się z cichą muzyką w tle, ale tutaj to jest wyższy level. Kolejną różnicą są na pewno braki w sprzęcie, jak już wspomniałam, choć mają tu sprzęt do laparoskopii to bardzo ograniczone materiały, powodują, że zaskoczył się go używa, brak także narzędzi typu ... więc przy recepcji jelit konieczne jest szycie "na piechotę". Mimo różnic, przebieg większości operacji jest taki sam, septyka i aseptyka jest na podobnym poziomie, choć czasem mniej restrykcyjne przestrzegana, starsi chirurdzy raczej chętnie pozwalają rezydentom na doskonalenie swoich umiejętności, nie tylko poprzez asystowanie, ale także samodzielne prowadzenie operacji, pod odpowiednią kontrolą. O! I klimatyzacja na salach jest równie bardzo rozkręcona jak w Polsce, co w połączeniu z upałem na dworze, przypłaciłam przeziębieniem, z którego już na szczęście wychodzę.
Czas, którego nie spędzamy w szpitalu, przeznaczamy na wycieczki po Chiapas. W ten weekend, gdy już udało nam się wszystkim wstać po piątkowej, integracyjnej imprezie, pojechaliśmy do pobliskiej miejscowości Chiapa de Corzo, z której wypłynęliśmy na dwugodzinną wycieczkę Kanałem Del Sumidero. Chyba tylko zdjęcia mogą oddać jak piękne widoki mogliśmy oglądać. 



Po powrocie na suchy ląd, pooglądaliśmy pamiątki i poszliśmy na obiad do restauracji z tradycyjnymi, lokalnymi potrawami. Znów napoje smakowały mi bardziej niż danie główne, ale tym razem trafiłam także na pyszna zupę.




Następnego dnia wybraliśmy się trochę dalej, zobaczyć wodospady Chiflon. Mimo, że wzięliśmy stroje kąpielowe, to skończyliśmy z całkowicie przemoczonymi ubraniami, ale było warto!




Dodatkowa obserwacje po tygodniowym pobycie w Tuxtli, wszyscy tutaj są niscy. Widać to zwłaszcza w szpitalu, gdzie M. przewyższa większość ludzi o głowę  :P Ja za to jestem najbielsza w całym mieście, tak więc idąc przez miasto, obie musimy liczyć się z mniej lub bardziej subtelnym gapieniem się ludzi, mierzeniem nas od góry do dołu, komentarzami i cmokaniem na nas, no cóż. Wystarczy to zignorować i jest w porządku. Kolejna moja obserwacja, o której już wspominałam, jest taka, że ludzie tutaj naprawdę beznadziejnie się odżywiają. Węglowodany w postaci tortilli, Tacos, nachos i innych mącznych wyrobów, a do tego różne rodzaje mięsa i praktycznie zero warzyw. Mają dużo świeżych owoców, ale nie zauważyłam, żeby wiele osób je jadało. Kolejna rzucająca się w oczy rzecz jest taka, że w Meksyku, najbardziej niebezpieczne jest chyba przechodzenie przez ulicę. Przejścia dla pieszych prawie nie występują, a samochody rzadko kiedy kogokolwiek przypuszczają. W ogóle ulice tutaj to istny "Meksyk", ale co ciekawe, chyba nie mają tu zbyt wielu wypadków, a każdym z kim miałam okazję dotychczas jechać samochodem, jest naprawdę dobrym kierowcą, to chyba niezbędne przy takim zamieszaniu na ulicach.

Na dziś już chyba wystarczy, ciąg dalszy relacji w kolejnym wpisie.

piątek, 7 lipca 2017

No hablo español, czyli praktyki w Meksyku - cześć pierwsza.

Czas na mój pierwszy wpis, pisany prawie 10 000km z dala od domu. Jak już wcześniej wspominałam, tegoroczne praktyki wakacyjne, razem z M., realizujemy w meksykańskim miasteczku Tuxtla Guetierrez w stanie Chiapas. Napisałam "miasteczku", bo choć na nasze, polskie standardy jest to bardzo duże miasto, tutaj nikt by go tak nie nazwał. Liczy ono ok. 500 000 mieszkańców, co jest niczym przy Mexico City, w którym żyje od 8 do 10 milionów osób. Chiapas jest jednym z najtańszych, a zarazem najciekawszych stanów w tym kraju, zaraz po Jukatanie. Słynie z najlepszej kawy i pięknego Kanionu Sumidero, obszaru archeologicznego Palenque, przepięknych wodospadów i kompleksu jezior, mieniącach się podobno wszystkimi odcieniami niebieskiego. O tym wszystkim napiszę w kolejnym wpisie, gdy już będę po wycieczkach w te wszystkie miejsca.
Póki co nie miałam jeszcze okazji odwiedzić zbyt wielu miejsc. Do Meksyku dotarłyśmy z M. w poniedziałek rano. Lądowałyśmy w Cancun, w którym spedziłyśmy dwa dni, mając okazję zobaczyć dwa zupełnie różne oblicza tej miejscowości, opisywanej jako "amerykańskie miasto". Ze względu na przepiękne plaże nad Morzem Karaibskim, co roku odwiedza ich bardzo wielu turystów z USA. Najpierw miałyśmy okazję poznać to bardziej ubogie oblicze, ponieważ goszczący nas meksykanie, u których nocowałyśmy w ramach couchsurfingu, mieszkali w samym centrum, zdala od wybrzeża. Pierwszego dnia chciałyśmy pójść na plażę, ale po przeszło godzinie błądzenia, poddałyśmy się. Całe szczęście, bo jak się okazuje nie jest to odległość, którą można pokonać pieszo, mimo wielu sprzecznych informacji, które dostawałyśmy od mieszkańców. Byłyśmy zmęczone po podróży, która trwała łącznie przeszło 24h. Lot do Toronto 9h, później 13h czekania na lotnisku, a na zakończenie 4,5h lotu do Cancun.




Dodając do tego zmianę czasu i 30*C w cieniu, trudno się dziwić, że po powrocie z miasta padłyśmy spać na dobre 10h. Następnego dnia pojechałyśmy do Ventura Parku. Po drodze miałyśmy okazję zobaczyć  "bogatą" stronę miasta, z mnóstwem 5-gwiazdkowych hoteli, amerykańskimi sklepami i knajpami i drogimi samochodami. W parku rozrywki spedziłyśmy cały dzień, szalejąc na zjeżdżalniach, zjeżdżając tyrolkami, skacząc z 15m na tak zwanym "free fall", jeżdżąc rollercosterem, który, choć nie był duży, to wbijał na pewnych odcinkach w siedzenie i delektując się dużymi ilościami darmowego jedzenia, które miałyśmy w cenie biletu.





Prosto z Ventura Parku pojechałyśmy na lotnisko, skąd czekał nas 1,5h lot do naszego punktu docelowego - Tuxtli. Na miejscu czekali na nas członkowie lokalnego oddziału IFMSA, którzy zabrali nas na kolację. Tradycyjne Tacos, Guacamole i tradycyjny, lokalny napój. W tym miejscu pewnie się wyłamię, mówiąc że meksykańskie jedzenie nie do końca przypadło mi do gustu. Nie chodzi nawet o jego ostrość, bo ta, o dziwo mi nie przeszkadza, ale jako prawie wegetarianka (z lenistwa bardziej niż ideologicznie), nie jestem przyzwyczajona do takiej ilości mięsa w każdym posiłku. Byłoby to może do przeżycia, gdyby nie fakt, że nie ma do tego żadnych warzyw. Nachosy w różnych postaciach są moim zdaniem świetne jako przekąska do piwa, ale nie jako danie obiadowe czy kolacja. Za to lokalny napój, Horchata, był pyszny. Przygotowuje się go podobno z mleka ryżowego z cynamonem i cukrem. Tak bardzo mi zasmakowała, że gdy poszłam wczoraj wieczorem na spacer po okolicy to kupiłam sobie 2 butelki.
Drugiego dnia po przylocie do Tuxtli miałyśmy okazję zobaczyć szpital, a popołudniu poznać studentów z innych krajów, którzy także robią tutaj praktyki. Wygląda na to, że mamy świetną ekipę, znacznie bardziej rozrywkową, niż studenci 1 roku, którzy są moimi i Marty meksykańskimi opiekunami :P Kolega ze Słowacji, z którym praktycznie możemy rozmawiać każdy w swoim języku, dwie wesołe dziewczyny z Hiszpanii, chłopak z Norwegii, którego czasem trudno zrozumieć przez mocny akcent, ale bardzo sympatyczny i dwójka chłopaków z Meksyku, którzy zajmują się organizacją social programu. Po pierwszym wspólnym wieczorze na mieście, nie mam wątpliwości, że będziemy się świetnie razem bawić :)

O szpitalu napisze osobny wpis, bo jest o czym, a ten już i tak wyszedł długi :)

środa, 21 czerwca 2017

Ostatnia prosta, czyli jeszcze jeden egzamin i wakacje!

Wszystkie zajęcia trzeciego roku już oficjalnie za mną. W poniedziałek byłam odrobić zaległą pediatrię na odddziale noworodków, gdzie trafiłam na bardzo sympatyczną lekarkę, która powiedziała na głos dokładnie to co sama pomyślałam jak tylko weszłam do sali "wcześniaki to takie brzydale, żółte, z nieforemnymi głowami" :D Pobadałam maluszki, ledwo utrzymując się na nogach, bo w sali było strasznie gorąco, a ja miałam na sobie ubranie ochronne, które nie przepuszczało powietrza (nie mogliśmy mieć własnych fartuchów, pewnie chodzi o to, że nosimy je na wszystkich oddziałach, więc moglibyśmy przenieść jakieś zarazki na odział).
Zaliczenie z pediatri, tak jak się spodziewałam, zdali wszyscy. Co ciekawe, adiunkt dydaktyczna, która wysyłała nam wyniki, napisała, że to pierwsza taka sytuacja w historii ich Zakładu. Test był bardzo przystępny, zdecydowanie najtrudniejsze było wstanie i dojechanie na niego na 9 rano, bo dzień wcześniej była bardzo fajna impreza w "uczelnianym" klubie, na którą wybrało się całkiem sporo osób z mojego roku, w tym oczywiście ja. Część znajomych bawiła się trochę krócej niż zazwyczaj, ale mi się świetnie tańczyło, więc z kilkoma innymi osobami z roku, skończyliśmy dopiero koło 4 rano :P
Po zaliczeniu z pediatrii przyszedł czas na naukę do egzaminów. Pierwsze 3 dni było naprawdę kiepsko z moją motywacją, zwłaszcza, że w jeden wieczór koleżanka organizowała urodziny, a w kolejny kolega zapraszał na domówkę. Do tego mieliśmy jeszcze zaliczenie praktyczne z dermatologii (nic skomplikowanego, zebranie wywiadu i krótka rozmowa z lekarką o pacjencie i jego chorobie/próba diagnostyki różnicowej), a ja musiałam także odpowiedzieć z materiału omawianego na zajęciach, na których mnie nie było. Dostałam krótki teścik, 10 pytań jednokrotnego wyboru, który prowadząca sprawdziła od ręki i od razu omówiła ze mną to co miałam źle.
W czwartek usiadłam w końcu do patofizjologii. Udało mi sie przeczytać raz większość materiału, tylko z ostatniego działu nie doczytałam 2 seminarek, ale pocieszałam się, że może będę coś pamętać z nauki do kolokwium. Egzamin nie był ani prosty, ani trudny. Nie różnił się specjalnie od testów, które pisaliśmy w trakcie rok. Niektóre pytania były dość niefortunnie sformułowane, kilka było bardzo podobnych do tych z poprzednich lat, zagadnienia, na których się skupili też raczej nikogo nie zaskoczyły. Jak zawsze przydałoby się trochę więcej czasu na pisanie, mieliśmy 50 minut na 50 pytań. Niby 1 min. na pytanie to nie tak mało, ale jak człowiek próbuje się na szybko dokopać do konkretnej informacji w głowie to wszystko się miesza. Po wyjściu z auli nie byłam w stanie jednoznacznie ocenić czy zdam, czy nie, ale na szczęście wyniki były jeszcze tego samego dnia popołudniu. Udało się, kolejny przedmiot zaliczony. Zdawalnośc była podobna jak w ubiegłym roku, egzamin oblało tylko 19 osób, a większość, podobnie jak ja, dostała tróję. Oczywiście kilku studentom udało się złapać wyższe oceny, ale było ich niewielu.
Podczas gdy mój rok pisał patofizjologię, drugoroczniacy wracali właśnie po walce z biochemią. Opinie były zaskakujące jak na ten przedmiot, "test był w porządku", "nie było tak źle". Okazuje się, że poważna rozmowa "góry" z szefem zakładu była chyba skuteczna, bo egzamin był nieporównywalnie prostszy niż nasz, co ma odzwierciedlenie w wynikach. Jedynie 17% roku nie zdało, co porównując z naszymi 50% wiele mówi. Podobno profesor obniżył im nawet próg zaliczenia, co u nas, mimo podania, nie przeszło. W związku z tak dobrymi wynikami, zarówno drugi, jak i trzeci rok miał co świętować, więc w okolicy akademików zaroiło się od szczęśliwych studentów, opijających sukces, i tych mniej szczęśliwych, zapijających smutki :P
Dziś niestety trzeba znów usiąść do nauki, bo w poniedziałek czeka nas kolejny, dla mnie ostatni już w tym roku, egzamin z dermatologii. Ponieważ jest on przeprowadzany w formie testowej dopiero od zeszłego roku, nie bardzo wiadomo czego się spodziewać, ale ma być to test jednokrotnego wyboru, więc nie powinno być tak źle :)
W "międzyczasie" dalej przygotowuję się do wyjazdu do Meksyku. Załatwiłam sugerowane szczepienia, ogarnęłam sprawy finansowe, kupiłam trochę ubrań. Nadal zostało mi parę spraw do ogarnięcia, ale powinnam się ze wszystkim wyrobić na czas. Wylot już niedługo, nie mogę się doczekać :D

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Czerwiec, czyli mówicie, że sesja się zbliża?

5 dni temu zaczęliśmy ostatni miesiąc nauki w tym roku akademickim. Wydawać by się mogło, że oznacza to, nadchodzące wielkimi krokami, długie godziny spędzone nad książkami. Niby tak, ale jednak jakoś to wszystko inaczej teraz wygląda niż w poprzednich latach. Na pierwszym roku była "tylko" anatomia, na drugim praktycznie "tylko" biochemia, a mimo tego aurę stresu i poczuci, że nadszedł czas pilnej nauki, dawało się wyczuć już w maju (i chyba nic się nie zmieniło, bo w moich blogowych statystyka ponownie zagościły już hasła odsyłające w stylu "nic nie umiem z anatomii", "anatomia w miesiąc jak się nauczyć", nieustannie mnie to bawi :P ).
Tym razem, choć przed nami zaliczenie z pediatrii i 2, a przed wieloma osobami 3 egzaminy, to atmosfera jest znacznie spokojniejsza. Ładna pogoda, słoneczko, koncerty, imprezy, plaża w weekend, ewentualnie, jak w moim przypadku, praca od piątku do niedzieli (co nie przeszkodziło mi oczywiście w świętowaniu Juwenaliów!). Po części wynika to pewnie z tego, że ludzie oswoili się z ciężkimi sesjami. Zresztą, tym razem to zimą mieliśmy te bardziej wymagające egzaminy, a te letnie są już zupełnie inne. Po pierwsze, dotyczą przedmiotów klinicznych, więc nauka do nich będzie odrobinę przyjemniejsza. Po drugie, każdy student zdaje sobie sprawę, że nie są one aż tak "groźne" jak anatomia i biochemia, które skutecznie mogły doprowadzić do powtarzania roku. W zeszły piątek mieliśmy zaliczenie roku z interny, zdawalność wyniosła 100%, co oczywiście pozytywnie nastawia, ale też rozleniwia jeszcze bardziej :D W sobotę czeka nas pediatria, pewnie wyniki będą podobne, choć niestety sam w sobie test jest trudniejszy, bo wielokrotnego wyboru, bez celowanych odpowiedzi :( Właśnie zaczynam się do niej powoli uczyć, bardzo powoli. Miałam zacząć wczoraj, ale pochłonęło mnie planowanie wyjazdu do Meksyku. Tak jak na początku byłam umiarkowanie podekscytowana, tak teraz, im bliżej wylotu i im więcej wiem o tym kraju, tym bardziej nie mogę się doczekać. Mamy już ułożony ramowy plan zwiedzania, gdyby nie ograniczenia czasowe i finansowe to byłby jeszcze ciekawszy, ale nawet taki jak jest zapowiada się świetnie. Jak zaczęła przeszukiwać przeróżne strony i blogi w internecie, to ani się obejrzałam jak minęła mi cała niedziela.
Dziś jest niewiele lepiej, jeśli chodzi o naukę pediatrii, bo przed południem byłam odrobić ("na zapas") farmakologię, żebym nie musiała w piątek wstawać na nią na 8, później byłam dogadać odrabianie zaległych ćwiczeń na oddziale noworodkowym, na który wybiorę się w środę rano, a po powrocie znów pochłonął mnie Meksyk. W "międzyczasie" napisałam jeszcze historię choroby na dermatologie, zjadłam obiad i dopiero teraz otworzyłam w końcu skrypt z pediatrii. Mam jeszcze 4 dni, ale po drodze jest zaliczenie z EKG, a dodatkowo znów wybieram się do pracy, tym razem od środy do piątku, dobrze się złożyło, że nie mam już prawie żadnych zajęć.
Naukowo dalej jestem "na czysto". Zdałam drugie, ostatnie w tym semestrze kolokwium z farmakologii, w dodatku znacznie lepiej niż się spodziewałam, interna "odhaczona", zwolnienie z egzaminu z diagnostyki już też oficjalnie potwierdzone, czyli wszystko idzie tak jak powinno. Jeśli uda mi się zmotywować na te ostatnie 2 tygodnie nauki, to jest spora szansa, że 26 czerwca zacznę 3 miesięczne wakacje, tym razem bez kampanii wrześniowej :D Ale nawet jeśli czegoś nie zdam, to skoro poprawa z biochemii nie popsuła mi wakacyjnych planów, to tym bardziej nie zrobi tego dermatologia czy patofizjologia, to są przedmioty, których, koniec końców, po prostu nie da się nie zdać.
Ze spraw nienaukowych, Tramwaj Zwany Pożądaniem zakończył się sukcesem, odsypiałam go, nie tylko całą sobotę, ale cały weekend :D

Pod koniec maja byłam też na pozoracji wypadku masowego, organizowanego dla studentów 3 roku ratownictwa, przy współpracy Koła Ratunkowego ze strażą pożarną i policją. Odbywała się ona we wtorek, więc znów opuściłam zajęcia z dermatologii, jaki pech :D Na szczęście będę miała zwolnienie. Sama pozoracja nie była moją pierwszą, jeszcze za czasów działalności w HOPR miałam okazję grać poszkodowanych, więc wiedziałam co i jak. Wyszło bardzo fajnie, widać, że współpraca różnych służb działa naprawdę sprawnie, choć oczywiście nie obyło się bez błędów, no ale właśnie po to takie akcje są organizowane, aby móc poprawić to co wypada źle. Jakbym miała mało wywiadów po Tramwaju, dopadła mnie w którymś momencie ekipa z kamerą i, za nic mając sobie moja czerwoną opaskę na ręce (w systemie triage oznacza to ciężki przypadek, wymagający pomocy w pierwszej kolejności), poprosili mnie o kilka słów do kamery, "najlepiej na stojąco, bo pan kamerzysta nie bardzo może się schylać", no niech im będzie, wstałam i coś tam opowiedziałam, ach to moje "parcie na szkło" :P Oczywiście żartuję, nie jestem jakąś miłośniczką występów radiowych i telewizyjnych, a mój głos na nagraniach brzmi okropnie, po prostu czasem działalność w IFMSA tego wymaga, a że nie mam z tym problemu, to czemu nie, skoro mnie ktoś prosi.

Ostatnio, w ramach sporej ilości wolnego czasu, poza pracą dorywczą, zabrałam się za czytanie książki Pawła Reszki "Mali Bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy." Prawdę mówiąc, spodziewałam się czegoś ciekawszego. To nie tak, że to jest kiepska książka, po prostu mam wrażenie, że jak ktoś śledzi na bieżąco sytuację w polskiej ochronie zdrowia i idąc na te studia zadał sobie trochę trudu, aby zapoznać się z realiami pracy lekarza w Polsce, a nie tylko opiera się na własnych wyobrażeniach, to nie dowie się z niej niczego odkrywczego. Jest kiepsko. Państwo nie ma pieniędzy. Młodzi lekarze harują na kilku etatach, specjaliści często też. Pieniądze są nieadekwatne do ilości pracy i odpowiedzialności. Lekarze często sa niesympatyczni i brak im empatii. Pacjenci często są roszczeniowi i upierdliwi. I jedni i drudzy na ogół nie sa temu winni, bo to system jest zły. To tak podsumowując przekaz książki w kilku zdaniach. Mam wrażenie jakbym czytała profil Porozumienia Rezydentów i Porozumienia Zawodów Medycznych na Facebooku, może dlatego mam wrażenie, że nie dowiaduję się niczego nowego.
Póki co, spodobał mi się jeden cytat, dotyczący stażu podyplomowego. Moim zdaniem jest bardzo trafny i spokojnie można by go rozszerzyć o praktyki wakacyjne i przedmioty kliniczne na studiach.
No niestety, taka prawda.

czwartek, 18 maja 2017

Biopsja i wkłucie centralne, czyli na internie też może być ciekawie.

Interna, a dokładniej "choroby wewnętrzne" to strasznie obszerna dziedzina medycyny. Już same nazwy oddziałów, na których miałam okazję mieć w tym roku zajęcia z tego przedmiotu, świetnie to obrazują. W pierwszym semestrze przewinęliśmy się przez 3 różne "interny": diabetologię, hipertensjologię i endokrynologię. Wszystkie te odziały miały w swoich nazwach "choroby wewnętrzne" i choć specyfika chorób, z którymi pacjenci tam trafiali, była różna, to same zajęcia, o czym pisałam już kiedyś, były dość monotonne i wszystkie wyglądały bardzo podobnie. Musieliśmy nauczyć się podstawowego badania podmiotowego i przedmiotowego, czyli zbierania wywiadu, opukiwania, osłuchiwania i przez cały semestr właśnie na tym się skupialiśmy. W tej części roku akademickiego, trafiliśmy na oddział nefrologiczny, gdzie najprawdopodobniej zajęcia niewiele by się różniły od tych wcześniejszych, gdyby nie to, że trafiliśmy na wspaniałego prowadzącego.
Każdy kto mnie zna, wie, że rzadko zachwycam się asystentami, dr D. jest tutaj wyjątkiem. Praktycznie po każdych zajęciach opowiadam wszystkim dookoła się jaki jest super :P
Wesoły, sympatyczny, potrafiący w ciekawy sposób opowiadać o przypadkach, a także jasno i zrozumiale wytłumaczyć kwestie, z którymi mamy problem. Do tego, zamiast suchej wiedzy, wymaga od nas myślenia, czego bardzo często brakuje mi u innych asystentów.
Teoretycznie, w tym semestrze powinniśmy skupić się na nauce oceny badań EKG. Łatwo sobie wyobrazić jak potwornie nudne byłoby siedzenie 3h co tydzień i odczytywanie szlaczków z elektrokardiogramów. Na szczęście, Pan Doktor także zdaje sobie z tego sprawę i na każdych zajęciach dostajemy dużo innych, ciekawszych rzeczy do zrobienia. Mieliśmy okazję oglądać wykonywaną przez niego biopsję nerki, w innym tygodniu zbieraliśmy wywiad i badaliśmy pacjentkę po przeszczepie, której następnie trzeba było wykonać USG nerki, więc najpierw wykonał je dr D., opisując co widać na ekranie, a następnie każda z nas miała okazję sama wziąć głowicę do ręki i pobawić się w ultrasonografistę. Na oddziale mają całkiem dobry sprzęt, więc nawet moim niewprawnym okiem, byłam w stanie zobaczyć wszystko to co doktor wskazywał. Najciekawsze zajęcia, miały jednak dopiero nastąpić. Gdy wczoraj ok. 9 wpadłam na oddział, jak zwykle na ostatnią chwilę, od wejścia usłyszałam od dziewczyn z mojej grupy, że "Idziemy dzisiaj na wkłucie centralne, będziesz asystować.". Moją pierwszą myślą było "Ale jak to ja? Nikt inny nie chce?". Najwyraźniej własnie tak było, bo żadna z moich koleżanek nie sprawiała wrażenia zainteresowanej. Oczywiście, byłabym chętna nawet gdybym nie została do tego wytypowana, kto jak kto, ale ja nigdy nie odpuszczam okazji do asystowania przy czymkolwiek. Tak więc, umyłam się i ubrałam do zabiegu (na bloku operacyjnym miałam łatwiej, bo wszystko mi podawano, a tutaj musiałam sama się pobawić w prawidłowe zakładanie jałowych rękawiczek, niby banał, a jednak wygodniej gdy tylko wystawiasz ręce, a pielęgniarka ci pomaga :P ) i czekałam co dalej. Zabieg, choć z pozoru prosty, był dla mnie czymś nowym i ciekawym. Miałam okazję własnoręcznie wsadzić cewnik po prowadnicy, aż do przedsionka serca, a później przyszyć końcówkę za uchwyty do skóry :) W którym momencie, dr D. skomentował, że "Pani to by się do operatywy nadawała.". Chyba nie muszę pisać, jak dużą radość sprawił mi tym komentarzem, a nie miał pojęcia, że interesuję się chirurgią, więc uwielbiam go za to jeszcze bardziej <3 Nadal nie jestem (i nigdy nie będę) zainteresowana zostaniem internistą, ale zajęcia są naprawdę w porządku.

Jeśli chodzi o inne przedmioty, to na pediatrii byliśmy w tym tygodniu na oddziale niemowlęcym, w końcu mieliśmy okazję zbadać dziecko, a nie tylko siedzieć i się nudzić w przychodni. Maluch miał rok i 4 miesiące i był zaskakująco cierpliwy, biorąc pod uwagę, że byliśmy już drugą grupą, która go badała. Jego mama była bardzo pomocna, co ułatwiało sprawę. Nie wiem dlaczego dzieci w tym wieku, zdają się mnie lubić, ale nawet lekarka sama to skomentowała.
Naukowo jestem aktualnie "na czysto". Poprawka z farmakologii zdana, kolokwium z diagnostyki zdane (w dodatku wystarczająco dobrze, aby mieć zwolnienie z egzaminu), a przedwczoraj, choć byłam co do tego bardzo sceptycznie nastawiona, okazało się, że ostatnie kolokwium z patofizjologii także mam zaliczone. W nadchodzącym tygodniu czeka mnie kolejne koło z farmakologii, ale jego zapewne nie zdam, bo cały tydzień mam na głowie mnóstwo spraw organizacyjnych, w związku z akcją IFMSA, którą koordynuję. Tramwaj Zwany Pożądaniem odbędzie się w piątek wieczorem i jest połączony z imprezą, więc całą sobotę będę prawdopodobnie odsypiać miniony tydzień. No, ale wszystko jest pod kontrolą, a poprawki z farmakologii nie są aż takie złe :P

niedziela, 7 maja 2017

Laparoskopy, farmakologia, majówka, czyli trochę obowiązków i dużo rozrywki.

Już od jakiegoś czasu chodzą za mną 2 pomysły na wpis, ale ostatecznie postanowiłam zostawić je na później, a teraz napisać o rzeczach bieżących, bo już jakiś czas mnie tu nie było.
Kolokwium z farmakologii, o którym pisałam w poprzednim wpisie, poszło mi adekwatnie do stanu wiedzy, a więc go nie zdałam. Jutro czeka mnie jego poprawa, której najprawdopodobniej też nie zdam, bo zamiast spędzić majówkę na nauce, ja balowałam na krakowskim weselu, a później cały weekend spędziłam na warsztatach laparoskopowych. Pewnie mogłam z nich zrezygnować, ale wybierałam się na nie bezskutecznie już od 2 lat, więc tym razem stwierdziłam, że nie odpuszczę. Zwłaszcza, że  lekarze, aby wziąć nich udział w ramach kursu specjalizacyjnego, muszą zapłacić kilkaset złotych, a my jako studenci mamy wejście za darmo. Już po powrocie z pierwszego dnia, z pełnym przekonaniem mogłam powiedzieć, że nie żałuję. Farmakologia nie ucieknie, a warsztaty były rewelacyjne. Nie przeszkadzała mi, ani pobudka o 7 rano, po 4h snu, ani 10h "zajęć". W sobotę pierwsza część miała formę prelekcji, prowadzonych przez zaproszonych gości. Wśród nich znaleźli się między innymi: prezes-elekt Polskiego Towarzystwa Chirurgów Polskich - prof. Krzysztof Paśnik, który opowiedział o zastosowaniu laparoskopii w diagnostyce oraz dr Urlich Haeffner, gość specjalny z Hamburga, który wygłosił prezentację o najnowszych technologiach, wykorzystywanych w laparoskopii, które później mieliśmy okazję wypróbować na części praktycznej warsztatów. Kliku lokalnych pionierów chirurgii laparoskopowej wygłosiło swoje prelekcje o technikach wykonywania konkretnych procedur, a gość specjalny ze Słowacji, prof. Marek Soltes omówił kwestie ryzyka związanego z taką formą operacji, oraz jak można je zmniejszyć. Na zakończenie, usłyszeliśmy kilka słów na temat ergonomiki w pracy chirurgia, co może wydawać się mało pasjonującym tematem, ale na pewno jest niezmiernie ważne. Każdy kto choć raz miał okazję "stać na hakach" wie, że kilkugodzinne operacje mogą skutkować niezłymi zakwasami i bólem pleców. Najlepszą metodą by temu zaradzić jest właściwa postawa ciała podczas zabiegu. Oczywiście, łatwo mówić o teorii, a gdy dochodzi do praktyki to okazuje się to często niewykonalne, bo jak optymalnie ustawić ekran czy wysokość stołu jak chirurgów jest kilku, a do tego każdy innego wzrostu, plus w okół stołu operacyjnego miejsca jest zawsze za mało. No, ale mimo tego warto wiedzieć na co zwrócić uwagę, żeby przynajmniej próbować zapobiegać przeciążeniom mięśni karku, szyi czy odcinka lędźwiowo-krzyżowego. Przyznam szczerze, że nawet na samych warsztatach nie było to wcale takie proste i po dwóch dniach miałam obolałe nadgarstki.
Po części teoretycznej, przyszedł czas na zabawę, czyli pracę na trenażerach. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania i sprzętu było mnóstwo, tak, że przez cały czas, każdy miał co robić. Na początek zabrałam się za naukę podstaw, czyli przewlekanie sznurka przez oczka, później cienkiej nitki, a następnie przystąpiłam do szycia.... no i tutaj okazało się, że moja cierpliwość jest mocno ograniczona, a myśl, żeby może jednak rzucić to wszystko i zostać psychiatrą, przemknęła mi przez głowę parę razy. Po kilkunastu, średnio udanych próbach, postanowiłam zrobić sobie przerwę i pocieszyć się pysznymi ciastami, które dla nas przygotowano, a późnej poszłam pobawić się nowinkami technicznymi, czyli kamerą 4K i 3D. Trzeba przyznać, że sprzęty te robiły wrażenie, a przewlekanie nitki przez oczka było na nich znacznie prostsze i przyjemniejsze. Podbudowana i ponownie zmotywowana do działania, wróciłam do walki z igłą i nitką. Tym razem udało mi się nawet założyć 2 szwy, choć nie bez wielu ciężkich westchnięć i wymruczanych pod nosem przekleństw. Pocieszające (a zarazem trochę przerażające) było to, że rezydentki ginekologii, będące już na 3 roku specjalizacji, również miały podobne problemy. Na szczęście, zgodnie z banalny, a jednak jakże prawdziwym powiedzeniem "praktyka czyni mistrza", drugiego dnia wszystko wydawało się znacznie prostsze i choć nadal zajmowało mi sporo czasu, to szło mi dużo lepiej. Byłam w stanie założyć kilka szwów w znacznie krótszym czasie. Nie podejmowałam się co prawda ćwiczeń na trenażerze przeznaczonym do pomiaru czasu, precyzji i innych parametrów, oceniających jakość pracy ćwiczącego, ale sama byłam w stanie ocenić, że jest progres.
W praktyce, z tego co sama zaobserwowałam, podczas pobytów na bloku operacyjnym, rzadko kiedy tak naprawdę szyje się cokolwiek laparoskopowo. Na co dzień chirurdzy stosują szybszą i prostszą metodę, jaką są klipsy. Jednak, jak to zauważył prof. Majewski, organizator warsztatów, klipsy może założyć każdy, a umiejętność szycia jest znacznie mniej powszechna, a może się przydać w najbardziej niespodziewanym momencie. Dodatkowo, jeśli ktoś opanuje tę umiejętność, wszystkie inne manewry za pomocą narzędzi laparoskopowych wydają się znacznie prostsze.
Drugi dzień kursu był poświęcony w całości pracy na trenażerach. Poza kontynuacją ćwiczeń z pierwszego dnia, mieliśmy także okazję poczuć się jak prawdziwi zabiegowcy przy pracy i na żelowych narządach przeprowadzić histerektomię, cholecystektomię czy apendektomię. Już się nie mogę doczekać kolejnego takiego wydarzenia, najbliższe w listopadzie :)

Pozostając w tematyce chirurgii, nasze koło naukowe w końcu wróciło do życia. Jestem już oficjalnie zgłoszona do pisania pracy, a w następnym tygodniu będziemy mieli spotkanie organizacyjne, połączone z krótkim wykładem. Szkoda, że ruszenie z tym wszystkim zajęło tak dużo czasu, bo mamy już maj, więc za 2 miesiące kończymy rok akademicki i pewnie będziemy musieli poświęcić czas w wakacje, ale z drugiej strony, nie będzie nam to przynajmniej kolidowało z nauką i zajęciami.

Nadchodzące 2 miesiące zapowiadają się bardzo intensywnie, bo poza farmakologią, z którą jeszcze pewnie trochę się pomęczę, czeka mnie maraton kolokwiów i zaliczeń. We wtorek piszemy test z medycyny nuklearnej, w czwartek ostatnie kolokwium z diagnostyki, z którego muszę dostać 4, żeby być zwolnioną z egzaminu. (trzeba mieć średnią 4,5, co akurat z tego przedmiotu nie jest zbyt trudne). Dodatkowo, również w tym tygodniu, muszę poczytać choć trochę na dermatologię i internę. Po weekendzie czeka nas ostatnie kolokwium z patofizjologii, a dalej w kolejce ustawia się następna farmakologia, zaliczenie z całego roku z interny i pediatrii, a niedługo później sesja i egzaminy z dermatologii i patofizjologii (i diagnostyki, jeśli by mi się nie udało wywalczyć zwolnienia). W tak zwanym "międzyczasie" mam także sporo wydarzeń IFMSA, pozorację w ramach Koła Ratunkowego, no i nadal czeka mnie zaplanowanie miesiąca w Meksyku, jeszcze nie wiem kiedy ja na to wszystko znajdę czas, ale jakoś trzeba będzie :P
Jak to się  w ogóle stało, że połowa studiów już praktycznie za mną?! Ani się obejrzę i będą połowinki, a później, jak to mówią "już z górki".

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Konferencje, kolokwia i kosiarki, czyli kwiecień w trzech słowach.

Gdy zamiast przez budzik o 8:30, zostajesz obudzona prawie godzinę wcześniej, przez buczące pod twoim oknem kosiarki, wiedz, że naprawdę przyszła wiosna. Jak można być tak bardzo pozbawionym serca i zaczynać hałasować w poniedziałek, o tak nieludzkiej godzinie, w dodatku pod oknami budynku pełnego studentów...
Tak czy inaczej, właśnie w ten sposob rozpoczęłam dzisiejszy dzień. Chciałam wstać na Elementy Profesjonalizmu, ale obudzona przez kosiarki stwierdziłam, że budzik mogę wyłączyć, bo i tak już nie zasnę. Oczywiście nic bardziej mylnego :P
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że ostatnie 2 weekendy miałam naprawdę intensywne. W zeszłym tygodniu spędziłam 3 dni w Białymstoku na Zgromadzeniu Delegatów IFMSA, gdzie jak zawsze, w walce sen kontra imprezy, wygrała dobra zabawa, a po powrocie jak padłam, to odsypiałam do wtorku włącznie xD
Ostatni weekend spędziłam dużo bardziej naukowo, bo wybrałam się do Warszawy na konferencję "III Weekend z Ginekologią - Sekrety Chirurgii". Jak łatwo się domyślić, skusiła mnie druga część nazwy. Prelekcje zaczynały się już w piątek i trwały aż do niedzielnego popołudnia. Bardzo fajnie zorganizowane wydarzenie, dużo ciekawych prezentacji i zaproszonych gości - ekspertów w dziedzinach ginekologii, seksuologia, chirurgii, a nawet prawa.
Inauguracyjny wykład poprowadził gość specjalny, młoda pani doktor ze Szwecji Randa Akouri, należąca do zespołu, który przeprowadził pierwszy na świecie przeszczep macicy, zakończony donoszoną ciążą. To już drugi inspirujący wykład, prowadzony przez kobietę - transplantolog, na którym byłam w tym roku. Poprzedni, nie pamiętam czy o tym pisałam, był zorganizowany w mojej Alma Mater, a wygłosiła go profesor Maria Simionow i dotyczył przeszczepu twarzy. Obydwa niesamowicie inspirujące. Coraz częściej myślę o tym, żeby poza chirurigią, dorobić się specki z transplantologii. Pierwszy raz przeszło mi to przez myśl już kilka lat temu, gdy przeczytałam pierwszą książkę o profesorze Relidze. Zdaję sobie sprawę, że o ile chirurgia jest specjalizacją ciężką fizycznie, to transplantologia jest jeszcze gorsza, bo zabiegi często trwają, nie kilka, a kilkanaście godzin. Na przykład, pobranie macicy od dawcy to operacja około 12-godzinna. Dodatkowym problemem jest podejście społeczeństwa do przeszczepów narządów, za granicą jest trochę lepiej, ale mimo tego brakuje dawców.
Dalszy ciąg konferencji był podzielony na kilka paneli tematycznych (bioetyczno-prawniczy, onkologiczny, patologii ciąży, niepłodności), każdy z nich zaczynał się krótkim wykładem jednego ze specjalistów, po czym następowały prelekcje studentów i pytania od publiczności do grona eksperckiego. W każdej sesji znalazły się prezentacje mniej i bardziej ciekawe, ale całość oceniam bardzo pozytywnie.
Tradycyjnie już (w zeszłym roku było tak samo), gdy ja zaczynam wyjeżdżać, to na uczelni zaczyna się maraton kolokwiów. W zeszłym tygodniu mieliśmy przedostatni test z diagnostyki laboratoryjnej, udało mi się dostać 5, więc mam całkiem realną szansę na zwolnienie z egzaminu (podobnie jak połowa mojej grupy). Byłoby mi to bardzo na rękę, bo egzamin wypada w takim terminie, że i tak nie będę mogla do niego podejść, więc oszczedzi mi to załatwiania indywidualnego terminu zaliczenia. W tym tygodniu mamy za to kolokwium z patofizjologii. Dobrze, że jest to przedmiot, który mocno pokrywa się zakresem materiału z tym co mieliśmy na patomorfologii, biochemii i fizjologii, bo test jest jutro, a ja zacznę się uczyć dopiero za 2 godziny, po powrocie z zajęć. Niby miałam sporo czasu w podróży, ale wiadomo jak to jest. Nie miałam żadnych "papierowych" materiałów, bateria w telefonie wiecznie wyczerpana, a do tego mnóstwo innych wymówek. No, ale do jutra do 18 jest jeszcze trochę czasu, jakoś dam radę, a jak nie to od czego są poprawki.
Najgorsze kolokwium czeka mnie dopiero w przyszłym tygodniu, z farmakologii. Przedmiot sam w sobie jest trudny, bo polega na uczeniu się miliona obco brzmiących nazw, z ktorymi wcześniej nie mieliśmy do czynienia, a totalny brak regularnej nauki z mojej strony, nie pomaga. Na szczęście w najbliższy weekend będę na miejscu, więc będę miała trochę czas na nadrobienie zaległości. Część materiału powinnam nauczyć się już na ten piątek, bo nie było mnie na jednych zajęciach i muszę z nich odpowiedzieć, mimo że mam zwolnienie dziekańskie "bez konieczności odrabiania". Będę musiała wygospodarować na to czas, gdzieś pomiędzy zajęciami, a załatwianiem formalności w sprawie największej, majowej akcji IFMSA - Tramwaju Zwanego Pożądaniem, której organizacja spadła w całości na moją głowę, bo mój lokalny koordynator mnie wystawił, no cóż...
Drugi semestr jak zwykle mam tak zabiegany, że ani się obejrzę i będzie czerwiec, zaliczenia, egzaminy, a zaraz po tym moja wielka wyprawa na praktyki wakacyjne, których planowanie też muszę ogarnąć w tak zwanym "międzyczasie". I pomyśleć, że jeszcze kilka tygodni temu narzekałam na nadmiar wolnego czasu :P

niedziela, 12 marca 2017

Obrazki, czyli nie taka zła medycyna nuklearna i co słychać na innych zajęciach.

Semestr nadal biegnie leniwie, baaardzo leniwie póki co.
Na poniedziałkowej pediatrii było tylko seminarium, więc głównie siedzenie i słuchanie prowadzącej. Jutro idziemy do przedszkola, ciekawa jestem na czym będą polegały te zajęcia, ale co by to nie było, przynajmniej nie będziemy się nudzić. Mam nadzieję, że trafi nam się jakaś spokojna grupa dzieci... Mając nadmiar wolnego czasu po zajęciach, pojechałam do przychodni studenckiej, załatwić przedłużenie książeczki sanepidowskiej, a później do galerii, pochodzić po sklepach w poszukiwaniu sukienki na wesele kuzynki. O dziwo, udało mi się coś znaleźć już za pierwszym podejściem, więc mam to z głowy ze sporym wyprzedzeniem. Jeszcze tylko jakieś buty, bo moje ukochane szpilki są już kompletnie zniszczone po tych wszystkich całonocnych imprezach tanecznych.
Wtorkowa dermatologia jak zwykle dość ciekawie poprowadzona, przynajmniej część ćwiczeniowa, bo na seminarium, na którym siedzieliśmy w małej sali, ze zgaszonym światłem, tylko przez pierwsze pół godziny udało mi się słuchać w skupieniu, a później musiałam walczyć ze snem. Na oddziale mieliśmy okazję obejrzeć pacjenta z różą pęcherzowo-krwotoczną, całe podudzie miał pokryte, jak sama nazwa wskazuje, krwawiącymi pęcherzami, a do tego nadżerkami z miejscowymi zmianami martwiczymi, okropieństwo. I to wszystko przez zwykłe zadrapanie, paciorkowce to niebezpieczne bestie.
Korzystając z tego, że w środę zaczynamy zajęcia dopiero o 12:15, wieczór wcześniej poszłyśmy z koleżanką do pubo-kawiarni na film. W każdy wtorek, organizowane są tam wieczory filmowe, z różnymi, na ogół cenionymi i nagradzanymi tytułami. Tym razem puszczali "Mustanga", dramat obyczajowy, francusko-tureckiej produkcji, polecam, bo naprawdę dobrze się oglądało. W środę mieliśmy tylko etykę, która nie jest taka zła jak można się było spodziewać, mimo że całe zajęcia, podobnie jak na "podstawach profesjonalizmu" rozmawia się o wszystkim i o niczym, szkoda tylko, że bez dojścia do jakichkolwiek sensownych wniosków. W czwartek miałam senny dzień, ale nie byłam jedyną męczącą się, chyba jakieś przesilenie wiosenne nas dopadło, bo na diagnostyce i patofizjologii większość walczyła z utrzymaniem otwartych oczy :P Tym bardziej byłam zaskoczona, że medycyna nuklearna, już drugi tydzień z rzędu, naprawdę mi się podobała. Zajęcia prowadziła rezydentka, siedzieliśmy w pokoju lekarzy i oglądaliśmy wyniki scyntygrafii, zarówno kośćca (najczęściej wykonywane badanie w Zakładzie) jak i innych narządów. Wspólnie omówiliśmy kilka przypadków, a później pani doktor wyświetlała wyniki i sami musieliśmy zinterpretować, czy jest jakaś nieprawidłowość, a jeśli tak to czy jest to zmiana łagodna czy złośliwa, a może w ogóle nie nowotwór, a zwyrodnienie? To wszystko jest bardzo intuicyjne, więc bez problemu udawało mi się odgadnąć poprawną odpowiedź, fajna zabawa. Niestety nie wszystkie zajęcia z tego przedmiotu będą tak interesujące, ale póki co, zamiast "najnudniejszego przedmiotu na 3 roku" (takie opinie słyszałam od starszych znajomych), mamy naprawdę przyjemne ćwiczenia, na których mamy okazję dowiedzieć się sporo nowych rzeczy. Osobiście, mimo że spotkałam się  pojęciem "scyntygrafia", nie wiedziałam za bardzo z czym to się je. Jeśli kogoś interesuje diagnostyka obrazowa, to jest to chyba ciekawsza specjalizacja niż zwykła radiologia, może warto rozważyć ;)
W piątek rano mieliśmy kolejną farmakologię, trzeci tydzień zajęć i... trzeci prowadzący. Innymi słowy, nadal mają chaos w Zakładzie, ale tym razem usłyszeliśmy, że z tą asystentką będziemy mieli już do końca, z czego się cieszę, bo te zajęcia najbardziej mi odpowiadały jeśli chodzi o sposób prowadzenia. Na zakończenie tygodnia mieliśmy ostatnie ćwiczenia z "pielęgniarstwa", zdecydowanie najnudniejsze,. Prowadząca przez 1,5h mówiła o zakładaniu cewników, tak jakby nie dało się tego wszystkiego powiedzieć w 20min, z zaprezentowaniem na fantomie włącznie. No, ale nieważne, pierwszy fakultet z tego semestru mamy już z głowy, a następny zaczynamy dopiero w połowie maja, więc dojdzie nam jeszcze więcej wolnego czasu :D

Z nienaukowych atrakcji, wieczorem wybraliśmy się ze znajomymi na laser tag (taka laserowa wersja paintballa). Świetna zabawa, choć do dziś mam zakwasy od robienia uników i chowania się za beczkami i ściankami przez 2 godziny. Okazało się, że z moją celnością nie jest chyba najgorzej, bo we wszystkich 4 rozgrywkach, miałam najlepsze statystyki :P W sumie, chętnie wybrałabym się na strzelnicę, ale wszystkie tego typu zabawy są strasznie drogie jak na studencką kieszeń.

środa, 1 marca 2017

Studencie, wyluzuj! Nie każdy prowadzący jest przeciwko Tobie, czyli kilka przemyśleń.

Każdy kto mnie zna, albo chociażby śledzi tego bloga, wie, że należę do osób niestresujących się. Ma to swoje dobre i złe strony, ale to akurat mało istotne dla tego wpisu, bo nie o mnie on będzie.

Środa rano, zajęcia z interny. Tym razem udało mi się na nie dotrzeć, co jest o tyle zabawne, że imprezowałam do 2 w nocy, więc ryzyko zaspania było znacznie większe i bardziej uzasadnione niż w ubiegłym tygodniu :D Poznaliśmy naszego nowego prowadzącego (w zeszłym tygodniu był ktoś na zastępstwie), okazało się, że to bardzo sympatyczny, młody lekarz, specjalizujący się w chorobach wewnętrznych i nefrologii, który w bardzo przystępny sposób potrafi tłumaczyć i ciekawie opowiadać o pacjentach i ich dolegliwościach. Na początek, zebraliśmy wywiad ze starszą panią z zapaleniem płuc, później ją opukaliśmy i osłuchaliśmy, a na zakończenie poszliśmy obejrzeć zdjęcia RTG. Na oddziale, na którym będziemy mieli wszystkie zajęcia z interny w tym semestrze, nie używa się tradycyjnych klisz, tylko po prostu na korytarzach jest kilka ekranów, na których każdy lekarz może obejrzeć lub pokazać studentom wszystkie wyniki badań, w tym obrazowych. No więc staliśmy w półkolu przed monitorem, oglądając zmiany w płucach "naszej pacjentki", aż w pewnym momencie podszedł do nas jeden z dwóch profesorów z jakąś lekarką. Przez chwilę się nam przyglądał i przysłuchiwał, po czym zaczął zadawać pytania. Oczywiście, jak to mam w zwyczaju, gdy ktoś z prowadzących rzuca coś "do wszystkich" i zapada niezręczna, przeciągająca się cisza, byłam pierwszą osobą, która się odezwała. Mimo, że nie mieliśmy jeszcze diagnostyki obrazowej, a moja wiedza z anatomii niestety nie jest porażająca. Na kilka pytań, byłam w stanie odpowiedzieć, ale ponieważ był to na dobrą sprawę pierwszy raz, kiedy ktoś omawiał z nami zdjęcie RTG, to miałam problem z niektórymi, wydawać by się mogło banalnymi, zagadnieniami. Reszta mojej szóstki stała cicho, część z przerażeniem w oczach, ewentualnie mrucząc coś tak cicho, żeby pod żadnym pozorem nikt nie usłyszał. Po chwili profesor przerzucił się na zadawanie pytań mojej koleżance, która też nie bardzo była w stanie wskazać to co trzeba na monitorze. I teraz pytanie za 100 punktów, czy studenci w połowie trzeciego roku, nie będący jeszcze nawet na półmetku studiów, muszą znać odpowiedzi na wszystkie pytania? Otóż, ja wychodzę z założenia, że nie. Profesor też najwyraźniej wyszedł z tego [słusznego] założenia, bo nie nakrzyczał na nas, a jedynie posłał nam zawiedzione spojrzenie i zapytał z kim mieliśmy zajęcia z badania serca w pierwszym semestrze oraz kto prowadził nasze ćwiczenia z anatomii topograficznej. Skomentował także, zupełnie normalnym tonem głosu, że nawet jeśli nie powiedziano nam czegoś na zajęciach, to powinniśmy sami to doczytać. I oczywiście miał rację, bo jego niektóre pytania naprawdę dotyczyły bardzo podstawowej wiedzy. Powiem więcej, uważam, że miał pełne prawo, żeby ostrzej zareagować na to, że mamy takie braki, ale z niego nie skorzystał. W związku z tym, nie mogę zrozumieć dwóch rzeczy. Po pierwsze, skąd to przerażenie u pozostałych osób z mojej grupki? Wiem, bycie odpytywanym tak generalnie, a już tym bardziej przez poważnych profesorów, nie jest najprzyjemniejszą sprawą dla większości studentów, ale jeśli to jest takie niegroźne zadawanie pytań, za które nikt nie wystawia nam ocen, to dlaczego nie potraktować tego po prostu jako kolejna formę zdobywania wiedzy? Skąd to powszechne przeświadczenie, że asystenci chcą nam utrudnić życie i udowodnić, że nic nie wiemy? Pewnie, zdarzają się i tacy, ale my przez 5 semestrów, nigdy na takich nie trafiliśmy. I po drugie, skąd u studentów medycyny tak ogromna podatność na stres? Po wyjściu z zajęć, moi znajomi komentowali jak to ich profesor zestresował, opowiadali osobom z innych szóstek, że miał do nas pretensje i był niemiły. Serio?! Mamy braki w wiedzy, zdarza się, mamy jeszcze mnóstwo czasu, żeby je nadrobić. Tak funkcjonują te studia. Mamy zbyt dużo materiału, żeby wszystko na raz zapamiętać, dlatego te same zagadnienia przewijają się po kilka razy, na różnych przedmiotach, żeby kiedyś w końcu, wszystko to co niezbędne lekarzowi, zostało nam gdzieś tam w głowie. Gdyby studenci potrafili trochę wyluzować i przestali się tak przejmować każdym krzywym spojrzeniem prowadzącego, a każdej odpowiedzi ustnej nie traktowali jak zamachu na ich życie, studia medyczne byłyby dla wszystkich znacznie przyjemniejsze. Tak mnie czasem najdzie na przemyślenia :P

Jutro kolokwium z diagnostyki laboratoryjnej, a później jeszcze tylko farmakologia w piątek i koniec nauki na ten tydzień. Z innych dobrych informacji, od przyszłego tygodnia będziemy mieli miesiąc przerwy od interny, więc w środy będzie można się wysypiać :D Nasz doktor będzie nieobecny, a nie chce, żebyśmy co tydzień mieli zastępstwo z kimś innym, więc dogadaliśmy się, że po prostu w kwietniu będziemy zostawać godzinę dłużej po zajęciach w ramach "odrabiania". To idealny układ, bo po internie i tak mamy bezsensowne okienko przed kolejnymi zajęciami.
Poza tym, w piątek na pielęgniarstwie będziemy bawić się w szycie chirurgiczne <3 Dla mnie to pewnie nie będzie nic nowego, bo po 2 kursach z IFMSA, w których uczestniczyłam i po 3, które sama prowadziłam, szwy nie są mi obce, ale każda okazja do poćwiczenia jest super. Zwłaszcza, że ostatnio głównie zakładałam materacowy (także na bloku operacyjnym), więc poćwiczenie prostszych mi nie zaszkodzi. Ten fakultet jest równie fajny i budzi tak samo dużą ekscytację jak ćwiczenia z pielęgniarstwa na pierwszym roku. W ubiegłym tygodniu ćwiczyliśmy wkłucia i pobieranie krwi, poziom ekscytacji był wręcz wyczuwalny, może nie każdy był chętny żeby nadstawiać swoje żyły, ale obyło się bez siniaków czy innych uszkodzeń, a atmosfera była znacznie luźniejsza niż te 2 lata temu, bo spora część osób miała okazję nabrać już trochę wprawy na praktykach wakacyjnych i czuła się dużo pewniej ze strzykawkę w ręce. Ja nawet raz sam sobie zrobiłam zastrzyk w brzuch. Może to brzmi strasznie, ale w rzeczywistości to najprzyjemniejsza droga podania leku, z użyciem igły, naprawdę nic nie czuć ;)


Ostatnio na pediatrii biżuteria tak ładnie mi pasowała do stetoskopu, że aż zrobiłam sobie zdjęcie :P

Pediatria jak na razie nie jest taka zła, tylko nudna (podobnie jak dermatologia, która w gratisie jest też obrzydliwa), ale w tym tygodniu na zajęciach siedzieliśmy w poradni, a to raczej, bez względu na przedmiot, nie jest najciekawsze miejsce dla studentów. Podobno na oddziale noworodków jest super, zobaczymy. Póki co wolę internę, bo można chociaż pogadać z pacjentami, więc czas szybciej leci.





środa, 22 lutego 2017

Pediatria i dermatologia, czyli czas na to co lubię najmniej.

Przedwczoraj mieliśmy pierwsze zajęcia z pediatrii, wczoraj z dermatologii, czyli z dwóch najmniej lubianych przeze mnie przedmiotów. Chociaż powinnam raczej napisać "z dwóch przedmiotów, do których jestem najbardziej negatywnie nastawiona", bo dopiero za kilka tygodni będę mogła zweryfikować czy słusznie, czy nie. Pierwsza pediatria była o tyle w porządku, że nie mieliśmy do czynienia z dziećmi. To nie tak, że ja nie mam podejścia do maluchów, wręcz przeciwnie, potrafię się nimi świetnie zająć, czy to podczas wizyty rodziny z dziećmi, czy w ramach akcji IFMSA "Szpital pluszowego misia", na które regularnie chodziłam na pierwszym roku studiów. Rzecz w tym, że ja dzieci po prostu nie lubię. Są pewne przedziały wiekowe, w których uznaję je za znośne, pod warunkiem, że nie muszę przebywać z nimi zbyt długo, ale na tym się kończy moja cierpliwość. Nie mówiąc już o rodzicach, ci bywają jeszcze gorsi, co mogłam zaobserwować w trakcie zeszłorocznych praktyk u mojej pediatry. Oczywiście, zdarzają się wyjątki, jak półtoraroczna córka jednego z instruktorów na zeszłorocznym obozie konnym, ale to był "wyjątek potwierdzający regułę". Z dermatologią sprawa wygląda inaczej, może wydać się to dziwne, biorąc pod uwagę moją miłość do chirurgii i fakt, że stanie przez 3 godziny po łokcie w czyiś jelitach uznaję za świetną formę spędzenia wolnego czasu w wakacje, ale dermatologia jest moim zdaniem obrzydliwa. Te wszystkie owrzodzenia, nadżerki, odleżyny, ropiejące pęcherze, fuj. Wczorajsze zajęcia były całkiem fajne, bo młoda lekarka, która się nami zajmowała, pokazała nam oddział, a potem zabrała do gabinetu zabiegowego, gdzie mogliśmy, przy pomocy dermatoskopu pooglądać własne znamiona, a gdy ktoś miał jakieś wątpliwości lub obawy, to oglądała je prowadząca, taka tam darmowa konsultacja. Jakby tego było mało, pani doktor pokazała nam laser, służący do wypalania pieprzyków, włókniaków, brodawek itp, po czym zapytała czy ktoś ma coś do usunięcia, bo jeśli tak to możemy to zrobić od ręki. I tym oto sposobem, mogliśmy zobaczyć jak wygląda zabawa takim urządzeniem, bo okazało się, że 2 koleżanki mają kwalifikujące się zmiany skórne i zgodziły się, dla dobra nauki oczywiście, aby im je usunąć :D Później poszliśmy pooglądać pacjentów, co już nie było takie fajne, z powodów o których wcześniej pisałam. Ogromne owrzodzenia na nogach, pacjent z zespołem Stevensa-Johnsona, wyglądający jakby zamiast ust, miał krwawą miazgę, dziękuję bardzo, wolę blok operacyjny.
Dziś od rana mieliśmy internę na oddziale nefrologii, na którą, tak na dobry początek, w ogóle nie dotarłam. Pierwszy raz od dawna zaspałam. Zupełnie nie słyszałam budzików, albo możliwe, że w ogóle ich nie ustawiłam, więc gdy się obudziłam, zajęcia już trwały. Uznałam, że docieranie na nie 45min spóźniona nie ma sensu i po prostu kiedyś je odrobię. Mój mózg jest chyba jeszcze nadal na feriach, bo ominęłam także kolejne zajęcia, o których istnieniu zupełnie zapomniałam, bo nie wpisałam ich sobie do planu. Na szczęście to tylko etyka, więc pewnie nawet nie będę musiała ich odrabiać, ale chyba czas się obudzić i wrócić z wakacji na dobre :P

niedziela, 19 lutego 2017

Nigdy więcej patomorfologii, czyli ja kontra sesja 2:0 :D

No i stało się, oficjalnie zakończyłam pierwszy semestr trzeciego roku. Dwa najgorsze egzaminy za mną i z obydwu udało mi się wyjść obronną ręką. Po napisaniu patomorfologii byłam prawie pewna, że czeka mnie kolejne podeście we wrześniu, bo na 125 pytań, na jakieś 20 byłam przekonana co do poprawności zaznaczanych odpowiedzi. Jako, że egzamin był wielokrotnego wyboru, to "wystrzelanie" 40 punktów wydawało się raczej nierealne, a pytania do prostych nie należały. Słyszałam plotki, że na teście znalazły się nawet pytania z LEKu. Nadzieje na to, że Zakład okaże się łaskawy (albo chociaż leniwy) i powieli pytania z poprzednich lat, okazały się w dużej mierze płonne. Dodatkowo, po napisaniu testu, poinformowano nas, że na wyniki będziemy czekać aż tydzień. Nie robi mi to żadnej różnicy, bo gdy tylko wychodzę z egzaminu, wyrzucam z głowy myśli o nim, zwłaszcza jeśli rozpoczynam w danym momencie wakacje, jednak spora część moich znajomych była z tego powodu niezadowolona i niezbyt chętna do świętowania. Na szczęście po raz kolejny udało nam się zintegrować międzygrupowo i koniec końców, zorganizować imprezę do białego rana :D
Następnego dnia, po spakowaniu się na ostatnią chwilę i biegu na pociąg, wracałam do domu, aby znów w biegu, spakować się na obóz narciarski. Miałam niewiele czasu, więc nie zawracałam sobie głowy regularnym sprawdzaniem powiadomień na Facebooku, tym większe było moje zaskoczenie gdy zadzwoniła do mnie M., z ekscytacją oznajmiając do słuchawki, że będziemy miały co świętować na wyjeździe. Na początku zupełnie nie wiedziałam o co chodzi, ale później dołączyłam do pisków zachwytu i niedowierzania, gdy wyjaśniła mi, że w internecie pojawiły się wyniki z patomorfologii i obydwie zdałyśmy. Nie mam pojęcia jak to się stało, chyba jak zwykle zadziałał mój szósty, a może siódmy zmysł, ale udało mi się uzbierać aż 70 punktów. Ogólna zdawalność nie była aż tak kiepska jak w zeszłym roku, ale nadal nie przekroczyła 60%, najgorzej, że ci, którym się nie udało, będą mogli podejść do poprawy dopiero za 7 miesięcy, w trakcie wrześniowej sesji poprawkowej, co osobiście uważam za bezsensowne rozwiązanie. No, ale cóż, mnie to na szczęście nie dotyczy. Śmiałyśmy się z M., że praktycznie zdałyśmy już rok, ba, można pójść nawet o krok dalej i powiedzieć, że całe studia. I mówiąc całkiem poważnie, to nie jest wcale takie dalekie od prawdy, ponieważ patomorfologia i mikrobiologia były ostatnimi egzaminami, które mogą zakończyć się repetowaniem roku czy jednego z przedmiotów. Każdy następny test, jak trudny by nie był, może co najwyżej prowadzić do poprawki.
Sesja, sesją, ale tuż po niej czekało nas 11 dni wolnego, ostatnia taka długa przerwa zimowa na tych studiach, bo od przyszłego roku, gdy wejdą "bloki", będzie można tylko pomarzyć o takich feriach...
Wykorzystałam tę okazję co do sekundy, szalejąc na nartach po pięknej Dolinie Słońca, znanej powszechniej jako Val di Sole. Pogoda była idealna, stoki szerokie, czarne trasy, odpowiednio wymagające, imprezy taneczne całonocne, a włoskie jedzenie przepyszne :D No, może z wyjątkiem zup, które pojawiły się 2 razy. Pierwsza była znośna, ale przy drugiej szybko się poddałyśmy i zamówiłyśmy z M. pizzę na pół.
Wpis dodaję z takim opóźnieniem, bo dopiero dziś wróciłam do siebie, po prawie 24-godzinnej podróży autokarem, a jutro z samego rana zaczynamy zajęcia. Coś czuję, że na wykład o 8 rano mogę "przypadkiem" nie dotrzeć :P Miałam mieć taki piękny plan w tym semestrze, zwłaszcza te wolne piątki brzmiały zachęcająco, a tu co się okazało? Gdy byłam na wyjeździe, wyszła aktualizacja, z której dowiedziałam się, że jednak przeniesiono nam farmę na piątek, na nieludzko wczesną godzinę 8 oczywiście... Ciekawe kiedy ja się przestawię na takie normalniejsze godziny funkcjonowania, pewnie dopiero jak wejdziemy w system "bloków" i już codziennie będziemy tak wcześnie zaczynać.

środa, 1 lutego 2017

Pożegnanie z mikrobiologią, czyli ja kontra sesja 1:0.

W tym roku, po raz pierwszy i zarazem ostatni, mam okazję przeżywać sesję zimową. W dwóch poprzednich latach, albo w ogóle nie mieliśmy egzaminów po pierwszym semestrze (na 2-gim roku), albo miałam szczęście być zwolniona z ich pisania (na 1-szym roku), natomiast od przyszłego roku będziemy mieć bloki, a co za tym idzie, będzie sesja ciągła. Także ten rok jest pod tym względem wyjątkowy. W ramach tego, wczoraj zmierzyłam się z egzaminem nr 1 - mikrobiologią. Nigdy nie byłam miłośniczką tego przedmiotu, także nauka do niego szła mi bardzo opornie, czego najlepszym dowodem były moje regularne wizyty na poprawkach wejściówek na drugim roku. W tym semestrze częściej udawało mi się zdawać je za pierwszym podejściem, ale to głównie dlatego, że część materiału się powtarzała i dawało się coś wymyślić. Poza tym, miałam znacznie bardziej wyrozumiałą prowadzącą, co miało ogromny wpływ na zdawalność w całej grupie.
Na egzamin poszłam przygotowana tak jak na wejściówki, czyli średnio. Mieliśmy 60 pytań pozornie jednokrotnego wyboru, na każde z nich była 1min. Na początku myślałam, że to całkiem sporo czasu, ale kiedy zaczęłam próbować przypomnieć sobie które antybiotyki stosowało się na jakie drobnoustroje, nagle okazało się, że nie zdążyłam rozwiązać wszystkich zadań, a pilnujący nas asystenci już ogłaszali "odkładamy długopisy". W pośpiechu "strzeliłam" i przeniosłam ostatnie 4 odpowiedzi na kartę i było po wszystkim. Część studentów, prosto z egzaminu, wróciła do nauki na kolejny, a my z M. postanowiłyśmy zrobić sobie dzień przerwy, poszłyśmy na pizzę i ciasto, a później każda wróciła do siebie, oglądać filmy, seriale czy jeszcze inaczej marnować czas.
Jeśli miałabym obiektywnie ocenić poziom trudności tego egzaminu, to powiedziałabym, że był on całkiem sympatyczny. Żadnych pytań "z kosmosu", ani przesadnie podchwytliwych. Nie oznaczało to wcale, że byłam pewna sukcesu, wręcz przeciwnie, bo jednak moja wiedza pozostawiała sporo do życzenia, ale na szczęście dzisiejsze wyniki rozwiały wątpliwości.
Z całego roku tylko 17 osób nie zdało i na szczęście nie znalazłam się w gronie tych nieszczęśników. W porównaniu do zeszłego roku (i jeśli dobrze kojarzę to także do wyników sprzed 2 lat) są to rewelacyjne statystyki. Czyżby Zakład Mikrobiologii postanowił stać się bardziej przyjazny studentom? Na to wygląda :D
Teraz przede mną egzamin nr 2 - patomorfologia. Będzie trudniej, bo jak już wcześniej pisałam, jest to test wielokrotnego wyboru, dodatkowo składający się aż ze 120 pytań, do czego nie jesteśmy tutaj przyzwyczajeni. Najdłuższy test jaki dotychczas rozwiązywałam miał 80 pytań i już wtedy miałam problem ze skupieniem się na tyle długo, żeby razem z moją magiczną intuicją rozwiązać go jak trzeba :P Dodatkowo, jest to jak na razie największy egzamin pod względem ilości obowiązującego nas materiału, bo przedmiot trwał 3 semestry. Oczywiście, na dalszych latach czekają nas większe sprawdziany wiedzy, takie jak interna i pediatria, nie mówiąc już o LEKu, ale to bardzo odległa przyszłość (choć nie wątpię, że czas minie niewiarygodnie szybko).
Mam równy tydzień, w związku z tym, wracam do notatek :)

P.S. Nawiązując do poprzedniego wpisu, kolokwium z patofizjologii udało mi się zdać na całkiem ładną ocenę, a zaliczenie z higieny i epidemiologii okazało się jeszcze bardziej "formalnością" niż się tego wszyscy spodziewali. Korzystając więc z pozytywnych nastrojów i ostatniego momentu przed sesją, gdy mogliśmy to zrobić bez większych wyrzutów sumienia, poszliśmy ze znajomymi na imprezę. Chętnych było znacznie mniej niż zazwyczaj, bo sporo osób już zaczynało się stresować nadchodzącymi egzaminami, ale zabawa jak zawsze udana :D

środa, 18 stycznia 2017

Nowy rok, stara ja, czyli sesja jak zawsze zaskoczyła studentów :P

Powinnam siedzieć i uczyć się do sesji i kolokwiów, więc naturalnie to najlepszy moment na nowy wpis. Trochę mnie nie było, bo i zajęć za bardzo nie mieliśmy, najpierw święta, później sylwester, po nim nauka do kolokwium z patomorfologii, poprzeplatana próbami nauki do egzaminu z tego samego przedmiotu i tak jakoś zleciały te pierwsze 3 tygodnie stycznia.
Choć do końca miesiąca zostało jeszcze trochę czasu, to mogę się już pokusić o małe podsumowanie.
Dziś mieliśmy ostatnie zajęcia (z czterech) w klinice endokrynologii i chorób wewnętrznych. Spośród wszystkich oddziałów, w których mieliśmy dotychczas internę, na tym podobało mi się zdecydowanie najbardziej. Prowadząca, nie dość, że bardzo sympatyczna, to do tego było widać, że ma naprawdę bardzo dużą wiedzę w swojej dziedzinie. Dodatkowo trafili nam się znacznie ciekawsi pacjenci niż na poprzednich oddziałach. Podczas jednych z zajęć zbieraliśmy wywiad od pacjentki, u której w trakcie ciąży wykryto guza nadnerczy. Co ciekawe, wcześniej pacjentka przez kilka miesięcy nie miesiączkowała, więc gdy okazało się, że jest w ciąży, było to lekkim zaskoczeniem. Najwyraźniej, leki, które kobieta przyjmowała, spowodowały powrót prawidłowego cyklu i jeszcze w tym samym miesiącu doszło do zapłodnienia, więc brak miesiączki spowodowany chorobą, zmienił się w brak miesiączki z powodu ciąży :P Jako, że wykryta zmiana w nadnerczach była bardzo duża i posiadała cechy złośliwości, pacjentka przeszła zabieg, który mimo podwyższonego ryzyka, zakończył się sukcesem. Niestety do czasu porodu przyszła mama nie może przyjmować chemioterapii, co zwiększa ryzyko ewentualnej wznowy guza i wystąpienia przerzutów, miejmy nadzieję, że uda jej się tego uniknąć. Z inną bardzo ciekawą pacjentką mieliśmy okazję porozmawiać dzisiaj. Kobieta w wieku 40 lat, ze zdiagnozowanym Zespołem von Hippla-Lindau, rzadkim schorzeniem genetycznym, dziedziczonym autosomalnie dominująco i charakteryzującym się przede wszystkim licznymi, mnogimi nowotworami w nadnerczach, siatkówce, rdzeniu kręgowym, móżdżku czy nerce. Nasza pacjentka okazała się książkowym przykładem, ponieważ od 16 roku życia przeszła już kilka operacji wyłuszczenia guzów nadnerczy, zabieg usunięcia guza rdzenia kręgowego, a także laseroterapię z powodu zmian w siatkówce. Aktualnie jest w szpitalu w celu dalszej diagnostyki, w związku z licznymi guzami w trzustce i guzem w okolicy żyły nerkowej oraz związanymi z tym objawami. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że kobieta zupełnie nie wygląda na osobę tak bardzo chorą, gdyby nie to, że nam o tym wszystkim opowiedziała to pomyślałabym, że jest zupełnie zdrowa.
Poza interną, tak jak już wspomniałam na początku wpisu, większość czasu upływa mi pod hasłem patomorfologii. Moje ambitne plany nauki od 2 stycznia oczywiście nie wypaliły, mamy 18, a ja dalej jestem daleko w polu, Znacznie trudniej zmotywować się do przygotowań do egzaminu jak pomiędzy ma się kolokwia. Za dwa dni mam test z patofizjologii, w poniedziałek zaliczenie całego semestru z higieny i epidemiologii, a 8 dni później egzamin z mikrobiologii. I skup się w takich warunkach na patomorfologii... No, ale nie ma co narzekać, wszyscy mają tak samo beznadziejnie, zresztą jakby ten egzamin był w sesji letniej to by się znalazło inne wymówki, żeby się nie uczyć :P W tym roku i tak czeka mnie wrześniowa sesja, bo cały lipiec spędzę na praktykach w Meksyku (jak tu nie uwielbiać IFMSA <3), a egzaminy formalnie możemy mieć aż do 12 lipca. W razie czego będziemy się z M. starały pozałatwiać jakieś indywidualne terminy, ale nie z każdym zakładem się da, więc coś nam zapewne zostanie na po wakacjach. Po ostatnim roku i wrześniowej poprawce z biochemii, stwierdziłam, że to wcale nie jest jakiś wielki problem, bo wakacje i tak są długie, więc co to są 2 tygodnie "wyjęte z życia" żeby się pouczyć. Ja się zupełnie nie stresuję takimi rzeczami, więc na pozostałą część wakacji to u mnie nie wpływa. Oczywiście i tak będę się starała pozdawać wszystko w pierwszych terminach, ale co będzie to będzie.

niedziela, 11 grudnia 2016

W głowie już Święta, czyli ostatnie zaliczenia w tym roku.

Choć do Świąt zostało jeszcze trochę czasu, gdzie nie spojrzeć tam choinki, świecące lampki i promocyjne gazetki z propozycjami prezentów. Na uczelni, mimo że zajęcia trwają w najlepsze i według kalendarium roku akademickiego powinny trwać jeszcze do 23 grudnia, to da się już odczuć pewne "rozluźnienie" atmosfery. Po pierwsze, część zajęć już się skończyła, dzięki czemu plan zrobił się naprawdę przyjemny. W poniedziałki, zamiast wstawać na 8, mam jedne zajęcia na 14. Piątki też zrobiły się przyjemniejsze, bo skończyły się zajęcia z anatomii topograficznej, dzięki czemu będzie można chwilę dłużej pospać. Ja, razem z jeszcze jedną osobą z mojej grupy, musimy co prawda odrobić zeszłotygodniowe zajęcia, bo spontaniczna, czwartkowa impreza urodzinowa kolegi, spowodowała, że nie dotarliśmy na zajęcia na czas (nikt z jej uczestników nie podołał temu zadaniu, ale niektórzy wpadli 30-minut spóźnieni i mają zaliczone zajęcia, a ja uznałam, że nie chce mi się spieszyć i, że "jakoś się to odrobi". Miałam rację, poszłam na późniejsze zajęcia wypoczęta, ze świeżą kawką, a co niektórzy ledwo żyli :D Jeszcze tego samego dnia poszłam się dowiedzieć co mogę zrobić w związku z nieobecnością i dowiedziałam się, że całe odrabianie anatomii będzie polegało na tym, że musimy we dwójkę zrobić prezentację o jakimś zaburzeniu związanym z narządami zmysłów na, uwaga, uwaga, "4-5 slajdów". Jakbym wiedziała, że tak to wygląda to by mnie tam nigdy w piątki o 8 nie było :P Druga przyczyna "luźniejszej atmosfery" jest taka, że pokończyły się już zaliczenia. W ubiegłym tygodniu mieliśmy pierwsze, i ostatnie w tym roku kalendarzowym, kolokwium z diagnostyki, choć w rzeczywistości powinno się je nazywać wejściówką, bo trwało niecałe 10min i składało się z 5 prostych, zamkniętych pytań. Całe szczęście, że nie marnowałam poprzedniego weekendu na naukę, bo wystarczyło nauczyć się 5 "zagadnień", z których miały pytania inne grupy
(i wszystkie zeszłoroczne) i to spokojnie wystarczyło, żeby to zdać, w moim wypadku nawet na 4 :) We wtorek będziemy jeszcze tylko pisać ostatnią (miejmy nadzieję, że w życiu) wejściówkę z mikrobiologii i można odłożyć książki w kąt. Ja mam jeszcze jedną zaległą wejściówkę, z dnia kiedy nie byłam na zajęciach, ale to pewnie w najbliższy piątek sobie do niej podejdę, żeby przed przerwą mieć wszystko z głowy.
W związku z dość małą ilością nauki i moją potrzebą znajdywania sobie coraz to nowych, dodatkowych obowiązków, postanowiłam pójść do pracy. Tym sposobem, w zeszłym tygodniu, po piątkowej imprezie do 5 rano, spędziłam w sobotę 10h w pracy, a w niedzielę, na szczęście już znacznie bardziej wyspana, kolejne 6h. W tym tygodniu podobnie, choć tym razem postanowiłam być bardziej odpowiedzialna i z imprezy wróciłam już koło 3:30. Pracę miałam na 10:00 więc nie było źle. Mimo tego, po powrocie z niej, padłam spać na 10h przed kolejnym dniem pracy. W przyszłym tygodniu prawdopodobnie też się wybiorę, czas jest, to trzeba korzystać. Zwłaszcza, że styczeń będzie zupełnym przeciwieństwem grudnia. Akcje IFMSA, ostatnie kolokwium z patomorfologii, zaliczenie z higieny i epidemiologii, kolokwium z patofizjologii, egzamin z mikrobiologii, a niewiele później, na początku lutego, egzamin z patomorfologii, zarówno praktyczny jak i teoretyczny. Do tego dojdzie mi działalność w Kole Chirurgicznym, bo w tym roku, poza dyżurami, będziemy się skupiać na pisaniu pracy naukowej, wstępnie już się zadeklarowałam, że chcę wziąć w tym udział, a szczegółów dowiem się w najbliższy wtorek, na spotkaniu naszego SKNu :)