wtorek, 21 listopada 2017

Oglądanie obrazków i trenażery, czyli radiologia, kurs laparoskopowy i pierwszy egzamin za mną.

W czwartek skończyłam kolejny blok, tym razem radiologię, a dokładniej diagnostykę obrazową i interwencyjną. Mimo, że M., która miała ten blok przede mną, bardzo go zachwalała, ja byłam nastawiona dość sceptycznie. Spodziewałam się, że będę umierać z nudów, słuchając o fizyce, działaniu rezonansów i tomografów, czy oglądając niewiele mi mówiące obrazy. Okazało się, że M. miała w 100% rację, przedmiot jest rewelacyjnie prowadzony, zajęcia są ciekawe, a prowadzący, może poza jednym wyjatkiem, potrafią w fajny sposób przekazać wszystkie najważniejsze informacje. Jasne, zdarzało mi się walczyć ze snem w trakcie seminarek, mimo wypicia dwóch kaw, ale wynikało to po prostu z niewystarczającej ilości snu. To juz kolejny blok w tym roku, na którym w końcu, po 3 latach wkuwania pierdół i mało istotnych szczegółów, mam poczucie, że asystenci wymagają od nas przydatnej wiedzy, na adekwatnym dla nas poziomie. Na mnie działa to naprawdę motywująco, dużo bardziej, niż robienie wejściówek, na których pytania dotyczą tekstów, napisanych małym druczkiem pod wykresami. Dzięki temu, mimo że nikt nie sprawdzał tego, czy uczymy się na bieżąco, zdarzało mi się doczytywać coś dla samej siebie. W połączeniu z uważnym słuchaniem na zajęciach, sprawiło to, że nauka do egzaminu była tylko kwestią szybkiej powtórki. Dużym ułatwieniem był także fakt, że Zakład publikuje na swojej stronie listę pytań, wymaganych na egzaminie, a zaliczenie jest ustne, co w moim przypadku, stanowi najlepszą możliwą formę, zwłaszcza z przedmiotu, który mnie zainteresował. Do tego wszystkiego, Pani Profesor ocenia naprawdę łagodnie, traktując nas jak na studentów/potencjalnych lekarzy innych specjalizacji przystało. Mamy znać podstawy, niezbędne do naszej przyszłej pracy, ale wiadomo, że jeśli ktoś postanowi zostać radiologiem bądź wykonywać badania USG w ramach innej specjalizacji, to szczegółów nauczy się na odpowiednich kursach. Po zakończeniu bloku, w końcu wiem jak oceniać podstawowe zdjęcia RTG, na jakie stany zagrożenia życia zwracać uwagę, jakie badania i w jakie kolejności są wskazane, a jakie przeciwwskazane w poszczególnych przypadkach, a także jakie są charakterystyczne zmiany, sugerujące tak zwane urazy nieprzypadkowe, czyli powstałe na skutek maltretowania. USG nadal stanowi dla mnie największy problem, ale dzięki temu, że mogliśmy poćwiczyć na sobie nawzajem, to od strony technicznej wiem co i jak, a ocenę drobnych szczegółów, będe jeszcze miała okazję się nauczyć :)
Zdecydowanie najbardziej interesującym tematem, co nikogo nie powinno dziwić, przy mojej miłości do chirurgii, okazała się radiologia interwencyjna. Mieliśmy okazję oglądać tylko jeden zabieg, ale już kiedyś, na dyżurze chirurgicznym, byłam świadkiem operacji pękniętego tętniaka aorty brzusznej, z wykorzystaniem stentgraftu. Teraz, w końcu dowiedziałam się co to tak naprawdę jest i czym są długie, pozwijane rurki i druciki, które wkładane są do naczyń pacjenta w trakcie takiej procedury. Gdybym z jakiegoś powodu nie mogła zostać chirurgiem, to pewnie rozważyłabym tę specjalizację, ale z drugiej strony, te same zabiegi wykonują też chirurdzy naczyniowi, a niestety w Polsce, nie ma osobnej specjalizacji z radiologii interwencyjnej. Jakoś nie uśmiecha mi się siedzenie całymi dniami w zaciemnionym pokoju i opisywanie zdjęć RTG, TK i MR.
Po czwartkowym egzaminie, który prawie cała moja grupa zdała na 5, postanowiliśmy pójść na grupowe piwo, co przerodziło się w wyjście do klubu, co nie powstrzymało nas wcale przed kolejną imprezą taneczną następnego dnia, na której bawilismy się prawie do 6 rano :D W efekcie, weekend upłynął mi głównie na odsypianiu intensywnej końcówki tygodnia.

Poprzedni weekend, spędziłam natomiast naukowo, ponieważ brałam udział w koljenych warsztatach laparoskopowych. Ich majowa edycja, która była moją pierwszą, choć bardzo interesująca, okazła się także dość frustrująca. Mimo, że podstawy szycia chirurgicznego mam jako tako opanowane, to zakładanie szwów przy pomocy laparoskopii stanowi wyższy poziom wtajemniczenia. Poprzednim razem, większośc soboty, spędziłam męcząc się nad założeniem choć jednego, porządnego szwu. Tym razem, mimo że nie miałam okazji ćwiczyć od ostatniej edycji kursu, przychodziło mi to o wiele łatwiej, co stanowi najlepszy dowód na to, że naprawdę warto uczestniczyć w takich spotkaniach. Nie jestem jeszcze rzadnym wprawnym operatorem, dlatego i tym razem skupiłam się głównie na doskonaleniu szycia. Choć w przypadku operacji dużo częściej zakłada się klpisy, bo jest to łatwiejsze i szybsze, to jeśli człowiek to opanuje, wszystko inne jest znacznie mniej skomplikowane. Tym razem, miałam też okazję sprawdzić się na bardziej zaawansowanych trenażerach, które nie tylko mierzą czas wykonania zadania, ale także precyzję, ilość i zakres ruchów poszczególnymi narzędziami, sprawdzają jak często "uciekają" one z pola widzenia kamery itp. Chodzi o to, aby nauczyć się jak najlepiej kontrolować narzędzia, ponieważ to co w trakcie zabawy "na sucho" nie stanowi problemu, przy stole operacyjnym może być niebezpieczne dla pacjenta i doprowadzić na przykład do uszkodzenia narządu lub naczynia. Weekend minął mi bardzo szybko i bawiłam się znacznie lepiej niż ostatnio. Następny kurs dopiero w maju, ale zapisałam się do Koła Naukowego, w ramach którego będę mogła korzystać z trenażerów kiedy tylko znajdę czas, a tego mam mnóstwo w tym roku.

Wczoraj zaczęliśmy kolejny blok, tym razem genetykę kliniczną. Pierwsze zajęcia nie były aż takie złe, ale obawiam się, że na dłuższą metę to zdecydowanie nie mój obszar zainteresowań. Zobaczymy jak będzie jutro, dziś na ćwiczenia nie dotarłam, bo zebrałam się w końcu, żeby iść z M. oddać krew. Zapas czekolad zawsze się przyda, a żadna z nas nie miała dzisiaj w planach uprawiania sportu, więc był to najlepszy moment. Pewnie jutro i tak będę miała lekko obniżoną wydolność na treningu, ale gorzej niż po imprezie nie będzie :P

niedziela, 29 października 2017

Hipertensjologia i endokrynologia, czyli interny ciąg dalszy.

Kolejne dwie części bloku z chorób wewnętrznych za mną. Po tygodniu, spędzonym na oddziale diabetologii, kolejne 2 dni mieliśmy spędzić na hipertensjologii. Po pierwszym seminarium okazało się jednak, że Pani Profesor będzie miała następnego dnia ważne spotkanie i musiałaby nas wysłać do domu sporo przed końcem zajęć, w związku z czym zaproponowaliśmy, że po prostu zostaniemy tego pierwszego dnia po zajęciach, żeby nie musieć przyjeżdżać do szpitala na godzinę. Wszystkim było to na rękę, więc tak zrobiliśmy. Nasza edukacja na tym nie ucierpii, bo i tak cała moja szóstka chodzi na fakultet o nadciśnieniu, prowadzony przez tą samą Panią Profesor. Nastęny tydzień mieliśmy wolny, niby długa przerwa, ale pomiędzy treningami, imprezami i serialami, czas mijał bardzo szybko.
Ostatnie 5 dni bloku z interny spędziliśmy na odziale endokrynologii. Prowadzący byli bardzo sympatyczni, ale seminaria trochę przydługie, więc mimo kawy, miałam ogromny problem z utrzymaniem otwartych oczu. Po seminariach, albo szliśmy na oddział, gdzie mielismy okazję zobaczyć między innymi pacjentkę, chorującą na chorobę Addisona, z charakterystyczną dla tej choroby ciemną skórą, albo do poradnii, gdzie też zdarzały się ciekawe przypadki. Jednego dnia przyszła starsza pacjentka, mająca zdiagnozowanego gruczolaka nadnerczy, mikrogruczolaka przysadki, który prawdopodobnie się powiększał, ponieważ znacznie pogorszył jej się wzrok, a do tego mnóstwo chorób towarzyszących. W dodatku była ona po udarze niedokrwiennym mózgu i chemioterapii z powodu nowotworu (wyleciało mi z głowy jakiego), a jej stan w ostatnim roku ulegał systematycznemu pogorszeniu. Jakby ktoś jeszcze nie zdawał sobie sprawy z tego jak niewydolny jest nasz system ochrony zdrowia, pacjenci poradni endokrynologicznej, umawiani na pilną wizytę dostają terminy, najwcześniej na luty 2018, dlatego Pani Doktor wykonała kilka telefonów, żeby chorą przyjęto jak najszybciej do szpitala, bo była to jedyna opcja, aby zapewnić jej odpowiednią opiekę endokrynologiczną, bez odwlekania tego o 4 miesiące, których najprawdopodobniej mogłaby po prostu nie przeżyć. Takie sytuacje tylko potwierdzają, że trwający własnie Protest Porozumienia Zawodów Medycznych jest niezbędny, a jego postulaty słuszne. Choć sama nie planuję zostawać w Polsce, to uważam, że warto walczyć o lepsze finansowanie Ochrony Zdrowia, bo to nie dotyczy tylko lekarzy, ale także, a nawet powiedziałabym, że przede wszystkim, pacjentów. Właśnie dlatego, razem ze znajomymi z roku staramy się czynnie wspierać protest od samego początku.

Zmieniając temat na przyjemniejszy, w miniony piątek świętowaliśmy Połowinki (zwane także "Półmetkiem"), jak ten czas szybko leci! Moim zdaniem impreza udała się rewelacyjnie. Było wesoło, tanecznie i z klasą, mimo nielimitowanego alkoholu :P Osiem godzin wspólnej zabawy przeleciało w mgnieniu oka, dobrze że na pamiątkę będziemy mieli nagrania i mnóstwo zdjęć, zarówno zrobionych przez fotografa, jak i mniej poważnych, w przebraniach, zrobionych w fotobudce.

Przez najbliższe dwa tygodnie mam blok z radiologii, po pierwszych zajęciach nie umiem ocenić czy będzie on ciekawy czy raczej nie, a opinie słyszałam bardzo rozbieżne, także zobaczymy.
Dodatkowo zabraliśmy się w końcu za pracę naukową w ramach Koła Chirurgicznego, tym razem już na poważnie. Przygotowalismy wzór ankiety, który został zatwierdzony przez naszego opiekuna i jesteśmy w trakcie zbierania informacji od pacjentów. Na szczęście coroczna konferencja studenckich kół naukowych została przesunięta z listopada na luty lub marzec, więc powinniśmy bez problemu zdążyć się do niej przygotować i wystawić naszą pracę. W niedalekiej przyszłości wybieram się na kolejne warsztaty laparoskopowe, muszę też w końcu dotrzeć na dyżur, bo naprawdę tęsknię już za chirurgią, praktyki wakacyjne były tak dawno temu :(
Póki co czeka mnie kolejny intensywny tydzień, ale myślę, że gdzieś to wcisnę. Jutro popołudniu trening, a po nim urodziny koleżanki, we wtorek impreza Halloweenowa, jak już odeśpię to w środę i piątek kolejne treningi, a w tak zwanym międzyczasie trzeba coś poczytać z radiologii, bo blok ten kończymy egzaminem ustnym. Zresztą, w dzisiejszych czasach, badania obrazowe są podstawą diagnostykii i niezbędnym narzędziem dla chirurga, a póki co, patrząc na obraz USG, widzę głównie szare plamy, które niewiele mi mówią, więc sama dla siebie chcę to zmienić. No, ale czwartkowe popołudnie zapowiada się raczej wolne, więc może wtedy odwiedzę odział chirurgii :D

P.S. Wpis o IFMSA "się pisze", ale miałam niespodziewany wyjazd do domu w zeszły weekend, dlatego pojawi się trochę później niż planowałam :)

wtorek, 10 października 2017

Diabetologia, czyli pierwszy blok za mną.

Na początek może doprecyzuję tytuł wpisu, ponieważ jest on pewnym uproszczeniem. Moim pierwszym blokiem w tym roku (a tym samym w ogóle na studiach, ponieważ w przeciwieństwie do większości uczelni, u nas żadne zajęcia przed czwartym rokiem nie odbywają sie w taki trybie) są choroby wewnętrzne, powszechnie znane jako "interna". W ramach tego będziemy mieli łącznie 120h zajęć na 4 różnych oddziałach: diabetologii, hipertensjologii, endokrynologii i gastroenterologii.
Wczoraj zakończyliśmy 5-dniowy cykl zajęć na diabetologii. Nie byłam do nich zbyt pozytywnie nastawiona z dwóch powodów. Po pierwsze, dojeżdżanie na te zajęcia wiąże się ze wstawaniem o 6 rano, bo szpital leży poza miastem. Po drugie, miałam już [nie]przyjemność przebywać na tym oddziale i choć sporo się wtedy nauczałam, to atmosfery nie wspominam zbyt dobrze. Na dzień dobry mieliśmy seminarium prowadzone przez Panią Profesor, która stwierdziła, że nic nie umiemy i, że ma nadzieję, że to dlatego, że dopiero wróciliśmy z wakacji, a nie ponieważ zapomnieliśmy wszystko czego nauczyliśmy się w poprzednich latach. Jako, że rozmawialismy o bardzo ogólnych rzeczach, związanych z cukrzycą, jej narzekanie na ansz poziom wiedzy było mocno na wyrost, ale fakt, w poniedziałek o 8 rano, w pierwszy dzień zajęć, mogłyśmy robić wrażenie mało rozmownych i chętnych do współpracy. Po seminarium poszliśmy na ćwiczenia, na których poznaliśmy naszego prowadzącego. Niestety ponownie nie miałyśmy szczęście, bo trafiła nam się męska wersja Pani Profesor. Od wejścia, średnio sympatyczny, robiący gburowate wrażenie dr M przepytał nas z materiału z seminarium, więc całkiem sporo byłyśmy w stanie powiedzieć (zwłaszcza, że o cukrzycy mieliśmy także okazję uczyć się już na kilku przedmiotach i naprawdę nie było tak źle z naszą wiedzą), a mimo tego na koniec zajęć oznajmił grobowym tonem, że wstawia nam wszystkim miusy za nieprzygotowanie do zajęć i, że każdy taki minus oznacza ujemne punkty do zaliczenia końcowego. Męczył nas przeszło godzinę, więc na pójście do pacjenta zostało nam 10min. Ostatecznie przetrzymał nas 20min po zakończeniu zajęć, więc spędziliśmy tam pół godziny. Kolejny dzień był wolny, więc miałam okazję odespać imprezę, na której byliśmy poprzedniego wiczora i przejrzeć trochę materiału na środowe zajęcia. Pani Profesor sugerowała, żebyśmy uczyli się z opracowanego przez nich skryptu, jednak ja ze swoim permanentnym lenistwem i potrzebą robienia na przekór tego co mi się mówi, nie zaopatrzyłam się w książeczkę i zamiast tego przejrzałam najaktualniejsze wytyczne PTD (oczywiście nie całość, bo to przeszło 90 stron) i małą internę Szczeklika. Myślę, że całkiem dobrze na tym wyszłam, bo jak się okazało, Pan Doktor opierał swoje pytania głównie na informacjach z wytycznych. W środę po seminarium dostałyśmy do napisania krótką wejściówkę. Poszło nam średnio, do na 5 pytań, 3 były o wzory, czego chyba nikt się nie spodziewał. Sprawdzaliśmy odpowiedzi wspólnie, dopowiadając sobie nawzajem, ale mimo tego dr M nie był zadowolony. Tym razem nic nie powiedział na temat minusów, ale jak miałyśmy się przekonać następnego dnia, ponownie wpisał je na naszej karcie obecności. Kolejny dzień i kolejna wejściówka po seminarium. Tym razem, według harmonogramu ćwiczeń, mieliśmy nauczyć się na temat farmako- i insulinoterapii, dlaczego więc dostałyśmy jedno pytanie z tego materiału, a 4 inne z zupełnie innego...? Nie mam pojęcia, ale nie trudno się domyślić, że ponownie zrobiłyśmy wrażenie słabo przygotowanych. Na szczęście tym razem Pan Doktor miał chyba lepszy humor, albo zaczął się do nas przekonywać, bo atmosfera była jakaś mniej napięta. Miałyśmy też okazję spędzić więcej czasu rozmawiając z pacjentami. Jedna z koleżanek z mojej szóstki klinicznej zaproponowała, żebyśmy ostatnie 2 zajęcia połączyć w jedno, bo dzięki temu miałybyśmy o jedną poranną wyprawę mniej, a do tego 4 dniowy weekend. Moim zdaniem pomysł był super, zwłaszcza, że na ostatnich zajęciach i tak nie miało już byc seminarium, niestety jak zawsze znalazły się osoby, które przeżywają każdy przedmiot jakby co najmniej zależała od tego ich przyszłość na tych studiach, więc pomysł upadł. Okazało się zresztą, że dr M i tak nie miałby czasu, żeby zostać z nami dłużej w piątek, co nie zmienia faktu, że przestałam się już łudzić, że niektórzy ludzie się ogarną i, mając za sobą przeszło połowę studiów, wyluzują trochę. Spędzić weekend stresując się potencjalnym zaliczeniem z fragmentu bloku z interny? Co kto lubi. Oczywiście, ostatecznie okazało się, że żadnego zalicznia nie było. Tak przypuszczałam, bo już na przedostatnich zajęciach nie było wejściówki, a poza tym myślę, że naprawdę było widać, że przychodzimy na ćwiczenia z przyzwoitą wiedzą, a przynajmniej z notatkami. Podsumomowując blok i naszego prowadzącego, choć nadal zdecydowanie wolę asystentów, którzy wymagają od nas zrozumienia tematu, a nie czepiają się tego, że zamiast recytować definicję WHO, student mówi coś własnymi słowami, to wyszło nam to wszystkim na dobre. Nawet ja się zmotywowałam do nauki, co jest ogromnym sukcesem, biorąc pod uwagę, że była to "tylko" interna i to w pierwszym tygodniu roku akademickiego. Cukrzyca jest aktualnie tak powszecha, że bez względu na specjalizację będziemy z nią mieli do czynienia, więc tylko lepiej dla naszych przyszłych pacjentów.
Dziś mam wolne, jutro i w czwartek zajęcia na hipertensjologii, po czym tydzień wolnego, po którym tydzień endokrynologii. Prawdę mówiąc, wolałabym nie miec tak długiej przerwy i zamiast tego skończyć wcześniej przed Świętami i zacząć później po Nowym Roku (mamy zajęcia do 23 grudnia, a później już od 2 stycznia i niestety w systemie bloków nie będzie łatwo poprzekładać czegoś, żeby przedłużyć wolne), albo mieć coś na kształt ferii zimowych.
Poza zajęciami, pierwszy tydzień jak zawsze upłynął pod hasłem imprez i spotkań ze znajomymi, w ten weekend czekają mnie prawdopodobnie 2 kolejne. Poza tym, korzystając z wolych popołudniów, zaczęłam w końcu uprawiać trochę sportu. Zobaczymy co z tego wyniknie, bo moje lenistwo bywa ogromne, ale póki co jestem nastawiona całkiem optymistycznie, bo treningi mi się podobają. Dodatkowo, w końcu bierzemy się poważnie za pisanie pracy naukowej w ramach Koła Chirurgicznego, a także zapisałam się już na listopadowe warsztaty laparoskopowe, których nie mogę się doczekać. Jak zawsze czeka mnie zabiegany rok, ale przynajmniej na zajęciach, w końcu są przedmioty kliniczne, więc będę miała okazję zobaczyć wiele oddziałów, na których jeszcze nigdy nie byłam. Pierwszy semestr będzie dość nudny, interna, radiologia, medycyna rodzinna, genetyka kliniczna, za to kolejny już znacznie, znacznie ciekawszy, ale o tym będę pisac na bieżąco.

niedziela, 1 października 2017

III rok w pigułce - przedmioty przedkliniczne.

Zgodnie z obietnicą, wpis podsumowujący 3 rok. Ze względu na liczne wakacyjne wyjazdy i pracę nie udało mi się napisać go bezpośrednio po zakończeniu roku akademickiego, ale postaram się przypomnieć sobie wszystkie najważniejsze rzeczy, warte przekazania. Zaczynam od przemiotów przedklinicznych, bo to one przeważają i są bardziej istotne w pierwszym semestrze.

PATOMORFOLOGIA
Nie będę się powtarzać i pisać ponownie o przedmiocie, bo podsumowywałam go po drugim roku (http://bebrave-dreambig.blogspot.com/2016/05/ii-rok-w-piguce-biochemia-fizjologia-i.html?m=1). Trzeci semestr nie różnił się niczym od poprzednich dwóch.
Mieliśmy 2 kolokwia, po czym w sesji zimowej egzamin, składający się z części praktycznej i testu. Część praktyczna to rozpoznawanie "szkiełek" na komputerach. Zakład udostępnia listę 150 preparatów, których trzeba się nauczyć. Na zaliczeniu każdy dostaje 3 z nich, należy napisać co to za struktura, z jakiego narządu pochodzi wycinek i kilka cech charakterystycznych, po których ją zidentyfikowaliśmy. W rzeczywistości, mało kto potrafi cokolwiek rozpoznać, zamiast tego ludzie uczą się na zasadzie "no dobra, wielka, fioletowa plama, przypominająca wieloryba, to będzie X", a w opisie wrzucają wszystkie cechy morfologiczne zmian nowotworowych, które pamiętają :P Aby zdać egzamin trzeba prawidłowo opisać minimum dwa preparaty. W zależności od tego przez kogo jest się ocenianym, można wtedy dostać 0pkt lub 3pkt (są one dodawane do punktów z testu). Jeśli rozpozna się wszystkie trzy szkiełka, przyznawane jest 5pkt lub 8pkt, natomiast niezdanie egzaminu to -8pkt. Jako, że ocena jest subiektywna, zdarzają się grupy, w których nikt nie dostaje ujemnych punktów, bo egzaminatorzy "wyciągają", jak i takie, w których średnia to 0pkt. Poświęcając na naukę 1 dzień (wolałam się skupić na nauce do testu i egzaminu z mikrobiologii) udało mi się nauczyć około 80 preparatów, więc jeśli ktoś ma podobną łatwość zapamiętywania obrazów to dwa dni mu wystarczą, ale znam i takich, którzy uczyli się znacznie więcej, a wpadły im minusowe punkty.
Zdanie tej części nie jest konieczne, aby zostać dopuszczonym do pisania testu, ale mając -8pkt trzeba zdobyć o te 8pkt więcej niż próg zaliczenia, co nie jest łatwe.
Cześć testowa to 125 pytań WIELOKROTNEGO wyboru, czyli tak samo jak na kokwiach. Do zdania, konieczne jest uzyskanie 68pkt (po dodaniu/odjęciu tych z części praktycznej). Cześć pytań powtarza się z poprzednich lat, ale zdecydowanie zbyt mało, aby wystarczyło to do zdania egzaminu. Choćbym chciała, nie jestem w stanie napisać "przepisu" na zdanie tego egzaminu. Osobiście, miałam plan, aby poświęcić miesiąc na naukę, a wyszło jak zawsze. Generalnie, jeśli macie wypracowaną skuteczną metodę nauki na kokwia, to radziłabym się jej trzymać, u mnie to wystarczyło. Jeśli chodzi o poprawki, na moim roku krążyło wiele sprzecznych informacji, więc zainteresowanych odsyłam do regulaminu Zakładu, bo nie chcę nikogo wprowadzić w błąd. Co do jednego od razu mogę uprzedzić, mimo że patomorfologia jest przedmiotem kończącym się w sesji zimowej, poprawki są we wrześniu. Zakład przewiduje możliwość zorganizowania jej wcześniej, ale warunkiem jest zgoda WSZYSTKICH poprawiających, co jest nierealne.
Na moim roku, przy pierwszym podejściu, egzamin zdały 82 osoby ze 138 piszących, a pierwszą poprawkę 33 z 53 piszących.
W poprzednich latach było tak, że nawet jeśli ktoś nie zdał ostatniego podejścia, można było kontynuować naukę na 4 roku, ale trzeba było chodzić na zajęcia patomorfologii z rokiem niżej i podejść z nimi do egzaminu. Jak każde powtarzanie przedmiotu, było to niestety płatne. Niestety, z tego co się właśnie dowiedziałam, w tym roku, z jakiegoś powodu, osoby powtarzające przedmiot nie mogą warunkowo kontynuować studiów i mają rok w plecy jak przy każdej innej repecie.

MIKROBIOLOGIA

Kolejny przedmiot, o którym już pisałam, więc przejdę od razu do informacji o egzaminie. Jest to test pozornie jednokrotnego wyboru.
Pierwszy termin oblało tylko ok. 17 osób, więc nie ma tragedii, ale podobno nie jest to regułą, bo w ubiegłym roku wyniki były dużo, dużo gorsze. Poprawka odbyła się jeszcze przed wakacjami, podobnie jak w przypadku patomorfologii, konieczna była zgoda wszystkich piszących. Generalnie, jest to przedmiot, który, w porównaniu do patomorfologii obejmuje niewielki materiał, dlatego na naukę wystarczy zostawić sobie około tygodnia. Z tego co pamiętam, ja siedziałam nad tym niecałe 5 dni (mieliśmy ten egzamin jako pierwszy, tydzień przed patomorfologią, więc nie chciałam tracić za wiele czasu). Na pewno warto jest się dobrze nauczyć antybiotyków, bo o to bywa sporo pytań, a reszta jest w podobnym stylu jak te na wyjściówkach. Mieliśmy 60min na rozwiązanie 60 pytań i przeniesienie odpowiedzi na kartę. Na początku myślałam, że to całkiem sporo czasu, ale kiedy zaczęłam próbować przypomnieć sobie które antybiotyki stosowało się na jakie drobnoustroje, nagle okazało się, że nie zdążyłam rozwiązać wszystkich zadań, a pilnujący nas asystenci już ogłaszali koniec czasu. Ostatnie 4 pytania strzeliłam praktycznie bez czytania ich. Jeśli miałabym obiektywnie ocenić poziom trudności tego egzaminu, to powiedziałabym, że był on całkiem sympatyczny. Żadnych pytań "z kosmosu", ani przesadnie podchwytliwych.

PATOFIZJOLOGIA

Przedmiot o tyle łatwy, że "to wszystko gdzies już było". Trochę na biochemii, trochę na fizjologii, trochę w trakcie roku, równolegle na diagnostyce laboratoryjnej i internie. Zajęcia są bezstresowe, często dość nudne, więc jesli ma się ćwiczenia o 8 rano to polecam mieć ze sobą mocną kawę. Prowadzący teoretycznie pytają, ale wystarczy położyć przed sobą wydrukowaną/włączoną seminarkę z poprzedniego roku i można bez problemu odpowiedzieć na pytania. Niektórzy asystenci, na zakończenie zajęć, przyznają "plusiki" za dobre odpowiedzi, co przekłada się na dodatkowe punkty na kolokwium, ale nie jest to regułą. Jak ktoś bardzo mocno podpadnie to może dostać "dwóję", którą należy poprawić, odpowiadając z danego tematu na kolejnych zajęciach, ale z tego co wiem to zdarzyło się to dosłownie kilku osobom przez cały rok i tylu na zajęciach z szefową Zakładu. Moja prowadząca była neutralna, nie dawała ani bonusowych punktów, ani dwój, ale kilka zajęć w trakcie roku mieliśmy z innym prowadzącym, u którego udało mi się zebrać po 1-2 ekstra punkty. Kolokwia, po dwa w każdym semestrze, są testami pozornie jednokrotnego wyboru, składającymi się z około 30 pytań. Nie są trudne, ale powiedziałabym, że upierdliwe, ponieważ pytania są często sformułowane w nadmiernie skomplikowany sposób, albo z dużo ilością przeczeń, czego nie cierpię. Mimo tego zdawalnośc jest wysoka, a wyniki pojawiają się na specjalnej platformie internetowej jeszcze tego samego dnia wieczorem. Oficjalną książką, która nas obowiązuje jest interna Szczeklika, oczywiście nie całość, tylko część dotycząca etiologii i patofizjologii poszczególnych schorzeń. Osobiście, korzystałam tylko i wyłącznie z seminarek, co w zupełności wystarczało, zarówno do zdania kolokwiów jak i egzaminu.
W trakcie roku są też wykłady, które trwają po 45min i, o ile kogoś nie pasjonuje biologia komórki, są strasznie nudne. Dodatkowo, obejmują zupełnie inny materiał niz ten na zajęciach. Wiem, że w poprzednich latach było inaczej, ale na moim roku nie wchodził on w obowiązujący nas na zaliczenia zakres zagadnień, więc ja, po jednej wizycie, odpuściłam sobie chodzenie.
Egzamin odbywa się w sesji letniej. Mój, nie był ani prosty, ani trudny. Nie różnił się specjalnie od testów, które pisaliśmy w trakcie rok. Niektóre pytania były dość niefortunnie sformułowane, a kilka było bardzo podobnych do tych z poprzednich lat. Zagadnienia, na których się skupili też raczej nikogo nie zaskoczyły, były takie jak na kolokwiach. Jak zawsze przydałoby się trochę więcej czasu na pisanie, mieliśmy 50 minut na 50 pytań. Niby 1 min. na pytanie to nie tak mało, ale jak człowiek próbuje się na szybko dokopać do konkretnej informacji w głowie to wszystko się miesza. Po wyjściu z auli nie byłam w stanie jednoznacznie ocenić czy zdam, czy nie, ale na szczęście wyniki były jeszcze tego samego dnia popołudniu. Zdawalnośc była podobna jak w ubiegłym roku, egzamin oblało tylko 19 osób, a większość, podobnie jak ja, dostała tróję.
Była możliwość wywalczenia zwolnienia egzaminu, warunkiem była średnia 4,5 z kolokwiów. Prawdę mówiąc, nie wiem czy komukolwiek się to udało.

DIAGNOSTYKA LABORATORYJNA

Przedmiot prowadzony znacznie lepiej niż się spodziewałam. Obawiałam się, że będziemy musieli uczyć się na pamięć miliona norm wyników badań, z dziwnymi jednostkami itd. Okazało się, że jasne, kilka tabalek trzeba było wykuć, ale były to faktycznie najbardziej podstawowe rzeczy, których wymagali od nas także na innych przedmiotach. Interpretacja wyników morfologii krwii, badań moczu, lipidorgamu, same przydatne rzeczy. Kolokwia były bardzo proste, 5-10 minutowe testy jednokrotnego wyboru, złożone z 5 pytań. Wystarczyło przejrzeć skrypt i nauczyc się zagadnień, o które pytali w poprzednim roku, żeby zdać na 4 czy nawet 5. Tym samym, co najmniej 1/3 roku miała zwolnienie egzaminu, którego warunkiem była średnia 4,5. W związku z tym, że też należałam do tych szczęśliwców, nie mam pojęcia jak wyglądał egzamin, ale wiem, że wszyscy ostatecznie go zdali. Jeśli komuś powinie się noga na teście, drugi termin jest odpowiedzią ustną u szefa Katedry, który jest wspaniałym człowiekiem, nieuprzykszającym studentom życia.

ANATOMIA TOPOGRAFICZNA

Wydaje Ci się, że prawie nic nie pamiętasz z, wkuwanej przez cały pierwszy rok anatomii? Dobrze Ci się wydaje, a ten przedmiot raczej nie pomoże tego zmienić :P Zajęcia obejmowały ok. 10 seminariów, trwających po 1,5h. Na każdym omawiane było inne zagadnienie, "kończyna górna", "kończyna dolna", "klatka piersiowa", "brzuch" itd., czyli materiał, który na pierwszym roku robiony był np.: przez miesiąc, tutaj był skompresowany do jednych zajęć. Łatwo sobie wyobrazić, że mając na głowie inne przedmioty, nikt nie siedział przed zajęciami z atlasem anatomii, więc krótkie omówienie przypadkowo wybranych struktur przez asystentów lub studentów, którzy mieli prezentację z danego zagadnienia, niewiele komukolwiek dawało. W ramach zaliczenia trzeba było własnie wykonać prezentację i mieć 100% obecności, ale jeśli kogoś nie było, to odrobienie nie było skomplikowane. Wystarczyło zrobić kolejną, króciutką prezentację na dowolny temat/temat dotyczący choć pośrednio zagadnienia, na którym się nie było i tyle. Możliwe jednak, że w tym roku sytuacja się zmieni, ponieważ słyszałam, że profesor z interny już kilka razy dzwonił do szefa Zakładu z pretensjami, że studenci na zajęcia kliniczne przychodzą zupełnie nieprzygotowani, nie widząc nawet jak położone jest serce w klatce piersiowej, w związku z czym Zakład Anatomii rozważał wprowadzenie testu na zaliczenie przedmiotu, ale nie wiem co zostało postanowione.

HIGIENA I EPIDEMIOLOGIA + ZDROWIE PUBLICZNE

Przedmioty równie nudne co upierdliwe. Oba są prowadzone przez ten sam Zakład i tych samych prowadzących, a tematyka jest tak podobna, że zupełnie zlały mi się w jeden przedmiot. W ramach zaliczenia Zdrowia Publicznego trzeba było napisać esej na dowolny temat, który dało się podpiąć pod tematykę przedmiotu. Podobnie jak wiele innych osób, nie wysiliłam się za bardzo. Odrobinę przeredagowałam swój esej, który na pierwszym roku pisałam na zaliczenie z socjologii, zajęło mi to jakies 15min i sprawa z głowy. Z Higieny i Epidemiologii było trochę wiecej zajęć, a na zakończenie był test. Powiem tak, nie mam pojęcia czy ktoś był na tyle szalony by sie na niego uczyć (nawet nie wyobrażam sobie jakby się można do tego zabrać, bo te przedmioty były o wszystkim i o niczym, naprawdę), ale wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy po otrzymaniu kartki z pytaniami, okazało się, że pytania są dokładnie takie jakich się spodziewaliśmy :P

ETYKA LEKARSKA

Moim zdaniem, bardzo ciekawy i dobrze prowadzony przedmiot. Poruszonych zostało wiele powaznych zagadnień, które rzeczywiście stanowią kontrowersyjny/trudny etycznie temat w medycynie. Porozmawialiśmy o świadomej zgodzie, transplantologii, pacjentach nieletnich, badaniach klinicznych, aborcji i wielu innych tematach. Prowadząca mówiła w sposób bardzo merytoryczny, nawiązując do konkretnych sytuacji, tłumacząc także aspekty prawe różnych zagadnień. Uważam, że naprawdę warto posłuchać, nawet jeśli czasami jest trochę nudno lub człowiek nie zgadza się z pewnymi poglądami. Zaliczenie przedmiotu jest na obecność, można spokojnie opuścić 1-2 zajęcia. W ramach odrobienia czasem nie trzeba robić nic, a czasem trzeba zostać chwilę po zajęciach i zamienić kilka zdań z prowadzącą lub wysłać jej maila z odpowiedzią na jakieś króciutkie pytania.

ELEMNTY PROFESJONALIZMU

Całkowite przeciwieństwo poprzedniego przedmiotu. Choć prowadzony przez lekarza, będącego bardzo ciekawym człowiekiem, z dużą wiedzą ogólną, to strasznie nudny i niekonkretny. Dużo mówienia o niczym, w dodatku o 8 rano, więc po 5 minutach się wyłączałam. Straszna strata czasu, chyba jednym w miarę ciekawym spotkaniem był wykład na temat uzależnień wśród lekarzy. Mimo tego, obecności trzeba pilnować, bo są puszczane listy i słyszałam od starszych roczników, że zdażali się aganci, którzy musili płacić i powtarzać przedmiot, bo za bardzo olali sprawę. Ja miałam chyba ze 3 nieobecności, ale nie było problemu z zaliczniem, nie wiadomo czy jest jakaś oficjalna ilość dopuszczalnych nieobecności.

Ciąg dalszy nastąpi...

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Upał, plaże i pływanie z rekinami, czyli ostatni tydzień w Meksyku.

Wakacje w ciągłym biegu? W tym roku zdecydowanie tak. Ledwo wróciłam z Meksyku, a już leciałam do mojego kochanego, studenckiego miasta, żeby zająć się "incomingsami" z różnych krajów, którzy robią u nas praktyki. Jak w przyszłym tygodniu wróce do domu to też nie będzie lepiej, będę miała tylko jeden dzień na zrobienie prania i przepakowanie się przed wyjazdem na konie.
Przenosząc się jeszcze na chwilę do bajecznego Meksyku, zostam mi do opisania ostatni tydzień naszej przygody. Na początek naszego ostatniego wieczoru w Tuxtli, poszliśmy na obiad do restauracji Las Pichanchas. To rewelacyjne miejsce, w którym, poza pysznym jedzeniem i jeszcze pyszniejsmy drinkiem, zwanym "Pumpo" można posłuchać tradycyjnej meksykańskiej muzyki, granej oczywiście na marimbach, oraz obejrzeć pokazy taneczne w ludowych strojach z Chiapas.


Zdjęcie ze strony tripadvisore, z braku własnych ;)

Po posiłku, przenieśliśmy się do pubu, w którym, popijając lokalne piwo, tańczyliśmy do 3 nad ranem, mimo że następnego dnia wszystkich nas czekała wczesna pobudka.

Praktyki w szpitalu zakończyłyśmy prawie dwugodzinnym żegnaniem się ze wszytstkimi i robieniem pamiątkowych zdjęć. Później musiałyśmy szybciutko się spakować i po godzinie 20, ruszyliśmy w 15h podróż do stolicy Jukatanu, Meridy. Miasto przywitało nas upałem, co w połączeniu z prawie godzinnym poszukiwaniem autobusu, którym mogłybyśmy dojechać do naszego hosta z couchsurfingu, było wykańczające. Zwłaszcza, że każda z nas miała przeszło 25kg bagażu. Na szczęście dostałysmy własny pokój z łazienką i klimatyzacją, więc mogłyśmy się ochłodzić, przed wyjściem na spacer. Merida to spore miasto, bardzo turystyczne, więc, w przeciwieństwie do mieszkańców Tuxtli, tam prawie wszyscy mówią po angielsku. Jest w nim kilka ciekawych budowli, ale myślę, że jeden dzień, który tam spędziłyśmy to zupełnie wystarczająca ilość czasu na zobaczenie wszystkiego. 




Dla mnie największą "atrakcją" było normalne/niemeksykańskie jedzenie. Najpierw poszłyśmy do wegetariańskiej restauracji na obiad, a póniej nasz host wziął nas do kawiarni czekoladowej, w której zjedliśmy przepyszne brownie z malinami, popijając je czekoladowymi shake'ami. Po tym przenieśliśmy się do innej restauracji, gdzie wypiliśmy wino, próbując różne sery, wędliny i oliwki.



Kolejnego dnia było równie smacznie, zjadłam pyszną sałatkę, a wieczorem poszliśmy z naszym hostem na sushi i drinki. Fakt, że to on za wszystko płacił przez te dwa dni był równie miły, co zaskakujący, no ale widać było, że ma bardzo dużo pieniedzy, więc nic tylko się cieszyć, że chciał się nimi podzielić :D
Korzystając z tego, że Merida jest miastem turystycznym, wybrałyśmy się na zorganizowaną wycieczkę, aby zobaczyć cenotes, znak rozpoznawczy Jukatanu. Są to naturalne studnie krasowe, które były uznawane za święte miejsca przez Majów. Miałyśmy okazję obejrzeć i popływać w trzech cenotes różnej wielkości. Widoki jak zwykle były piękne, a woda orzeźwiająco chłodna.
Jeszcze tego samego dnia wieczorem miałyśmy autobus do Chquilli, z której promem dostałyśmy się na bajeczną wyspę Holbox, oglądając wschód słońca z górnego pokładu :)
Był to nasz ostatni przystanek przed powrotem do Cancun, z którego miałyśmy samolot. Trudno opisać jak przepiękne jest to miejsce. Rajskie plaże, cisza i spokój, mimo sporej ilości turystów, idealne zakończenie intensywnego miesiaca. Pierwszy dzień przeleżałyśmy na plaży, wykończone nocną podróżą, woda była idealna do kąpieli, a w słońcu upał niemiłosierny. Popołudniu dołączył do nas kolega z uczelni, który dopiero zaczynał swój pobyt w Meksyku. Drugiego dnia wybraliśmy się na wyprawę motorówką, aby popływać z największymi na świecie rekinami wielorybimi. Mogą one osiągać długość do 15m, są jednak zupełnie niegroźne, gdyż żywią się planktonem. To właśnie dlatego można z nimi bezpiecznie pływać w sezonie od czerwca do września. W tym okresie plankton na styku wód Morza Karaibskiego i Zatoki Meksykańskiej znajduje się na powierzchni, co zmusza te olbrzymy do wypływania z głębin. Móc pogłaskać tak wielkie zwierzę i popływać przy nim to niesamowite uczucie (później dowiedziałam się, że nie wolno ich dotykać, ale cii :P ). Później popłyneliśmy na kolejną przepiękną plażę, przy której zjedliśmy obiad, ale zanim do niej dobiliśmy, mielismy możliwość poływania z maską i rurką nad rafami koralowymi. Podobno czasami można spotkać tam żółwie morskie, ale nam się niestety nie poszczęściło. Ostatnimi zwierzętami, które widzielismy były flamingi, choć ku rozczarowaniu M., były one zbyt daleko by porobić sobie z nimi zdjęcia. Oczywiście, podczas całej wycieczki widzieliśmy też mnóstwo innego ptactwa i ryb, m.in kormorany i latające ryby.



Po powrocie spędzilismy kilka godzin na plaży, a wieczór w miasteczku. Wybraliśmy się także na nocny spacer po plaży, aby znaleźć fluoryzujący plankton, ale niestety był przypływ i chyba dlatego na nic nie trafilismy.




Ostatnie przedpołudnie spędziliśmy na robieniu zdjęć i kąpielach, po czym o 13:30 wyruszylismy o Cancun. Spędziliśmy tam 2 noce po czym po 24h podróży dotarłyśmy do domów. Miało pójsć szybciej, ale nasze loty miały sporo opóźnienia.
Jeśli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości co do tego czy Meksyk jest krajem wartym odwiedzenia, mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że tak. Na mnie, czego się nie spodziewałam, to Chiapas, a nie Jukatan zrobił większe wrażenie, ale tak naprawę miałyśmy zdecydowanie zbyt mało czasu by poznać ten ogromny kraj. Kiedyś na pewno tam wróce, co do tego nie mam wątpliwości. Jeśli ktoś zastanawia się nad kwestią bezpieczeństwa, to nas przez cały pobyt nie spotkała żadna niepokojąca sytuacja, a wszyscy ludzie byli bardzo życzliwi i pomocni, nawet ci, którzy nie mówili po angielsku.
Same w sobie praktyki, podobnie jak w Polsce, chyba jednak lepiej odbywać w szpitalach w mniejszych miejscowościach. W naszym było zdecydowanie za dużo rezydentów, stażystów i studentów, aby móc swobodnie dostać się do stołu operacyjnego i obserwować z bliska zabiegi czy asystować (brak znajomości języka pewnie też nie pomagał, ale myślę, że była to mocno drugorzędna sprawa). Mam w związku z tym lekki niedosyt, ale podróże zrekompensowały wszystko z nadwyżką :D Jeśli będę chciała spędzić więcej czasu na bloku, zawsze mogę się wybrać do "mojego" szpitala, w którym robiłam praktyki w ubiegłych latach :)

poniedziałek, 24 lipca 2017

Neurochirurgia, podróże i zdjęcia, czyli meksykańskiej przygody ciąg dalszy.

Trudno uwierzyć jak szybko mogą upłynąć 3 tygodnie. Do końca mojej meksykańskiej podróży zostało już tylko 7 dni. W tygodniu dalej chodzimy na oddział i blok operacyjny, i choć nadal budzimy duże zainteresowanie, to ludzie powoli się do nas przyzwyczajają. Coraz więcej osób przełamuje się także, żeby choć spróbować porozmawiać z nami po angielsku. Myślę, że gdybyśmy pobyły tam dłużej, to okazało by się, że całkiem sporo osób zna przynajmniej podstawy tego języka. Poznałyśmy dwóch zabawnych rezydentów z traumatologii, którzy mimo naprawdę kiepskiego poziomu angielskiego, przegadali z M. sporą część wieczoru, który spędzałyśmy w szpitalu w ramach nocnej zmiany. Ja, przyznaję, mam znacznie mniej cierpliwości do rozmów z osobami, do których muszę mówić pojedynczymi, prostymi słowami (i nadal okazuje się, że nie rozumieją). Trafiają się też osoby, zwłaszcza pielęgniarki na bloku i panie w stołówce, które na wieść, że nie mówimy po hiszpańsku, zaczynają... mówić to samo, tylko wolniej. Oczywiście na ogół nic to nie zmienia, więc dalej stoimy z M., kiwając głowami z uśmiechami na twarzy :P
Przez nasz oddział przewija się ogromna ilość lekarzy, więc codziennie poznajemy kogoś nowego. W czwartek na przykład, w końcu spotkałyśmy szefową Chirurgii Ogólnej (w Meksyku każdy jest szefem kogoś, ale ona jest chyba najbardziej "na górze"), lepiej późno niż wcale, zwłaszcza, że to ona będzie podpisywać nasze certyfikaty. Niestety, nie mówi ona po angielsku, albo nie miała na to czasu lub ochoty, więc nie miałyśmy okazji, żeby w jakikolwiek sposób zjednać sobie jej sympatię. Razem z nią, w pokoju siedziała też młodsza lekarka, neurochirurg. Była bardzo sympatyczna i, choć na początku dość niepewnie, zainicjowała rozmowę. Nie trwała ona zbyt długo, bo doktor dość szybko musiała się pożegnać, gdyż "praca wzywa". Tak się szczęśliwie złożyło, że gdy pół godziny później poszłam na blok operacyjny, trafiłam na nią w pierwszej sali, do której weszłam. Od razu zaproponowała, że mogę się umyć do zabiegu. W porównaniu do praktyk w Polsce, tutaj niestety bardzo rzadko mam taką możliwość, więc chętnie skorzystałam. Podczas zabiegu byłyśmy tylko we dwójkę, więc miałyśmy okazję dokończyć wcześniejszą rozmowę. Dowiedziałam się, że niestety w ich mieście nie ma "prawdziwej neurochirurgii", bo szpitala nie stać na odpowiedni sprzęt. To chyba dość powszechny problem w Meksyku. Przeprowadzane są tam tylko podstawowe zabiegi, takie jak usuwanie krwiaków podtwardówkowych i inne, które tak naprawdę nie są operacjami na mózgu. Mimo, że szpital na pierwszy rzut oka jest nowoczesny, to braki sprzętu widoczne są na każdym kroku. Na przykład gdy pomagałam w pobieraniu krwi, musieliśmy iść do laboratorium, znajdującego się na drugim końcu szpitala, aby wyprosić dodatkowe probówki, bo są one limitowane.

Po czterech dniach i nocce w szpitalu, każdy weekend spędzamy na podróżowaniu. Obie z M. zgadzamy się co do tego, że mamy niesamowicie dużo szczęścia. Udało nam się trafić na świetnych ludzi, zarówno tych z innych krajów, jak i z goszczącego nas oddziału IFMSA . W naszym mieście jest nas szóstka, dwie dziewczyny z Hiszpanii, chłopak ze Słowacji, chłopak z Norwegii no i my dwie z Polski. Od samego początku świetnie się dogadujemy, co powoduje, że weekendowe wyjazdy (a także wyjścia do miasta w tygodniu) są świetną zabawą. Poprzedni weekend spędziliśmy bardzo intensywnie. W piątek zwiedzieliśmy San Cristobal, najzimniejsze miasto w stanie Chiapas. Wszyscy nas o tym ostrzegali, ale nie potraktowałyśmy tego poważnie, przekonane, że to co dla Meksykan jest chłodem, dla nas będzie normalną temperaturą. No cóż, wszyscy skończyliśmy kupując sobie pamiątkowe bluzy lub poncza :D





W sobotę zobaczyliśmy Lagunas de Montebello, po czym poszliśmy na imprezę, a prosto z niej, o 4 rano, wyruszyliśmy na całodzienną wycieczk, w trakcie której zobaczyliśmy wodospad Agua Azul, z krystalicznie czystą wodą, popływaliśmy pod wodospadem Misol-Ha i w grocie pełnej nietoperzy (na szczęście siedziały grzecznie zdala od nas).



Na koniec zwiedziliśmy Palenque, ruiny miasta Majów. Do domów wróciliśmy dopiero około północy, wykończeni, ale bardzo zadowoleni z weekendu.


Może byłabym mniej zmęczona, gdyby droga nie była tak kręta i pełen dziur i progów zwalniających, które powodowały, że za każdym razem gdy zasypiałam, obijałam się głową o szybę busa. Kolejny tydzień minął równie szybko jak poprzednie. W szpitalu nic specjalnego się nie działo, nawet na nocnej zmianie. Chyba nie mamy szczęścia, bo na dwie nocne zmiany, obie były strasznie nudne, co podobno nie zdarza się tutaj często. Weekend znów upłynął nam na podróżowaniu. Tym razem opuściliśmy Chiapas i pojechaliśmy na regionalny social program do Coatzacoalcos. Mieliśmy okazję poznać kolejnych studentów z innych krajów, Brazylii, Portugalii, Peru, Finlandi, Niemiec.


W piątek poszliśmy zobaczyć molo i latarnię, a po zachodzie słońca na plaży, wróciliśmy do wspólnego mieszkania, w którym zorganizowano dla nas pool party z prawdziwego zdarzenia. Nie będzie przesadą jeśli napiszę, że była to najbardziej intensywna impreza tego wyjazdu :D Nie dane nam było jej odespać, ponieważ w sobotę o 8 rano wyjeżdżaliśmy na całodzienną wycieczkę do dżungli. 





Na miejscu czekał nas spacer z przewodnikiem, przejażdżka motorówką po zatoce, w czasie której mieliśmy okazję zobaczyć dwie wyspy małp i wyspę ptactwa, a na koniec udział w rytualnych obrzędach, odprawianych na tych terenach od tysięcy lat, które trochę przypominały tropikalne spa :P
Najpierw nakładanie mineralnej maseczki oczyszczające, później siedzenie w kamiennej saunie, nagrzewanej kamieniami wulkanicznymi do 60*C i śpiewanie rytualnych piosenek, a na koniec smarowanie się błotem i kąpiel w jeziorku z wodą bogatą w minerały. Idealny poimprezowy zestaw. Ostatni dzień spędziliśmy odpoczywając na pięknej plaży, na którą dostaliśmy się motorówką, mijając po drodze liczne lasy mangrowe.


Przed nami już tylko dwa dni praktyk, po czym kilka dni podróży na własną rękę po Jukatanie. Ani się nie obejrzę i będę siedziała w samolocie do domu... Miesiąc w Meksyku to zdecydowanie za krótko, gdybym mogła chętnie zostałabym tutaj dłużej :)

środa, 12 lipca 2017

Szpitalne kontrasty i przepiękne widoki, czyli praktyki w Meksyku - cześć druga

Zgodnie z obietnicą, czas na wpis o meksykańskim szpitalu.
Praktyki oficjalnie rozpoczynałyśmy w poniedziałek, ale ze względu na tańsze loty dotarłyśmy do Tuxtli trochę później.  Gdy w środę pierwszy raz poszłam do szpitala, wszystko wydawało się bardzo nowoczesne i profesjonalnie zorganizowane. Co prawda, trochę zaskoczył mnie fakt, że nasi koledzy z Meksyku kazali nam jechać z domów już w białych strojach i butach na oddział, ale ponieważ tego dnia podwozili nas samochodami z klimatyzacją, za wiele się nad tym nie zastanawiałam. Dopiero później okazało się, że tutaj to jest zupełnie normalne, że studenci i lekarze jeżdżą zatłoczonymi busikami w białych strojach, w których później chodzą do pacjentów, no cóż...
Na miejscu zabrano nas do działu kadr, gdzie zrobiono nam zdjęcia do identyfikatorów, które na miejscu przygotowano i ładnie zalaminowano. Później zaprowadzono nas do lekarki, która miała być odpowiedzialna za ustalenie z nami planu. No i tu się zaczął problem. Okazało się, że nie mówi ona po angielsku, a ani M., ani ja nic nie rozumiałyśmy po hiszpańsku. Ostatecznie poddała się i odesłała nas do pokoju rezydentów, gdzie była oprócz tego jedna stażystka, jako jedyna znająca angielski. W pomieszczeniu czekało nas kolejne zaskoczenie, otóż meksykańscy rezydenci piszą dokumentację medyczną na maszynach do pisania!



Cały szpital robi wrażenie bardzo nowoczesnego, więc był to zaskakujący element. Od stażystki dowiedziałyśmy się trochę o tym jak wygląda praca w szpitalu. Lekarze pracują  więcej godzin niż w Polsce, a im niżej jesteś postawiony w "hierarchii", tym wcześniej rozpoczynasz pracę. I tak, stażyści i najmłodsi rezydenci, zaczynają swoją zmianę o 4 rano. Starsi rezydenci o 5, a specjaliści przychodzą około 6. Zmiana trwa do godziny 16, bez względu na to, o której się ją zaczyna. Jeśli rano nie zdążyło się wypełnić wszystkich papierów, albo wpadnie jakaś operacja, to zostaje się dłużej. Dodatkowo, mają oni obowiązkowe nocne dyżury, które trwają 24h, po czym muszą zostać na dziennej zmianie, więc całość trwa 34-36h. Wiem, że w Polsce też zdarza się, że lekarze pracują przez tyle godzin, ale tutaj nie mają oni nawet możliwości zdrzemnięcia się przez 10min, miejsca do spania są dostępne tylko dla specjalistów.
Ze względu na nasz brak znajomości hiszpańskiego, pierwszego dnia głównie się nudziłyśmy. Najbardziej interesującym wydarzeniem było pójście do pacjentki, chorujacej na raka piersi. Co prawda, nie byłam jeszcze na oddziale onkologicznym w Polsce, ale jestem prawie pewna, że tak zaawansowanych zmian, nie będę już miała okazji zobaczyć. Guz był tak duży, że zajęta pierś była co najmniej dwa razy większa od zdrowej, do tego mnóstwo tkanki nekrotycznej i ropnii. Nie wyglądało, ani nie pachniało to zbyt przyjemnie, musiało także mocno boleć, a pacjentka mimo tego była niesamowicie sympatyczna i uśmiechnięta. Gdy okazało się, że ma na imię tak samo jak M., stwierdziła, że koniecznie muszą zrobić sobie razem zdjęcie.
Kolejnego dnia praktyk poszłaśmy w moje ulubione miejsce, na blok operacyjny. Znów, z jednej strony nowoczesny wygląd, wydawać by się mogło, że nowoczesne sprzęty, a z drugiej, płyny trzymane w szklanych flakonach, jak jakieś eliksiry :P 



Na początku wydawało nam się, że nikt nie mówi po angielsku, na szczęście z czasem okazało się, że sporo lekarzy ma przynajmniej podstawy, a niejeden z nich mówi całkiem dobrze, tylko trzeba było ich trochę rozkręcić :D
W Meksyku, na oddziale Chirurgii Ogólnej, leżą znacznie bardziej zróżnicowane przypadki niż w Polsce, a blok operacyjny jest wspólny dla wielu oddziałów, dzięki czemu mam okazję zobaczyć sporo operacji, których nigdy dotychczas nie widziałam. Na początek poszłaśmy na otwartą cholecystektomię, przy której asystowałam (mimo, że w szpitalu posiadają sprzęt do laparoskopii, to używają go bardzo rzadko), później na kranitomię, przy której asystowała M., a także operację jelit kilkutygodniowego niemowlaka. W kolejnych dniach widziałam: usunięcie guza piersi, nefrektomię, dwie operacje ortopedyczne, kolejną cholecystektomię, plastykę brzucha, appendektomię, zabieg rekonstrukcyjny zrośniętych palców dłoni i kilka innych. Niestety, póki co nie udało nam się więcej razy umyć do operacji, bo jest tu trochę meksykańskich studentów i to oni mają pierwszeństwo :( Jutro zostajemy na nocnej zmianie, może wtedy będziemy miały szansę :)
Generalnie, jeśli chodzi o funkcjonowanie bloku operacyjnego, oddziału i chyba całego szpitala, to co najbardziej odróżnia go od tego jak to wygląda w Polsce, jest inna atmosfera. Tutaj nie ma pośpiechu, co powoduje, że operacje często muszą odbywać się w nocy i częściowo wyjaśnia długie godziny, które lekarze spędzają w szpitalu. W Polsce blok operacyjny jest bardziej efektywny, ale też ma swoje minusy, atmosfera jest znacznie bardziej napięta niż tutaj. Może to ja źle trafiałam, ale wydaje mi się, że jednak nie dane mi będzie zobaczyć w Polsce chirurgów śpiewających tenorem podczas przygotowywania pacjentów do zabiegu czy lekarki kołyszącej się i podśpiewującej, do puszczonej na pełen regulator muzyki, podczas zakładania szwów :D Na polskich blokach operacyjnych spotkałam się z cichą muzyką w tle, ale tutaj to jest wyższy level. Kolejną różnicą są na pewno braki w sprzęcie, jak już wspomniałam, choć mają tu sprzęt do laparoskopii to bardzo ograniczone materiały, powodują, że zaskoczył się go używa, brak także narzędzi typu ... więc przy recepcji jelit konieczne jest szycie "na piechotę". Mimo różnic, przebieg większości operacji jest taki sam, septyka i aseptyka jest na podobnym poziomie, choć czasem mniej restrykcyjne przestrzegana, starsi chirurdzy raczej chętnie pozwalają rezydentom na doskonalenie swoich umiejętności, nie tylko poprzez asystowanie, ale także samodzielne prowadzenie operacji, pod odpowiednią kontrolą. O! I klimatyzacja na salach jest równie bardzo rozkręcona jak w Polsce, co w połączeniu z upałem na dworze, przypłaciłam przeziębieniem, z którego już na szczęście wychodzę.
Czas, którego nie spędzamy w szpitalu, przeznaczamy na wycieczki po Chiapas. W ten weekend, gdy już udało nam się wszystkim wstać po piątkowej, integracyjnej imprezie, pojechaliśmy do pobliskiej miejscowości Chiapa de Corzo, z której wypłynęliśmy na dwugodzinną wycieczkę Kanałem Del Sumidero. Chyba tylko zdjęcia mogą oddać jak piękne widoki mogliśmy oglądać. 



Po powrocie na suchy ląd, pooglądaliśmy pamiątki i poszliśmy na obiad do restauracji z tradycyjnymi, lokalnymi potrawami. Znów napoje smakowały mi bardziej niż danie główne, ale tym razem trafiłam także na pyszna zupę.




Następnego dnia wybraliśmy się trochę dalej, zobaczyć wodospady Chiflon. Mimo, że wzięliśmy stroje kąpielowe, to skończyliśmy z całkowicie przemoczonymi ubraniami, ale było warto!




Dodatkowa obserwacje po tygodniowym pobycie w Tuxtli, wszyscy tutaj są niscy. Widać to zwłaszcza w szpitalu, gdzie M. przewyższa większość ludzi o głowę  :P Ja za to jestem najbielsza w całym mieście, tak więc idąc przez miasto, obie musimy liczyć się z mniej lub bardziej subtelnym gapieniem się ludzi, mierzeniem nas od góry do dołu, komentarzami i cmokaniem na nas, no cóż. Wystarczy to zignorować i jest w porządku. Kolejna moja obserwacja, o której już wspominałam, jest taka, że ludzie tutaj naprawdę beznadziejnie się odżywiają. Węglowodany w postaci tortilli, Tacos, nachos i innych mącznych wyrobów, a do tego różne rodzaje mięsa i praktycznie zero warzyw. Mają dużo świeżych owoców, ale nie zauważyłam, żeby wiele osób je jadało. Kolejna rzucająca się w oczy rzecz jest taka, że w Meksyku, najbardziej niebezpieczne jest chyba przechodzenie przez ulicę. Przejścia dla pieszych prawie nie występują, a samochody rzadko kiedy kogokolwiek przypuszczają. W ogóle ulice tutaj to istny "Meksyk", ale co ciekawe, chyba nie mają tu zbyt wielu wypadków, a każdym z kim miałam okazję dotychczas jechać samochodem, jest naprawdę dobrym kierowcą, to chyba niezbędne przy takim zamieszaniu na ulicach.

Na dziś już chyba wystarczy, ciąg dalszy relacji w kolejnym wpisie.

piątek, 7 lipca 2017

No hablo español, czyli praktyki w Meksyku - cześć pierwsza.

Czas na mój pierwszy wpis, pisany prawie 10 000km z dala od domu. Jak już wcześniej wspominałam, tegoroczne praktyki wakacyjne, razem z M., realizujemy w meksykańskim miasteczku Tuxtla Guetierrez w stanie Chiapas. Napisałam "miasteczku", bo choć na nasze, polskie standardy jest to bardzo duże miasto, tutaj nikt by go tak nie nazwał. Liczy ono ok. 500 000 mieszkańców, co jest niczym przy Mexico City, w którym żyje od 8 do 10 milionów osób. Chiapas jest jednym z najtańszych, a zarazem najciekawszych stanów w tym kraju, zaraz po Jukatanie. Słynie z najlepszej kawy i pięknego Kanionu Sumidero, obszaru archeologicznego Palenque, przepięknych wodospadów i kompleksu jezior, mieniącach się podobno wszystkimi odcieniami niebieskiego. O tym wszystkim napiszę w kolejnym wpisie, gdy już będę po wycieczkach w te wszystkie miejsca.
Póki co nie miałam jeszcze okazji odwiedzić zbyt wielu miejsc. Do Meksyku dotarłyśmy z M. w poniedziałek rano. Lądowałyśmy w Cancun, w którym spedziłyśmy dwa dni, mając okazję zobaczyć dwa zupełnie różne oblicza tej miejscowości, opisywanej jako "amerykańskie miasto". Ze względu na przepiękne plaże nad Morzem Karaibskim, co roku odwiedza ich bardzo wielu turystów z USA. Najpierw miałyśmy okazję poznać to bardziej ubogie oblicze, ponieważ goszczący nas meksykanie, u których nocowałyśmy w ramach couchsurfingu, mieszkali w samym centrum, zdala od wybrzeża. Pierwszego dnia chciałyśmy pójść na plażę, ale po przeszło godzinie błądzenia, poddałyśmy się. Całe szczęście, bo jak się okazuje nie jest to odległość, którą można pokonać pieszo, mimo wielu sprzecznych informacji, które dostawałyśmy od mieszkańców. Byłyśmy zmęczone po podróży, która trwała łącznie przeszło 24h. Lot do Toronto 9h, później 13h czekania na lotnisku, a na zakończenie 4,5h lotu do Cancun.




Dodając do tego zmianę czasu i 30*C w cieniu, trudno się dziwić, że po powrocie z miasta padłyśmy spać na dobre 10h. Następnego dnia pojechałyśmy do Ventura Parku. Po drodze miałyśmy okazję zobaczyć  "bogatą" stronę miasta, z mnóstwem 5-gwiazdkowych hoteli, amerykańskimi sklepami i knajpami i drogimi samochodami. W parku rozrywki spedziłyśmy cały dzień, szalejąc na zjeżdżalniach, zjeżdżając tyrolkami, skacząc z 15m na tak zwanym "free fall", jeżdżąc rollercosterem, który, choć nie był duży, to wbijał na pewnych odcinkach w siedzenie i delektując się dużymi ilościami darmowego jedzenia, które miałyśmy w cenie biletu.





Prosto z Ventura Parku pojechałyśmy na lotnisko, skąd czekał nas 1,5h lot do naszego punktu docelowego - Tuxtli. Na miejscu czekali na nas członkowie lokalnego oddziału IFMSA, którzy zabrali nas na kolację. Tradycyjne Tacos, Guacamole i tradycyjny, lokalny napój. W tym miejscu pewnie się wyłamię, mówiąc że meksykańskie jedzenie nie do końca przypadło mi do gustu. Nie chodzi nawet o jego ostrość, bo ta, o dziwo mi nie przeszkadza, ale jako prawie wegetarianka (z lenistwa bardziej niż ideologicznie), nie jestem przyzwyczajona do takiej ilości mięsa w każdym posiłku. Byłoby to może do przeżycia, gdyby nie fakt, że nie ma do tego żadnych warzyw. Nachosy w różnych postaciach są moim zdaniem świetne jako przekąska do piwa, ale nie jako danie obiadowe czy kolacja. Za to lokalny napój, Horchata, był pyszny. Przygotowuje się go podobno z mleka ryżowego z cynamonem i cukrem. Tak bardzo mi zasmakowała, że gdy poszłam wczoraj wieczorem na spacer po okolicy to kupiłam sobie 2 butelki.
Drugiego dnia po przylocie do Tuxtli miałyśmy okazję zobaczyć szpital, a popołudniu poznać studentów z innych krajów, którzy także robią tutaj praktyki. Wygląda na to, że mamy świetną ekipę, znacznie bardziej rozrywkową, niż studenci 1 roku, którzy są moimi i Marty meksykańskimi opiekunami :P Kolega ze Słowacji, z którym praktycznie możemy rozmawiać każdy w swoim języku, dwie wesołe dziewczyny z Hiszpanii, chłopak z Norwegii, którego czasem trudno zrozumieć przez mocny akcent, ale bardzo sympatyczny i dwójka chłopaków z Meksyku, którzy zajmują się organizacją social programu. Po pierwszym wspólnym wieczorze na mieście, nie mam wątpliwości, że będziemy się świetnie razem bawić :)

O szpitalu napisze osobny wpis, bo jest o czym, a ten już i tak wyszedł długi :)

środa, 21 czerwca 2017

Ostatnia prosta, czyli jeszcze jeden egzamin i wakacje!

Wszystkie zajęcia trzeciego roku już oficjalnie za mną. W poniedziałek byłam odrobić zaległą pediatrię na odddziale noworodków, gdzie trafiłam na bardzo sympatyczną lekarkę, która powiedziała na głos dokładnie to co sama pomyślałam jak tylko weszłam do sali "wcześniaki to takie brzydale, żółte, z nieforemnymi głowami" :D Pobadałam maluszki, ledwo utrzymując się na nogach, bo w sali było strasznie gorąco, a ja miałam na sobie ubranie ochronne, które nie przepuszczało powietrza (nie mogliśmy mieć własnych fartuchów, pewnie chodzi o to, że nosimy je na wszystkich oddziałach, więc moglibyśmy przenieść jakieś zarazki na odział).
Zaliczenie z pediatri, tak jak się spodziewałam, zdali wszyscy. Co ciekawe, adiunkt dydaktyczna, która wysyłała nam wyniki, napisała, że to pierwsza taka sytuacja w historii ich Zakładu. Test był bardzo przystępny, zdecydowanie najtrudniejsze było wstanie i dojechanie na niego na 9 rano, bo dzień wcześniej była bardzo fajna impreza w "uczelnianym" klubie, na którą wybrało się całkiem sporo osób z mojego roku, w tym oczywiście ja. Część znajomych bawiła się trochę krócej niż zazwyczaj, ale mi się świetnie tańczyło, więc z kilkoma innymi osobami z roku, skończyliśmy dopiero koło 4 rano :P
Po zaliczeniu z pediatrii przyszedł czas na naukę do egzaminów. Pierwsze 3 dni było naprawdę kiepsko z moją motywacją, zwłaszcza, że w jeden wieczór koleżanka organizowała urodziny, a w kolejny kolega zapraszał na domówkę. Do tego mieliśmy jeszcze zaliczenie praktyczne z dermatologii (nic skomplikowanego, zebranie wywiadu i krótka rozmowa z lekarką o pacjencie i jego chorobie/próba diagnostyki różnicowej), a ja musiałam także odpowiedzieć z materiału omawianego na zajęciach, na których mnie nie było. Dostałam krótki teścik, 10 pytań jednokrotnego wyboru, który prowadząca sprawdziła od ręki i od razu omówiła ze mną to co miałam źle.
W czwartek usiadłam w końcu do patofizjologii. Udało mi sie przeczytać raz większość materiału, tylko z ostatniego działu nie doczytałam 2 seminarek, ale pocieszałam się, że może będę coś pamętać z nauki do kolokwium. Egzamin nie był ani prosty, ani trudny. Nie różnił się specjalnie od testów, które pisaliśmy w trakcie rok. Niektóre pytania były dość niefortunnie sformułowane, kilka było bardzo podobnych do tych z poprzednich lat, zagadnienia, na których się skupili też raczej nikogo nie zaskoczyły. Jak zawsze przydałoby się trochę więcej czasu na pisanie, mieliśmy 50 minut na 50 pytań. Niby 1 min. na pytanie to nie tak mało, ale jak człowiek próbuje się na szybko dokopać do konkretnej informacji w głowie to wszystko się miesza. Po wyjściu z auli nie byłam w stanie jednoznacznie ocenić czy zdam, czy nie, ale na szczęście wyniki były jeszcze tego samego dnia popołudniu. Udało się, kolejny przedmiot zaliczony. Zdawalnośc była podobna jak w ubiegłym roku, egzamin oblało tylko 19 osób, a większość, podobnie jak ja, dostała tróję. Oczywiście kilku studentom udało się złapać wyższe oceny, ale było ich niewielu.
Podczas gdy mój rok pisał patofizjologię, drugoroczniacy wracali właśnie po walce z biochemią. Opinie były zaskakujące jak na ten przedmiot, "test był w porządku", "nie było tak źle". Okazuje się, że poważna rozmowa "góry" z szefem zakładu była chyba skuteczna, bo egzamin był nieporównywalnie prostszy niż nasz, co ma odzwierciedlenie w wynikach. Jedynie 17% roku nie zdało, co porównując z naszymi 50% wiele mówi. Podobno profesor obniżył im nawet próg zaliczenia, co u nas, mimo podania, nie przeszło. W związku z tak dobrymi wynikami, zarówno drugi, jak i trzeci rok miał co świętować, więc w okolicy akademików zaroiło się od szczęśliwych studentów, opijających sukces, i tych mniej szczęśliwych, zapijających smutki :P
Dziś niestety trzeba znów usiąść do nauki, bo w poniedziałek czeka nas kolejny, dla mnie ostatni już w tym roku, egzamin z dermatologii. Ponieważ jest on przeprowadzany w formie testowej dopiero od zeszłego roku, nie bardzo wiadomo czego się spodziewać, ale ma być to test jednokrotnego wyboru, więc nie powinno być tak źle :)
W "międzyczasie" dalej przygotowuję się do wyjazdu do Meksyku. Załatwiłam sugerowane szczepienia, ogarnęłam sprawy finansowe, kupiłam trochę ubrań. Nadal zostało mi parę spraw do ogarnięcia, ale powinnam się ze wszystkim wyrobić na czas. Wylot już niedługo, nie mogę się doczekać :D

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Czerwiec, czyli mówicie, że sesja się zbliża?

5 dni temu zaczęliśmy ostatni miesiąc nauki w tym roku akademickim. Wydawać by się mogło, że oznacza to, nadchodzące wielkimi krokami, długie godziny spędzone nad książkami. Niby tak, ale jednak jakoś to wszystko inaczej teraz wygląda niż w poprzednich latach. Na pierwszym roku była "tylko" anatomia, na drugim praktycznie "tylko" biochemia, a mimo tego aurę stresu i poczuci, że nadszedł czas pilnej nauki, dawało się wyczuć już w maju (i chyba nic się nie zmieniło, bo w moich blogowych statystyka ponownie zagościły już hasła odsyłające w stylu "nic nie umiem z anatomii", "anatomia w miesiąc jak się nauczyć", nieustannie mnie to bawi :P ).
Tym razem, choć przed nami zaliczenie z pediatrii i 2, a przed wieloma osobami 3 egzaminy, to atmosfera jest znacznie spokojniejsza. Ładna pogoda, słoneczko, koncerty, imprezy, plaża w weekend, ewentualnie, jak w moim przypadku, praca od piątku do niedzieli (co nie przeszkodziło mi oczywiście w świętowaniu Juwenaliów!). Po części wynika to pewnie z tego, że ludzie oswoili się z ciężkimi sesjami. Zresztą, tym razem to zimą mieliśmy te bardziej wymagające egzaminy, a te letnie są już zupełnie inne. Po pierwsze, dotyczą przedmiotów klinicznych, więc nauka do nich będzie odrobinę przyjemniejsza. Po drugie, każdy student zdaje sobie sprawę, że nie są one aż tak "groźne" jak anatomia i biochemia, które skutecznie mogły doprowadzić do powtarzania roku. W zeszły piątek mieliśmy zaliczenie roku z interny, zdawalność wyniosła 100%, co oczywiście pozytywnie nastawia, ale też rozleniwia jeszcze bardziej :D W sobotę czeka nas pediatria, pewnie wyniki będą podobne, choć niestety sam w sobie test jest trudniejszy, bo wielokrotnego wyboru, bez celowanych odpowiedzi :( Właśnie zaczynam się do niej powoli uczyć, bardzo powoli. Miałam zacząć wczoraj, ale pochłonęło mnie planowanie wyjazdu do Meksyku. Tak jak na początku byłam umiarkowanie podekscytowana, tak teraz, im bliżej wylotu i im więcej wiem o tym kraju, tym bardziej nie mogę się doczekać. Mamy już ułożony ramowy plan zwiedzania, gdyby nie ograniczenia czasowe i finansowe to byłby jeszcze ciekawszy, ale nawet taki jak jest zapowiada się świetnie. Jak zaczęła przeszukiwać przeróżne strony i blogi w internecie, to ani się obejrzałam jak minęła mi cała niedziela.
Dziś jest niewiele lepiej, jeśli chodzi o naukę pediatrii, bo przed południem byłam odrobić ("na zapas") farmakologię, żebym nie musiała w piątek wstawać na nią na 8, później byłam dogadać odrabianie zaległych ćwiczeń na oddziale noworodkowym, na który wybiorę się w środę rano, a po powrocie znów pochłonął mnie Meksyk. W "międzyczasie" napisałam jeszcze historię choroby na dermatologie, zjadłam obiad i dopiero teraz otworzyłam w końcu skrypt z pediatrii. Mam jeszcze 4 dni, ale po drodze jest zaliczenie z EKG, a dodatkowo znów wybieram się do pracy, tym razem od środy do piątku, dobrze się złożyło, że nie mam już prawie żadnych zajęć.
Naukowo dalej jestem "na czysto". Zdałam drugie, ostatnie w tym semestrze kolokwium z farmakologii, w dodatku znacznie lepiej niż się spodziewałam, interna "odhaczona", zwolnienie z egzaminu z diagnostyki już też oficjalnie potwierdzone, czyli wszystko idzie tak jak powinno. Jeśli uda mi się zmotywować na te ostatnie 2 tygodnie nauki, to jest spora szansa, że 26 czerwca zacznę 3 miesięczne wakacje, tym razem bez kampanii wrześniowej :D Ale nawet jeśli czegoś nie zdam, to skoro poprawa z biochemii nie popsuła mi wakacyjnych planów, to tym bardziej nie zrobi tego dermatologia czy patofizjologia, to są przedmioty, których, koniec końców, po prostu nie da się nie zdać.
Ze spraw nienaukowych, Tramwaj Zwany Pożądaniem zakończył się sukcesem, odsypiałam go, nie tylko całą sobotę, ale cały weekend :D

Pod koniec maja byłam też na pozoracji wypadku masowego, organizowanego dla studentów 3 roku ratownictwa, przy współpracy Koła Ratunkowego ze strażą pożarną i policją. Odbywała się ona we wtorek, więc znów opuściłam zajęcia z dermatologii, jaki pech :D Na szczęście będę miała zwolnienie. Sama pozoracja nie była moją pierwszą, jeszcze za czasów działalności w HOPR miałam okazję grać poszkodowanych, więc wiedziałam co i jak. Wyszło bardzo fajnie, widać, że współpraca różnych służb działa naprawdę sprawnie, choć oczywiście nie obyło się bez błędów, no ale właśnie po to takie akcje są organizowane, aby móc poprawić to co wypada źle. Jakbym miała mało wywiadów po Tramwaju, dopadła mnie w którymś momencie ekipa z kamerą i, za nic mając sobie moja czerwoną opaskę na ręce (w systemie triage oznacza to ciężki przypadek, wymagający pomocy w pierwszej kolejności), poprosili mnie o kilka słów do kamery, "najlepiej na stojąco, bo pan kamerzysta nie bardzo może się schylać", no niech im będzie, wstałam i coś tam opowiedziałam, ach to moje "parcie na szkło" :P Oczywiście żartuję, nie jestem jakąś miłośniczką występów radiowych i telewizyjnych, a mój głos na nagraniach brzmi okropnie, po prostu czasem działalność w IFMSA tego wymaga, a że nie mam z tym problemu, to czemu nie, skoro mnie ktoś prosi.

Ostatnio, w ramach sporej ilości wolnego czasu, poza pracą dorywczą, zabrałam się za czytanie książki Pawła Reszki "Mali Bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy." Prawdę mówiąc, spodziewałam się czegoś ciekawszego. To nie tak, że to jest kiepska książka, po prostu mam wrażenie, że jak ktoś śledzi na bieżąco sytuację w polskiej ochronie zdrowia i idąc na te studia zadał sobie trochę trudu, aby zapoznać się z realiami pracy lekarza w Polsce, a nie tylko opiera się na własnych wyobrażeniach, to nie dowie się z niej niczego odkrywczego. Jest kiepsko. Państwo nie ma pieniędzy. Młodzi lekarze harują na kilku etatach, specjaliści często też. Pieniądze są nieadekwatne do ilości pracy i odpowiedzialności. Lekarze często sa niesympatyczni i brak im empatii. Pacjenci często są roszczeniowi i upierdliwi. I jedni i drudzy na ogół nie sa temu winni, bo to system jest zły. To tak podsumowując przekaz książki w kilku zdaniach. Mam wrażenie jakbym czytała profil Porozumienia Rezydentów i Porozumienia Zawodów Medycznych na Facebooku, może dlatego mam wrażenie, że nie dowiaduję się niczego nowego.
Póki co, spodobał mi się jeden cytat, dotyczący stażu podyplomowego. Moim zdaniem jest bardzo trafny i spokojnie można by go rozszerzyć o praktyki wakacyjne i przedmioty kliniczne na studiach.
No niestety, taka prawda.

czwartek, 18 maja 2017

Biopsja i wkłucie centralne, czyli na internie też może być ciekawie.

Interna, a dokładniej "choroby wewnętrzne" to strasznie obszerna dziedzina medycyny. Już same nazwy oddziałów, na których miałam okazję mieć w tym roku zajęcia z tego przedmiotu, świetnie to obrazują. W pierwszym semestrze przewinęliśmy się przez 3 różne "interny": diabetologię, hipertensjologię i endokrynologię. Wszystkie te odziały miały w swoich nazwach "choroby wewnętrzne" i choć specyfika chorób, z którymi pacjenci tam trafiali, była różna, to same zajęcia, o czym pisałam już kiedyś, były dość monotonne i wszystkie wyglądały bardzo podobnie. Musieliśmy nauczyć się podstawowego badania podmiotowego i przedmiotowego, czyli zbierania wywiadu, opukiwania, osłuchiwania i przez cały semestr właśnie na tym się skupialiśmy. W tej części roku akademickiego, trafiliśmy na oddział nefrologiczny, gdzie najprawdopodobniej zajęcia niewiele by się różniły od tych wcześniejszych, gdyby nie to, że trafiliśmy na wspaniałego prowadzącego.
Każdy kto mnie zna, wie, że rzadko zachwycam się asystentami, dr D. jest tutaj wyjątkiem. Praktycznie po każdych zajęciach opowiadam wszystkim dookoła się jaki jest super :P
Wesoły, sympatyczny, potrafiący w ciekawy sposób opowiadać o przypadkach, a także jasno i zrozumiale wytłumaczyć kwestie, z którymi mamy problem. Do tego, zamiast suchej wiedzy, wymaga od nas myślenia, czego bardzo często brakuje mi u innych asystentów.
Teoretycznie, w tym semestrze powinniśmy skupić się na nauce oceny badań EKG. Łatwo sobie wyobrazić jak potwornie nudne byłoby siedzenie 3h co tydzień i odczytywanie szlaczków z elektrokardiogramów. Na szczęście, Pan Doktor także zdaje sobie z tego sprawę i na każdych zajęciach dostajemy dużo innych, ciekawszych rzeczy do zrobienia. Mieliśmy okazję oglądać wykonywaną przez niego biopsję nerki, w innym tygodniu zbieraliśmy wywiad i badaliśmy pacjentkę po przeszczepie, której następnie trzeba było wykonać USG nerki, więc najpierw wykonał je dr D., opisując co widać na ekranie, a następnie każda z nas miała okazję sama wziąć głowicę do ręki i pobawić się w ultrasonografistę. Na oddziale mają całkiem dobry sprzęt, więc nawet moim niewprawnym okiem, byłam w stanie zobaczyć wszystko to co doktor wskazywał. Najciekawsze zajęcia, miały jednak dopiero nastąpić. Gdy wczoraj ok. 9 wpadłam na oddział, jak zwykle na ostatnią chwilę, od wejścia usłyszałam od dziewczyn z mojej grupy, że "Idziemy dzisiaj na wkłucie centralne, będziesz asystować.". Moją pierwszą myślą było "Ale jak to ja? Nikt inny nie chce?". Najwyraźniej własnie tak było, bo żadna z moich koleżanek nie sprawiała wrażenia zainteresowanej. Oczywiście, byłabym chętna nawet gdybym nie została do tego wytypowana, kto jak kto, ale ja nigdy nie odpuszczam okazji do asystowania przy czymkolwiek. Tak więc, umyłam się i ubrałam do zabiegu (na bloku operacyjnym miałam łatwiej, bo wszystko mi podawano, a tutaj musiałam sama się pobawić w prawidłowe zakładanie jałowych rękawiczek, niby banał, a jednak wygodniej gdy tylko wystawiasz ręce, a pielęgniarka ci pomaga :P ) i czekałam co dalej. Zabieg, choć z pozoru prosty, był dla mnie czymś nowym i ciekawym. Miałam okazję własnoręcznie wsadzić cewnik po prowadnicy, aż do przedsionka serca, a później przyszyć końcówkę za uchwyty do skóry :) W którym momencie, dr D. skomentował, że "Pani to by się do operatywy nadawała.". Chyba nie muszę pisać, jak dużą radość sprawił mi tym komentarzem, a nie miał pojęcia, że interesuję się chirurgią, więc uwielbiam go za to jeszcze bardziej <3 Nadal nie jestem (i nigdy nie będę) zainteresowana zostaniem internistą, ale zajęcia są naprawdę w porządku.

Jeśli chodzi o inne przedmioty, to na pediatrii byliśmy w tym tygodniu na oddziale niemowlęcym, w końcu mieliśmy okazję zbadać dziecko, a nie tylko siedzieć i się nudzić w przychodni. Maluch miał rok i 4 miesiące i był zaskakująco cierpliwy, biorąc pod uwagę, że byliśmy już drugą grupą, która go badała. Jego mama była bardzo pomocna, co ułatwiało sprawę. Nie wiem dlaczego dzieci w tym wieku, zdają się mnie lubić, ale nawet lekarka sama to skomentowała.
Naukowo jestem aktualnie "na czysto". Poprawka z farmakologii zdana, kolokwium z diagnostyki zdane (w dodatku wystarczająco dobrze, aby mieć zwolnienie z egzaminu), a przedwczoraj, choć byłam co do tego bardzo sceptycznie nastawiona, okazało się, że ostatnie kolokwium z patofizjologii także mam zaliczone. W nadchodzącym tygodniu czeka mnie kolejne koło z farmakologii, ale jego zapewne nie zdam, bo cały tydzień mam na głowie mnóstwo spraw organizacyjnych, w związku z akcją IFMSA, którą koordynuję. Tramwaj Zwany Pożądaniem odbędzie się w piątek wieczorem i jest połączony z imprezą, więc całą sobotę będę prawdopodobnie odsypiać miniony tydzień. No, ale wszystko jest pod kontrolą, a poprawki z farmakologii nie są aż takie złe :P

niedziela, 7 maja 2017

Laparoskopy, farmakologia, majówka, czyli trochę obowiązków i dużo rozrywki.

Już od jakiegoś czasu chodzą za mną 2 pomysły na wpis, ale ostatecznie postanowiłam zostawić je na później, a teraz napisać o rzeczach bieżących, bo już jakiś czas mnie tu nie było.
Kolokwium z farmakologii, o którym pisałam w poprzednim wpisie, poszło mi adekwatnie do stanu wiedzy, a więc go nie zdałam. Jutro czeka mnie jego poprawa, której najprawdopodobniej też nie zdam, bo zamiast spędzić majówkę na nauce, ja balowałam na krakowskim weselu, a później cały weekend spędziłam na warsztatach laparoskopowych. Pewnie mogłam z nich zrezygnować, ale wybierałam się na nie bezskutecznie już od 2 lat, więc tym razem stwierdziłam, że nie odpuszczę. Zwłaszcza, że  lekarze, aby wziąć nich udział w ramach kursu specjalizacyjnego, muszą zapłacić kilkaset złotych, a my jako studenci mamy wejście za darmo. Już po powrocie z pierwszego dnia, z pełnym przekonaniem mogłam powiedzieć, że nie żałuję. Farmakologia nie ucieknie, a warsztaty były rewelacyjne. Nie przeszkadzała mi, ani pobudka o 7 rano, po 4h snu, ani 10h "zajęć". W sobotę pierwsza część miała formę prelekcji, prowadzonych przez zaproszonych gości. Wśród nich znaleźli się między innymi: prezes-elekt Polskiego Towarzystwa Chirurgów Polskich - prof. Krzysztof Paśnik, który opowiedział o zastosowaniu laparoskopii w diagnostyce oraz dr Urlich Haeffner, gość specjalny z Hamburga, który wygłosił prezentację o najnowszych technologiach, wykorzystywanych w laparoskopii, które później mieliśmy okazję wypróbować na części praktycznej warsztatów. Kliku lokalnych pionierów chirurgii laparoskopowej wygłosiło swoje prelekcje o technikach wykonywania konkretnych procedur, a gość specjalny ze Słowacji, prof. Marek Soltes omówił kwestie ryzyka związanego z taką formą operacji, oraz jak można je zmniejszyć. Na zakończenie, usłyszeliśmy kilka słów na temat ergonomiki w pracy chirurgia, co może wydawać się mało pasjonującym tematem, ale na pewno jest niezmiernie ważne. Każdy kto choć raz miał okazję "stać na hakach" wie, że kilkugodzinne operacje mogą skutkować niezłymi zakwasami i bólem pleców. Najlepszą metodą by temu zaradzić jest właściwa postawa ciała podczas zabiegu. Oczywiście, łatwo mówić o teorii, a gdy dochodzi do praktyki to okazuje się to często niewykonalne, bo jak optymalnie ustawić ekran czy wysokość stołu jak chirurgów jest kilku, a do tego każdy innego wzrostu, plus w okół stołu operacyjnego miejsca jest zawsze za mało. No, ale mimo tego warto wiedzieć na co zwrócić uwagę, żeby przynajmniej próbować zapobiegać przeciążeniom mięśni karku, szyi czy odcinka lędźwiowo-krzyżowego. Przyznam szczerze, że nawet na samych warsztatach nie było to wcale takie proste i po dwóch dniach miałam obolałe nadgarstki.
Po części teoretycznej, przyszedł czas na zabawę, czyli pracę na trenażerach. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania i sprzętu było mnóstwo, tak, że przez cały czas, każdy miał co robić. Na początek zabrałam się za naukę podstaw, czyli przewlekanie sznurka przez oczka, później cienkiej nitki, a następnie przystąpiłam do szycia.... no i tutaj okazało się, że moja cierpliwość jest mocno ograniczona, a myśl, żeby może jednak rzucić to wszystko i zostać psychiatrą, przemknęła mi przez głowę parę razy. Po kilkunastu, średnio udanych próbach, postanowiłam zrobić sobie przerwę i pocieszyć się pysznymi ciastami, które dla nas przygotowano, a późnej poszłam pobawić się nowinkami technicznymi, czyli kamerą 4K i 3D. Trzeba przyznać, że sprzęty te robiły wrażenie, a przewlekanie nitki przez oczka było na nich znacznie prostsze i przyjemniejsze. Podbudowana i ponownie zmotywowana do działania, wróciłam do walki z igłą i nitką. Tym razem udało mi się nawet założyć 2 szwy, choć nie bez wielu ciężkich westchnięć i wymruczanych pod nosem przekleństw. Pocieszające (a zarazem trochę przerażające) było to, że rezydentki ginekologii, będące już na 3 roku specjalizacji, również miały podobne problemy. Na szczęście, zgodnie z banalny, a jednak jakże prawdziwym powiedzeniem "praktyka czyni mistrza", drugiego dnia wszystko wydawało się znacznie prostsze i choć nadal zajmowało mi sporo czasu, to szło mi dużo lepiej. Byłam w stanie założyć kilka szwów w znacznie krótszym czasie. Nie podejmowałam się co prawda ćwiczeń na trenażerze przeznaczonym do pomiaru czasu, precyzji i innych parametrów, oceniających jakość pracy ćwiczącego, ale sama byłam w stanie ocenić, że jest progres.
W praktyce, z tego co sama zaobserwowałam, podczas pobytów na bloku operacyjnym, rzadko kiedy tak naprawdę szyje się cokolwiek laparoskopowo. Na co dzień chirurdzy stosują szybszą i prostszą metodę, jaką są klipsy. Jednak, jak to zauważył prof. Majewski, organizator warsztatów, klipsy może założyć każdy, a umiejętność szycia jest znacznie mniej powszechna, a może się przydać w najbardziej niespodziewanym momencie. Dodatkowo, jeśli ktoś opanuje tę umiejętność, wszystkie inne manewry za pomocą narzędzi laparoskopowych wydają się znacznie prostsze.
Drugi dzień kursu był poświęcony w całości pracy na trenażerach. Poza kontynuacją ćwiczeń z pierwszego dnia, mieliśmy także okazję poczuć się jak prawdziwi zabiegowcy przy pracy i na żelowych narządach przeprowadzić histerektomię, cholecystektomię czy apendektomię. Już się nie mogę doczekać kolejnego takiego wydarzenia, najbliższe w listopadzie :)

Pozostając w tematyce chirurgii, nasze koło naukowe w końcu wróciło do życia. Jestem już oficjalnie zgłoszona do pisania pracy, a w następnym tygodniu będziemy mieli spotkanie organizacyjne, połączone z krótkim wykładem. Szkoda, że ruszenie z tym wszystkim zajęło tak dużo czasu, bo mamy już maj, więc za 2 miesiące kończymy rok akademicki i pewnie będziemy musieli poświęcić czas w wakacje, ale z drugiej strony, nie będzie nam to przynajmniej kolidowało z nauką i zajęciami.

Nadchodzące 2 miesiące zapowiadają się bardzo intensywnie, bo poza farmakologią, z którą jeszcze pewnie trochę się pomęczę, czeka mnie maraton kolokwiów i zaliczeń. We wtorek piszemy test z medycyny nuklearnej, w czwartek ostatnie kolokwium z diagnostyki, z którego muszę dostać 4, żeby być zwolnioną z egzaminu. (trzeba mieć średnią 4,5, co akurat z tego przedmiotu nie jest zbyt trudne). Dodatkowo, również w tym tygodniu, muszę poczytać choć trochę na dermatologię i internę. Po weekendzie czeka nas ostatnie kolokwium z patofizjologii, a dalej w kolejce ustawia się następna farmakologia, zaliczenie z całego roku z interny i pediatrii, a niedługo później sesja i egzaminy z dermatologii i patofizjologii (i diagnostyki, jeśli by mi się nie udało wywalczyć zwolnienia). W tak zwanym "międzyczasie" mam także sporo wydarzeń IFMSA, pozorację w ramach Koła Ratunkowego, no i nadal czeka mnie zaplanowanie miesiąca w Meksyku, jeszcze nie wiem kiedy ja na to wszystko znajdę czas, ale jakoś trzeba będzie :P
Jak to się  w ogóle stało, że połowa studiów już praktycznie za mną?! Ani się obejrzę i będą połowinki, a później, jak to mówią "już z górki".