poniedziałek, 9 lipca 2018

Szwy, żarty i ALS, czyli chirurgia i medycyna ratunkowa.

Dopiero co bawiłam się na żeglarskiej majówce, a tu nagle zrobiła się prawie połowa lipca.
Znów narobiłam sobie zaległości w pisaniu, ale moje lenistwo bywa silniejsze ode mnie :P
Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że miałam w tym semestrze całkiem sporo egzaminów, z czego większość, mimo że technicznie rzecz biorąc na 4 roku jest sesja ciągłą, przypadała na ostatni miesiąc. Najpierw, jeszcze na koniec maja, musiałam zmierzyć się ze zdecydowanie najgorszym przedmiotem, czyli farmakologią. Tak jak w przypadku wszystkich dużych i ciężkich egzaminów, założyłam że dwa tygodnie będą optymalnym czasem na przygotowanie, co później, tradycyjnie już przeklinałam, idąc na egzamin. Test nie był, ani prosty, ani wybitnie trudny, ale to jest ten rodzaj przedmiotu, którego nie da się nauczyć w całości, zresztą nie po to ktoś wymyślił Pharmindexy i Empendium, żeby trzymać w pamięci tysiące nazw leków. Najbardziej demotywujący był fakt, że test składał się ze 100 pytań, a to już jest ta liczba, przy której mój mózg odmawia współpracy. Wiem, że na niektórych uczelniach jest to standardowa długość egzaminów, ale u nas rzadko się takie zdarzają. Poza zeszłoroczną patomorfologią, na której mieliśmy 125 pytań, poprzednim dłuższym egzaminem była anatomia, ale i tak na niej było ich tylko 80. Tak czy inaczej, spodziewałam się, że jak zwykle koło 60-tego pytania totalnie odechce mi się myśleć, ale o dziwo rozwiązywało mi się go całkiem dobrze aż do samego końca. Wyniki miały pojawić się następnego dnia koło południa, a że w związku z RODO-szaleństwem każdy musiał przyjść odebrać je osobiście, to przypomniało mi niezbyt przyjemne odbieranie rezultatów z biochemii. Na szczęście historia się nie powtórzyła, tym razem zdałam, podobnie jak większość piszących, tylko kilku osobom się nie udało, ale z tego co wiem to profesor na poprawie jest bardzo wyrozumiały, więc nie zapowiada się, żeby ktokolwiek z mojego roku musiał powtarzać przedmiot.

Okres przygotowań do farmakologii pokrył się niestety z blokiem z chirurgii, co nie pozwoliło mi się w pełni nim nacieszyć, ale prawdę mówiąc nie oczekiwałam niewiadomo czego od zajęć, bo zdaję sobie sprawę z realiów. Blok zaczynał się trzema dniami seminariów, na których nawet bez wiszącego nad nami egzaminu z farmakologii, nie byłoby mi łatwo się skupić, bo słuchanie prezentacji przez 5h jest nieludzkie. Część z nich była poprowadzona lepiej, część gorzej, sporo materiału się powielało, bo różne seminaria prowadzili różni lekarze, ale w sumie dzięki temu, nawet jeśli słuchało się tylko "jednym uchem" jak to większość robiła, to sporo dało się zapamiętać. Pewnego rodzaju wyjątkiem było ostatnie seminarium trzeciego dnia, które magicznie skupiło uwagę prawie całej grupy, a już zwłaszcza jej żeńskiej części, było ono bowiem prowadzone przez całkiem dobrze wyglądającego, młodego rezydenta. Zabawnie to wyglądało, kiedy nagle wszyscy przerzucili się z patrzenia na własne kolana (czyt.: w telefon, bądź notatki z farmakologii) na uważne słuchanie :P Dalsza część bloku była podzielona na czterodniowe tury na różnych oddziałach. Mojej podgrupie na początek przypadła urologia. Klinika ta jest jedną z prężniej działających na naszej uczelni. Z jednej strony, mają naprawdę fajny sprzęt, z dużą ilością "zabawek", takich jak monitor 4K na bloku operacyjnym, a z drugiej są też bardzo aktywni "na zewnątrz", angażują się w różne akcje profilaktyczne, a nawet sami je organizują, np. w postaci biegu "UroRun", który miał już dwie edycje. Podobało mi się też to, że lekarze mają podejście nastawione na przekazywanie wiedzy (nie wszyscy oczywiście), za to minusem był fakt, że nie dane nam było asystować do żadnych zabiegów. Jedyną praktyczną rzecz, którą robiliśmy było cewnikowanie pacjentów po zabiegu, usłyszałam nawet, że widać, że mam pewność w rękach w tym co robię :D Mieliśmy też okazję posłuchać kilku zabawnych historii z bloku operacyjnego, na przykład o tym jak to w trakcie jednej z orchidektomii (zabieg usunięcia jądra), asyście "uciekł" powrózek nasienny, po czym w ostatniej chwili sytuację udało się uratować pielęgniarce(/instrumentariuszce), bo rzeczona asysta osunęła się na podłogę xD Nie obyło się także bez sporej ilości dwuznacznych i zboczonych żarcików, jak to na chirurgii. Za to wyjątkowo, ze względu na specyfikę oddziału, pośmialiśmy się więcej z facetów niż kobiet.

Następne 4 dni mieliśmy spędzić na chirurgii plastycznej, ale dogadaliśmy się z asystentem, że dwa dni zostaniemy dłużej i oszczędzimy sobie tym samym czasochłonnych dojazdów w dwóch kolejnych. Jako, że był to tydzień egzaminu z farmakologii to było nam to naprawdę bardzo na rękę, a i tak wiele byśmy nie zobaczyli, bo akurat w tym terminie odbywało się tam szkolenie specjalizacyjne, więc profesor był zajęty rezydentami i to oni mieli pierwszeństwo do miejsca przy stole operacyjnym. Mimo tego, mi się poszczęściło, bo podczas cholecystektomii, na której byliśmy (nie mam pojęcia co robią chirurdzy plastyczni, operujący pęcherzyk żółciowy, ale nie narzekam), konieczna była inwersja, czyli przejście z zabiegu laparoskopowego na otwarty, bo pęcherzyk i okoliczne tkanki były mocno zmienione pozapalnie. Gdy padło pytanie, czy ktoś z nas chce się domyć do asysty, dałam mojej piątce całe 3 sekundy na zastanowienie, zanim się zgłosiłam, no cóż nie umiem się powstrzymać :P Zabieg od tego momentu nie trwał już długo, a gdy przyszło do zaszywania rany, zapytałam czy będę mogła założyć szwy na skórę. Specjalista zapytał czy kiedyś to robiłam, po czym uznał, że skoro tak, to w takim razie nie ma problemu i on już nas zostawia z rezydentem. Mimo, że ostatnio dawno nie miałam okazji do ćwiczenia na pacjentach, to wygląda na to, że nawet niewielka praktyka "na sucho", w ramach przygotowań do listopadowych zawodów, sporo mi dała. Rana była dość duża, więc założyłam ok.12 szwów, przy żartobliwych komentarzach rezydenta, takich jak: "nie, żebym Panią pospieszał, ale jak przez nas oddziałowa nie zdąży wypić kawy, to będziemy biedni", "coś mało już tej nitki, a drugiej nie dostaniemy, " oraz, do moich znajomych, "co tak cicho stoicie, nie chcecie trochę koleżanki postresować?". Uświadomiłam go grzecznie, że nie należę raczej do osób, które idzie "postresować", ale przyznam, że motywacja podziałała, bo zakończyłam szycie idealnie mieszcząc się w "limicie nici", co do milimetra. Kolejnym ciekawym momentem, w trakcie naszego krótkiego pobytu na oddziale, była konsultacja, na która przyszła na pacjentka z (opisując naprawdę najbardziej dosłownie i obrazowo jak się da) odpadającą piersią. Pani była po zabiegu rekonstrukcyjnym po mastektomii i z jakiś powodów gojenie rany nie postępowało jak należy, przez co, patrząc z boku autentycznie wyglądało to jakby pierś odrywała się od skóry. Był to naprawdę niecodzienny widok. Na zakończenie drugiego dnia, asystent wysłał nas, żebyśmy pozbierali wywiady z nowo przyjętymi pacjentami. O ile nie jest to nic niespotykanego, bo przecież od zeszłego roku nic innego nie robimy na większości oddziałów, tylko zbieramy historie choroby i prowadzimy badanie przedmiotowe, ale tym razem dostaliśmy do ręki karty pacjenta i mieliśmy je sami wypełnić. Jakoś zupełnie inaczej i znacznie mniej pewnie człowiek się czuje jak ma faktycznie wpisać to co wybada i czego się dowie do dokumentacji pacjenta, a nie tylko zreferować to prowadzącemu. Lepiej późno niż wcale. Z tego co wiem od znajomych, to "na zachodzie" studenci mają znacznie większą autonomię i dla nich takie rzeczy są codziennością.

Kolejne 4 dni wypadały na Oddziale Gastroenterologii i Chirurgii ogólnej, który jest połączony z oddziałem, na którym bywałam na dyżurach u Profesora S. Trochę czasu minęło od kiedy byłam tam po raz ostatni, a zajęcia skutecznie mi przypomniały dlaczego. Jestem ostatnią osobą, która bezmyślnie powtarzałaby stereotypu, ale 7 młodych rezydentek w jednym miejscu, spośród których co najmniej kilka robi wrażenie jakby nadal walczyło o względy profesora, to doskonały przepis na napiętą atmosferę. Zwłaszcza, że nadal na specjalizacje takie jak chirurgia ogólna wybierają się na ogół kobiety z konkretnym typem charakteru. Całe szczęście, że nasze zajęcia odbywały się z innymi rezydentami, w drugiej części korytarza. Zwłaszcza, że Profesor S, jak tylko mnie zobaczył na bloku operacyjnym, nie omieszkał skomentować mojej osoby. Tym razem było to coś na zasadzie "o niej jeszcze świat chirurgiczny usłyszy", skierowane do rezydentki, z którą mieliśmy zajęcia. Choć z jednej strony to miłe, to jednak przy całej mojej podgrupie, podgrupie z roku wyżej, lekarce i pielęgniarkach, raczej nie zjednuje mi tam przyjaciół. Dobrze, że nie wybieram się tam na specjalizację. Wracając do samych zajęć, w kolejnych dniach, kilka osób z mojej podgrupy załapało się na drobne asysty, ja już się nie wychylałam, żeby każdy miał okazję spróbować. Jednego dnia zaproponowałam za to naszej prowadzącej, żebyśmy poćwiczyli szycie na syntetycznych podkładkach, które tam mają, praktyki nigdy za wiele :) Jeszcze innego dnia lekarz wziął nas do Poradni Onkologicznej, gdzie robiłam za sekretarkę medyczną, co uratowało mnie przed śmiercią z nudów, podczas gdy pozostali bardzo się męczyli. Gdy już wychodziliśmy, Pan Doktor był bardzo nieszczęśliwy, że go opuszczam, a jak powiedziałam, że niestety mamy za chwilę kolejne zajęcia, to stwierdził, że to może on mi zwolnienie wystawi. Nie dziwię mu się, papierkowa robota to zdecydowanie przekleństwo tego zawodu. Ostatnie 8 dni bloku polegało głównie na podpieraniu ścian, co miało też swoje plusy, ponieważ dwa razy byłam nieobecna i nikt nie kazał mi tego odrabiać. Ach, no i prawie bym zapomniała, miałam okazję po raz pierwszy wykonać badanie per rectum. Ostatnio, kiedy lekarz mi to zaproponował w trakcie dyżuru, po szybki rzucie oka na długość swoich paznokci, uznałam że oszczędzę pacjentowi bólu. Tym razem był to pacjent, który przyszedł na kontrolę po usunięciu prostaty, a to przede wszystkim właśnie jej ocenie służy to badanie, ale zawsze coś. W ostatni dzień zajęć każdy z nas musiał przedstawić jedno, przydzielone mu wcześniej zagadnienie, ale przez to, że lekarze byli zawaleni robotą, nikt za bardzo nie słuchał tego co mówiliśmy. Dzień później, mieliśmy także zaliczenie testowe, ale podobnie jak na paru innych przedmiotach, które będziemy kontynuować na dalszych latach, było ono formalnością.

W trakcie drugiej części bloku z chirurgii, na szczęście już po egzaminie z farmakologii, mieliśmy popołudniami fakultet z ALS (=zaawansowana pierwsze pomoc). Jak wszystkie zajęcia z medycyny ratunkowej, było to głównie ćwiczenie praktyki, czyli to co lubię najbardziej. Mieliśmy okazję nauczyć się schematów postępowania z pacjentami po zatrzymaniu krążenia, zarówno w rytmach defibrylacyjnych jak i niedefibrylacyjnych, a także kilku rzeczy, które co prawda ja miałam okazję już wcześniej robić na dodatkowych warsztatach, więc teraz stanowiły dla mnie przypomnienie i okazję do poćwiczenia, ale dla pozostałych było raczej nowością, m.in: odbarczanie odmy prężnej, zakładanie dojść doszpikowych, intubacje. To ostatnie sprawiało nam wszystkim najwięcej problemu, dobrze że jacyś mądrzy ludzie wymyślili inne metody zabezpieczania dróg oddechowych dla lekarzy niebędących anestezjologiami, takie jak maski i rurki krtaniowe czy i-gele. Oprócz tego, podczas krótkich scenariuszy/pozoracji, mieliśmy okazje poćwiczyć pracę w zespołach, co jest dla mnie zawsze najbardziej męczącą częścią takich zajęć. Bynajmniej nie dlatego, że nie potrafię współpracować, po prostu mój charakter każe mi automatycznie wchodzić w rolę lidera, zwłaszcza jeśli nikt inny tego nie zrobi. I, o ile z jednej strony jest to przydatne, bo dzięki temu praca idzie w miarę spójnie i każdy wie co ma robić, to w momencie kiedy chcę dać innym szansę, a zawsze staram się to robić, pozostaje mi bezczynnie patrzeć na zupełny brak zdecydowania, co wymaga ode mnie sporo samozaparcia i cierpliwości. Wiadomo, nie każdy musi potrafić wejść w tę rolę, zresztą nie każdy będzie musiał, a nawet jeśli, to jest to dobra okazja żeby się nauczyć, co nie czyni tego nic mniej męczącym dla mnie.
Tak czy inaczej, fakultet był świetny i jak zawsze zdecydowanie zbyt krótki. Może kiedyś do twórców podstaw programowych dotrze, że to praktyka jest podstawą pracy lekarza, a póki co pozostaje mi cieszyć się, że mamy kliniki, którą są zdeterminowane, żeby wprowadzać takie fakultety :)

Na ostatni wpis tego roku akademickiego pozostało mi opisanie bloku z okulistyki i egzaminów, także nie powinien on być zbyt długi, ale dla porządku i tak opublikuję go osobno.


czwartek, 31 maja 2018

Hakuna Truvada czyli choroby zakaźne.

Oj, narobiłam sobie trochę zaległości w pisaniu, dlatego dla porządku, rozbiję wpis na dwa krótsze. Pierwszy zaczęłam pisać już jakiś czas temu, ale najpierw była nauka do egzaminu z chorób zakaźnych, później intensywna majówka, a po niej równie intensywna nauka do egzaminu z farmakologii i jakoś tak nie udało mi się go dokończyć.
Cofając się więc o 2 miesiące, na początku kwietnia, zakończyłam blok z farmakologii. Pisałam o nim przy okazji innych wpisów, więc teraz nie będę się za bardzo rozwodzić. Cały miesiąc zajęć na godz.13, miał teoretycznie sprawić, że będę chodzić wyspana, ale po prostu kładłam się spać adekwatnie później i na jedno wyszło. Pozytyw był taki, że na zajęcia miałam niecałe 10min spacerem, więc przynajmniej nie traciłam czasu na dojazdy, ale już same spotkania były stratą czasu. Przeczytać seminarki mogę równie dobrze leżąc w łóżku, nie potrzebuję lektora w postaci prowadzącej, a poza kilkoma zajęciami mniej więcej tak to wyglądało. Wszystkie kolokwia, włącznie z esejowym z antybiotyków i zaliczeniem z receptury, udało mi się zdać w pierwszym podejściu, więc przynajmniej nie narobiłam sobie dodatkowych zaległości, mimo miliona spraw, w które, w tak zwanym międzyczasie, się angażowałam :) Egzamin ustalony był na końcówkę maja, więc na jakiś czas mogłam o farmakologii zapomnieć i całe szczęście, bo kolejny blok był nieporównywalnie bardziej interesujący. Przez pierwsze 3 tygodnie kwietnia mieliśmy zajęcia z chorób zakaźnych. Odbywały się one w mniej dogodnej lokalizacji, więc ze wstawania o godz.10, musiałam przestawić się na pobudki 10, ale po szóstej. Na szczęście wynagradzał to fakt, że były bez porównania ciekawsze. Na wszystkich seminariach robiłam notatki i mimo nie wysypiania się, zupełnie nie miałam problemów nadmierną sennością. Ćwiczenia odbywały się w dwóch różnych miejscach, ale na terenie jednego szpitala. Pierwsze kilka dni na Oddziale Hepatologii i Chorób Zakaźnych, później mieliśmy małą wymianę asystentów i 3 dni spędziliśmy na Oddziale Chorób Tropikalnych, Zakaźnych i AIDS, a na koniec znów wróciliśmy na ten pierwszy. Nasz prowadzący, mimo specyficznego poczucia humoru, które na dłuższą metę męczyło, wydawał się w porządku. W ramach zajęć, poza standardowym zbieraniem wywiadów z pacjentami, mieliśmy okazję zobaczyć kilka biopsji wątroby, dowiedzieć się czym jest i do czego służy fiberoskop, spędzić kilka przeraźliwie nudnych godzin w poradni hepatologicznej, gdzie przychodzili głównie pacjenci na kontrolę po przeszczepach wątroby. Druga prowadząca była przesympatyczna i ciekawie opowiadała, ale i z nią spędzilismy kilka, trochę mniej nużących, ale też niespecjalnie fascynujących godzin w poradni, tym razem HIV i AIDS. Dzięki mojej kilkuletniej działalności w IFMSA jako Koordynator ds. Zdrowia Reprodukcyjnego i AIDS, miałam już sporą wiedzę w tym zakresie, ale fajnie było w końcu porozmawiać z zakażonymi pacjentami, to jednak daje trochę inną perspektywę. Dla mnie było to oczywiste, ale część osób, nawet studentów medycyny, wciąż jest zaskoczona, gdy dowiaduje się, że młody, heteroseksualny pacjent, który na pierwsz rzut oka wygląda na zupełnie zdrowego, jest zakażony HIV. Widzieliśmy także wyniszczonych chorych, z pełnoobjawowym AIDS, co tylko utwierdza w przekonianiu, że edukowanie ludzi nadal jest bardzo potrzebne. Dzięki postępowi medycyny, zakażenie, które wcześniej stanowiło wyrok śmierci, obecnie jest kolejną chorobą przewlekłą, choć nieuleczalną, to dającą się doskonale kontrolować za pomocą trzech, a niedługo pewnie jednej tabletki dziennie. Jest tylko jedno "ale", żeby zacząc się leczyć, trzeba mieć świadomość choroby, a w Polsce wciąż ogromny odsetek zakażonych nie wie o tym fakcie. Prowadzi to czasami do tragicznych sytuacji. Na jednych z zajęć, prowadząca opowiadała nam o przypadku, w którym na skutek braku szczerości między partnerami i niewykonania zalecanych badań diagnostycznych w ciąży (Polska znajduje się w niechlubnym ogonie Europy jeśli chodzi o odsetek wykonywanych badań na HIV u ciężarnych), doszło do śmierci niespełna dwuletniego dziecka. Ojciec, wiedząc o zakażeniu, nie leczył się i nie poinformował swojej partnerki, ta po zajściu w ciążę wykonała badanie przesiewowe tylko raz, w pierwszych tygodniach, ale zaniechała wykonania drugiego testu pod koniec ciąży, w związku z czym nie wiedziała, że w momencie porodu także była zakażona. W związku tym noworodek nie dostał odpowiedniej profilaktyki, a że u dzieci z wrodzonym zakażeniem choroba postępuje na ogół bardzo szybko, to po 1,5 roku zachorowało ono na ciężkie, atypowe zapalenie płuc i zmarło. Szczęście w nieszczęściu było takie, że pediatrzy zachowali przytomność umysłu i zlecili test na HIV, zarówno u dziecka jak i jego matki, która była wtedy na końcówece kolejnej ciąży. Dzięki temu kolejny poród odbył się już z zachowaniem wszelkich środków ostrożności, a urodzony noworodek po zakończeniu profilaktycznego leczenia, został przebadany i szczęśliwie wykluczono zakażenie.
Jak zawsze kiedy wchodzę na temat HIV, włączył mi się tryb SCORA edukatora :P Wracając do zajęć, według tego, co przekazano nam na początku bloku, w ramach zaliczenia ćwiczeń miało obowiązywać nas przygotowanie historii choroby. Całość planowo kończyła się egzaminem ustnym, przeprowadzanym przez trzech prowadzących (każdy student był losowo przydzielony do jednego z nich i w dwójkach bądź trójkach ustalał dogodny termin). Jakie więc było nasze niemiłe zaskoczenie, kiedy w ostatni dzień zajęć, na które mieliśmy przynieść już tylko poprawione historie choroby, nasz asystent posadził nas na kanapie i powiedział, że czas na odpowiedź ustną w ramach zaliczenia ćwiczeń. Żadna z nas się tego nie spodziewała, więc jak łatwo sobie wyobrazić, nie byłyśmy przygotowane, zwłaszcza że do egzaminu nadal miałyśmy trochę czasu. Pan Doktor stwierdził, że najwyraźniej go nie słuchałyśmy, bo przecież on zapowiadał, że nas odpyta, co jest mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że żadna z naszej piątki tego nie zarejestrował, no ale dobra, student i tak nigdy nie ma racji... Na początku łudziłyśmy się jeszcze, że może odpytka będzie tylko formalnością, zwłaszcza, że prowadzący musiał zdawać sobie sprawę z tego, że ewentualne przyjechanie na poprawę, mając już kolejny blok, w zupełnie innej części miasta, oraz egzamin na głowie, będzie problematyczne. Niestety, nasze nadzieje szybko zostały rozwiane, po tym jak pierwsza z nas usłyszała, że "Pani może już iść i widzimy się jak się Pani douczy". Każda dostała trzy pytania, z czego musiała odpowiedzieć poprawnie na minimum dwa, żeby zaliczyć. Pierwsza runda dotyczyła hepatologii, uczciwie trzeba przyznać, że nie dopytywał nas o jakieś szczegóły, tylko o dość "grube" rzeczy, ale niewiele to pomogło. Ja od samego początku stanowiłam "koło ratunkowe" dla reszty, bynajmniej nie dlatego, że byłam tak świetnie przygotowana, po prostu akurat na pytania koleżanek kojarzyłam odpowiedzi. Z natury mam tak, że gdy prowadzący o coś pyta i zapada cisza to wystarczy, żebym chociaż plus minus znała temat i z automatu się odzywam. Tym razem oczywiście się powstrzymywałam, ale prędzej czy później odpowiedź spadała na mnie. Oczywiście, jak doszło do mojego pytania to już nie było tak hop siup, bo akurat na nie nie znałam za bardzo odpowiedzi. Dużym problemem całego tego odpytywania było to, że Dr L oczekiwał konkretnego sposobu odpowiedzi, ale pytał w taki sposób, że trudno było zrozumieć o co mu chodzi, nawet jak pamiętało się materiał z danego tematu. Kolejna runda była tą, która mnie uratowała, bo dotyczyła HIV. Tutaj praktycznie tylko ja się wypowiadałam, czym zaplusowałam. To nie tak, że tyle pamiętałam z działań w IFMSA, po prostu w ramach nich dostałam kiedyś bardzo fajną książkę "Zakażenia HIV i AIDS - poradnik dla lekarza", którą w trakcie trwania bloku czytałam. Tak czy inaczej, po drugiej rudzie (i wyproszeniu 2 koleżanek...), przyszedł czas na pytania stricte z chorób zakaźnych, tutaj już było widać, że dr L chce mnie przepuścić, bo dostałam bardzo proste i mogłam w spokoju iść do domu. Później dowiedziałam się, że pozostałe dwie koleżanki też dostały podpis, ale nie bez wysłuchania kilku pełnych oburzenia komentarzy, jak to my nic nie umiemy. Po rozmowie z innymi członkami naszej grupy, okazało się, że tylko nasza piątka miała takiego pecha, bo pozostali asystenci, albo w ogóle nie odpytywali, albo potraktowali to jako formalność i nikomu nie robili problemów. Co by nie powiedzieć, cała sytuacja miała jeden pozytyw, uświadomiła mi jak dużo materiału i niewiele czasu zostało mi do egzaminu, a tak się złożyło, że wylosowałam najbardziej wymagającego egzaminatora. Z opinii innych grup wynikało, że Pani Profesor jest z awsze przesympatyczna i odpytuje bezstresowo, a do tego wstawia same ładne oceny, Pani Docent, choć na zajęciach na ogół niezbyt miła, to na egzaminie zmienia się nie do poznania i też nie sposób u niej oblać, no a Pan Profesor, cóż, rzeczowy i konkretny, ale wymaga wiedzy, nie toleruje bezsensownego "lania wody" i zdarza mu się odesłać na drugi termin, a raczej na poprawę pierwszego, bo nie wpisuje negatywnych ocen, ale pojawić się ponownie trzeba. Dodatkową rzeczą, która pomogła mi się zmotywować do nauki był fakt, że darzę Profesora ogromnym podziwem (a według moich znajomych, mam na niego "crusha" xD ). Jakoś tak podświadomie wiedziałam, że nie chcę źle wypaść. Miałam okazję usłyszeć o nim już w zeszłym roku, gdy byłam Koordynatorem SCORA, choć zbyt późno, aby nawiązać jakąkolwiek współpracę, to na tyle wcześnie, żeby być na jego prelekcji z okazji Światowego Dnia AIDS. Pan Profesor, poza tym, że jest chyba najmłodszą osobą na naszej uczelni z tym tytułem (i mówimy tu o profesurze nadawanej przez Prezydenta, a nie "uczelnianej") i posiada ogromny dorobek naukowy, to dodatkowo, od lat jest działaczem na rzecz edukacji dotyczącej HIV i AIDS. Motywacja motywacją, ale czasu było już mało, więc oczywistym było, że nie zdążę nauczyć się wszystkiego. Mimo tego, przed egzaminem czułam się dość pewnie, bo odpowiedzi ustne to moja ulubiona forma. Nie ukrywam, że liczyłam też na to, że jak zawsze zadziała moje szczęście. Nie przeliczyłam się. Wylosowałam 2 pytania, z których byłam bardzo dobrze przygotowana, pierwsze dotyczyło diagnostyki różnicowej chorób wątroby w przypadku podwyższonych poziomów enzymów wątrobowych, a drugie epidemiologii, objawów i leczenia malarii. Jedynie trzecie pytanie, dotyczące odry, średnio mi podeszło, bo o chorobach wieku dziecięcego wiedziałam niewiele, ale kilka dni wcześniej zrobiłam z nich notatkę, więc coś tam pamiętałam. Dodatkowo, przydała się moja pewność siebie, która powoduje, że nawet o rzeczach, o których niewiele wiem, potrafię mówić z takim przekonaniem, że robię wrażenie świetnie zorientowanej. Jak w każdej prezentacji ustnej, tak i na egzaminie, sposób w jaki się mówi to połowa sukcesu, jak nie więcej. Można powiedzieć, że szczęście też mi sprzyjało, bo jako jedyna trójki odpowiadających, nie wylosowałam pytania o antybiotyki, a że Profesor jest współautorem rozdziału w Szczekliku na ten temat, to moja wybrakowana wiedza w tym zakresie mogłaby nie wystarczyć. To jedno z tych zagadnień, których uczyłam się już milion razy, na różnych przedmiotach i nadal nie mogę zapamiętać.
O ile w przypadku egzaminów testowych, bez względu na uzyskaną ocenę, mam zawsze wrażenie, że to nie moja wiedza jest sprawdzana, a tylko umiejętność rozwiązywania pytań testowych i ewentualnie zdolności snajperskie, tak w przypadku egzaminów ustnych, a zwłaszcza tego, miałam miłe poczucie, że zasłużenie dostałam ocenę, która widnieje w mojej karcie :)

Kolejnym blokiem po chorobach zakaźnych była chirurgia dziecięca. Wydawać by się mogło, że przy mojej miłości do chirurgii, powinien to być jeden z lepszych przedmiotów, niestety składał się on przede wszystkim z przeraźliwie długich i nudnych seminarek, na których jednym uchem starałam się słuchać, ale częściowo skupiałam się na nauce do wspomnianego wcześniej egzaminu. To chyba i tak lepsze niż przysypianie, które zdarzyło się niejednej osobie :P Sama tylko raz miałam problem z opadającą głową, ale można powiedzieć, że byłam usprawiedliwiona, bo noc przed spałam ledwo 1,5h. Tak to jest jak twoi znajomi mają wolny, nie tylko piątek, ale też czwartek i już w środę wyciągają cię na imprezę, a ty nie możesz odmówić, bo Raeggeton Party brzmi zbyt kusząco (tyle wspomnień z Meksyku <3 ).
Na blok udało nam się dotrzeć tylko 2 razy, z czego raz miałam szczęście załapać się na krótką asystę, ale pozostałą część ćwiczeń spędziliśmy głównie oglądając stulejki i różne postacie spodziectwa. Nasz prowadzący był bardzo sympatyczny, niestety miał poważny ubytek słuchu i mimo aparatu słuchowego, trudno było zadawać mu pytania w trakcie zajęć, więc ograniczyłyśmy się do obserwowania i potakiwania. Na zakończenie bloku mieliśmy krótkie zaliczenie testowe, ale było one tylko formalnością, także wszyscy ze spokojną głową mogliśmy rozpocząć majówkę, ale o niej już w kolejnym wpisie.


 Image result for hakuna truvada means no worries


* Gwoli wyjaśnienia tytułu wpisu, Truvada to nazwa handlowa dwuskładnikowego leku, stosowanego zarówno w leczeniu zakażeń HIV (jako jeden z kilku leków w wielolekowej terapi), jak i w profilaktyce. Badania, potwierdzające jej skuteczność przy tym drugim zastosowaniu, stanowiły duży przełom w sposobie postrzegania transmisji wirusa HIV i możliwości jej zapobieganiu. Osoby, mające ryzykowne kontakty seksualne, nieużywające prezerwatyw (choć to właśnie one stanowią nadal najlepszą metode profilaktyki chorób przenoszonych tą drogą!), mogą dzięki temu z dużym prawdopodobieństwem wyeliminować ryzyko zakażenia. W Polsce tzw. "PrEP" (Pre-Exposition Therapy = terapia preekspozycyjna) nadal nie jest jeszcze powszechnie znany, ale powoli zwiąksza się jego dostępność. Zamieszczony wyżej obraz pojawia się zawsze w prezentacjach Profesora na ten temat i bardzo się nam wszystkim spodobał :D

sobota, 24 marca 2018

Nauka, nauką, ale świat sam się nie zwiedzi, czyli plany wyjazdowe, mniej i bardziej odległe.

W tym roku moje wpisy głównie podsumowują poszczególne bloki i choć od czasu do czasu zdaję relacje z różnych wydarzeń, to jest tego mniej niż wcześniej. Po części wynika to z faktu, że postanowiłam zrobić sobie przerwę od IFMSA. Na 4-tym roku mamy mnóstwo czasu wolnego, ale po trzech latach intensywnego działania w Stowarzyszeniu, tym razem chciałam spożytkować go na coś innego. Od tego zaczęła się między innymi moja tegoroczna przygoda z Muay Thai, w które szalenie się wkręciłam. Dzięki temu, że nasza uczelniana siłownia została zaopatrzona w worek bokserski, o czym niedawno się dowiedziałam, mogę ćwiczyć nawet wtedy kiedy z jakiś powodów nie mam możliwości dotarcia na trening. To, że po 5 latach przerwy, udało mi się w końcu pokonać lenia i wrócić do sportu w takim wymiarze jak dawniej, nadal nie przestaje mnie zaskakiwać. Kolejną rzeczą, w której miałam okazję wziąć udział w tym roku, było pisanie pracy naukowej. W związku z tym, że uważam, iż większość rzeczy warto choć raz spróbować, dałam temu szansę. Tak jak się jednak spodziewałam, kariera naukowca to jednak nie moje klimaty. Zdecydowanie wolę praktyczny aspekt zawodu lekarza i tego będę się trzymać. No, ale jak się powiedziało A, to trzeba było powiedzieć B. W ubiegły weekend odbyła się, wspomniana przeze mnie w poprzednim wpisie, Studencka Konferencja Naukowa, na której zaprezentowaliśmy naszą pracę. Choć nie udało nam się zdobyć żadnego tytułu, uważam nasz debiut za bardzo udany, a poziom prac w sesji zabiegowej za naprawdę wyrównany. Może poza pracą, która zasłużenie zajęła pierwsze miejsce, bo była rewelacyjnie przygotowana i przedstawiona, a do tego potencjalnie może mieć realną wartość dla przyszłej diagnostyki. Powiedziałabym, że zgadzam się z ocenami komisji, może poza dość kontrowersyjnym pierwszym miejscem, przyznanym ex quo ze wspomnianą pracą. Kontrowersyjność drugiego zwycięzcy polegała na tym, że praca ta była bardziej relacją z działalności koła naukowego, z załączoną co prawda krzywą uczenia, ale bez żadnych badań sensu stricte. Nie uważam, żeby ocenianie jej w sesji zabiegowej, wraz z innymi, "klinicznymi" pracami, było właściwe, mimo że prezentacja zrobiła na mnie równie ogromne wrażenie jak na jury. To świetnie, że mamy na uczelni koło, które tak prężnie działa w zakresie szkoleń z mikrochirurgii, ale nie różni się to za bardzo od działalności koła, w ramach którego organizujemy i bierzemy udział w szkoleniach z laparoskopii. To właśnie w ramach jego działalności, byłam na Mistrzostwach Szycia Chirurgicznego i my również zaprezentowaliśmy relację z naszych działań, ale było to coś dodatkowego, a nie praca biorąca udział w konkursie. Od strony organizacyjnej, konferencja poradziła sobie naprawdę ładnie i poza ogłoszeniem wyników, które miało ponad pół godziny opóźnienia, reszta odbyła się zgodnie z planem. Towarzysko też było miło, bo poza znajomymi z uczelni i z IFMSA, miałam okazję zamienić kilka słów z kolegami, studiującymi na Ukrainie, których poznałam w Zielonej Górze, przy okazji Mistrzostw Szycia.

Poprzedni piątek był intensywny nie tylko ze względu na konferencję, przez którą ominęłam kolokwium z farmakologii (nie żebym jakoś specjalnie ubolewała, zresztą tak czy inaczej mnie ono nie ominie). Prosto z Rektoratu pojechałam bowiem na egzamin z angielskiego, do którego musiałam podejść w ramach rekrutacji na Erasmusa. Nie do końca rozumiem jaki ma to sens, skoro mieliśmy ten język przez pierwsze dwa lata studiów, no ale jak mus to mus. Choć na stronie internetowej znajdują się pewne wytyczne, dotyczące obowiązujących zagadnień, nie do końca wiedziałam czego się po nim spodziewać, zwłaszcza, że sama zrobiłam sobie trochę pod górkę. Uczelnia, od osób, które wyjeżdżają na praktyki wakacyjne, wymaga jedynie znajomości języka na poziomie B1 (o ile instytucja przyjmująca nie wskaże inaczej). Wypełniając formularz nie miałam o tym pojęcia i zaznaczyłam, zgodnie z tym co zasugerowali mi znajomi, znający mniej więcej mój poziom, opcję C1. I co prawda, gdy składałam papiery, miła pani w Biurze Wyjazdów Studenckich, poinformowała mnie, że jeśli chcę mogę nanieść poprawkę i wybrać niższy poziom, ale stwierdziłam, że skoro wybieram się do Wielkiej Brytanii, to wypadałoby, żeby w papierach widniał poziom zaawansowany, nawet jeśli przyjmujący mnie szpital tego nie wymaga. Oczywiście, im bliżej było egzaminu, tym bardziej żałowałam tej decyzji :P 
Mój problem z angielskim polega na tym, że przez wiele lat była wyjątkowo oporna na naukę tego języka, mimo niemałego trudu wkładanego przez moją mamę w próby nakłonienia mnie i mojej siostry do nauki. Choć, koniec końców, oceny zawsze miałam bardzo dobre, moja wiedza teoretyczna była niewielka. Brakowało mi słownictwa, a gramatyka ograniczała się do podstawowych czasów. Wszystko zmieniło się w momencie, gdy zaczęłam oglądać seriale. Moja, obsesyjna wręcz miłość do medycznych i kryminalnych procedurali, w imię której potrafiłam wstawać o 2 w nocy, tylko po to, by obejrzeć na żywo najnowszy odcinek House'a czy Bones, okazał się nie być aż tak bezsensowną stratą czasu jak mogłoby się wydawać. Nagle, mój poziom językowy poszybował w górę, a że pewność siebie nigdy nie była u mnie towarem deficytowym, szybko przełożyło się to na swobodne korzystanie z tego języka. Znajomi z różnych krajów, kolejne seriale, filmy, fanfiction, a później także książki i ani się obejrzałam jak angielski stał się dla mnie językiem równorzędnym z polskim. Obycie i osłuchanie się z językiem, spowodowało, że braki w podstawach nadrabiam swego rodzaju wyczuciem i intuicją, podpowiadającą mi co brzmi w porządku, a co niekoniecznie. Codzienne używanie angielskiego spowodowało, że potrafię mieć problem ze znalezieniem pewnych pasujących do danego zdania słów w języku polskim, zwłaszcza relacjonując coś, co usłyszałam czy przeczytałam po angielsku. Nie piszę tego w ramach chwalenia się, bo zapominanie własnego języka to żaden powód do dumy, chodzi tylko o zobrazowanie jak bardzo mój teoretyczny poziom angielskiego zaczął nagle rozjeżdżać się z praktycznymi umiejętnościami językowymi. To właśnie z tego wynikały moje obawy dotyczące egzaminu. Gdyby składał się on tylko z części ustnej, nie zaprzątałabym sobie tym głowy, ale tutaj jednak czekał mnie także test. Na szczęście okazało się, że był on jednakowy dla wszystkich, bez względu na wybrany poziom, także znacznie istotniejszą dla oceny częścią była rozmowa z lektorką. Dziś poznałam wyniki, piąteczka jest, poziom C1 podbity :D

Nie wspominałam wcześniej o planach wyjazdu na Erasmusa, bo nie wiedziałam co z tego wyniknie. W przypadku wyjazdów na praktyki wakacyjne, wszystko trzeba załatwiać na własną rękę, a Wielka Brytania nie należy do najbardziej otwartych w tej kwestii. Tematem zainteresowałam się już dawno, a mniej więcej od listopada zabrałam się za działanie. Po kilkudziesięciu przeszukanych stronach szpitali i uczelni, wielu mailach bez odpowiedzi, w końcu udało mi się dostać na"elective placement" w jednym z brytyjskich szpitali, na oddział chirurgii ortopedycznej. Plan wyjazdu do UK miałam w głowie już od jakiegoś czasu, zwłaszcza, że po studiach chciałabym odbyć tam staż, więc gdy na dwa dni przed deadlinem składania dokumentów, otrzymałam oficjalne potwierdzenie, od razu pojechałam złożyć papiery. Niestety, okazało się, że aby otrzymać wsparcie finansowe w ramach Erasums +, wyjazd musi trwać pełne 2 miesiące kalendarzowe, a daty, które znalazły się w moim piśmie z akceptacją ze szpitala obejmowały 8 tygodni. Na szczęście, kwestie takie jak dokładny termin wyjazdu, są sprawą drugorzędną, najważniejsze aby mieć zabezpieczone miejsce, dlatego moja aplikacja została przyjęta, z zastrzeżeniem, że muszę jak najszybciej dostarczyć poprawione pismo ze szpitala. Od razu po wyjściu z Rektoratu, napisałam maila do osoby, z którą wcześniej się kontaktowałam, ale mając w pamięci, że poprzednim razem, na odpowiedź czekałam prawie tydzień, postanowiłam, że lepiej będzie zadzwonić. Tym sposobem, pierwszy raz miałam okazję odbyć rozmowę po angielsku przez telefon, w dodatku z kimś, mówiącym z brytyjskim akcentem. Nie powiem, było to ciekawe doświadczenie. Pierwsza kobieta, która odebrała telefon, mówiła tak niewyraźnie, że ponownie, poważnie zwątpiłam w swoje umiejętności językowe. Na szczęście, po przekierowaniu mnie do właściwej osoby, okazało się, że druga pani jest znacznie bardziej zrozumiała i chętna do pomocy. Była to kobieta, z która wymieniałam wcześniej maile, więc wiedziała kim jestem, a po wyjaśnieniu w jakiej sprawie dzwonię, obiecała jak najszybciej skontaktować się z lekarzem specjalistą, który będzie nadzorować moje praktyki i dać mi odpowiedź. Po kilku dniach niecierpliwego oczekiwania, dostałam nowe potwierdzenie, z poprawionym terminem pobytu. To miłe z ich strony, że poszli mi na rękę, bo według oficjalnej stronie uczelni, przyjmują oni studentów na maksymalnie 8 tygodni.
Co prawda, uczelniana lista osób, którym przyznano stypendium Erasmus+ pojawi się dopiero w połowie kwietnia, ale na dzień dzisiejszy można już powiedzieć, że mój wyjazd ma znacznie większą szansę się odbyć, niż nie :D

Lipiec i sierpień za granicą to nie koniec moich wyjazdowych planów. Podczas listopadowych zajęć z radiologii, jeden z rezydentów wspomniał nam o CIRSE (Cardiovascular and Interventional Radiological Society of Europe) i ich corocznej konferencji, dotyczącej radiologii inwazyjnej, w której sam kiedyś uczestniczył jako student. Wydarzenie to odbywa się w różnych miastach, ale najczęściej w Portugalii, a dokładniej w Lizbonie. Poza ciekawym programem, jego ogromną zaletą jest tzw. "pakiet studencki", obejmujący darmową rejestrację i grant na podróż, do którego ma prawo każdy student europejskiej uczelni medycznej i jest on przyznawany na zasadzie "kto pierwszy ten lepszy". W związku z tym, że radiologia zabiegowa, choć w moim prywatnym rankingu nie przebija chirurgii, to naprawdę mi się podobała (zarówno w ramach zajęć jak i niedawno zakończony, rewelacyjnie poprowadzony fakultet), a dodatkowo nigdy nie byłam w Portugalii, postanowiłam działać. Już w grudniu, dodałam kilkanaście przypomnień do swojego kalendarza i od połowy lutego, wypatrywałam uruchomienia rejestracji, zapowiedzianej na przełom luty/marzec. Gdy tylko ruszyły zapisy, dałam znać moim dziewczynom, z którymi planowałyśmy wspólnie pojechać, załatwiłam odpowiednie papiery w Dziekanacie i zarejestrowałam się online. I tym oto sposobem, na koniec zeszłego tygodnia, między konferencją, a egzaminem, dostałam maila z potwierdzeniem, że mam przyznany grant (podobnie jak M. i Mo.). W niedalekiej przyszłości, czeka mnie sporo rezerwowania lotów.

Żeby nie było, że interesują mnie tylko wyjazdy zagraniczne, tegoroczny weekend majowy także spędzę podróżując, ale po Polsce. A dokładniej, po mazurskich jeziorach, ponieważ wybieramy się z M. "na żagle". Nigdy wcześniej nie byłam na taki wyjeździe, ale biorąc pod uwagę relacje wielu znajomych, którzy żeglują od dawna, oraz fakt, że z M. zawsze dobrze się bawimy, zapowiada się kolejna świetna przygoda. Nie zrekompensuje mi ona w pełni łyńskiego obozu konnego, który będę musiała odpuścić w te wakacje, po raz pierwszy od 5 lat (jeśli praktyki w UK dojdą do skutku), ale nie można mieć wszystkiego.

Zapowiada się kolejny ciekawy rok 💗

sobota, 17 marca 2018

Mali dorośli, czyli pediatria już za mną.

Pediatria to przedmiot, do którego, nie oszukujmy się, nie spieszyło mi się. Wizja spędzenia miesiąca na oddziale internistycznym pełnym dzieci nie napawała mnie optymizmem, ale na szczęście, już po raz kolejny w tym roku, mogłam się przekonać jak dużo zmieniają zaangażowani asystenci prowadzący zajęcia. Blok ten jest podzielony na dwie części, 8 dni ćwiczeń odbywa się na pododdziale niemowlęcym, a kolejne 8 dni na "dzieciach starszych". Dodatkowo, jedne zajęcia prowadzone są przez pediatrę-kardiologa, a jedne przez neurologa. Moja podgrupa zaczęła od zajęć z maluchami. Nasza prowadząca była bardzo sympatyczną, ale przy tym konkretną, młodą babką, czyli tak jak lubię. Na pierwszych ćwiczeniach przypomniała nam jak prawidłowo zbierać wywiad z rodzicami małych dzieci, podkreślając jakie elementy różnią go od standardowego, internistycznego badania podmiotowego. Później, zabrała nas do sali kilkudniowego noworodka i po rozmowie z jego mamą, wspólnie omówiliśmy kolejność przeprowadzania badania podmiotowego. Na każdych kolejnych zajęciach, po wstępnej rozmowie z rodzicami, jedna lub dwie z nas miały okazję przebadać dzieciaczka, a jeśli występowały jakieś odchylenia od normy to zazwyczaj robiłyśmy to wszystkie. Oprócz tego, codziennie omawialiśmy wybrane dzień wcześniej zagadnienie, ale nie było to suche odpytywanie nas, tylko po prostu rozmowa, ze zwróceniem nam uwagi na najważniejsze kwestie. Mimo, że nie poświęciłam zbyt wiele czasu na przygotowywanie się do zajęć, to dzięki takiej formie ćwiczeń, wyniosłam z nich bardzo dużo. Gorzej było z seminariami, które bywały dość nudne, więc o 8 rano naprawdę trudno było na nich wysiedzieć w skupieniu. Czasami musiałam ratować się rozwiązywaniem krzyżówek, żeby nie zasnąć. W ramach ćwiczenia z kardiologii mieliśmy okazję zobaczyć jak wygląda badanie echokardiograficzne serca, ale lekarka, które je przeprowadzała nie miała zupełnie daru do opowiadania, więc też się wynudziliśmy. Jeszcze na dodatek, trafiło nam się dziecko, które szybko przypomniało mi dlaczego nie przepadam za małoletnimi. Dziewczyna na oko czteroletnia, na wszystko reagująca rykiem lub odpowiedzią "nie". Usiąść na kozetce? Nie! Dać sobie zdjąć koszulkę? Nie! Pozwolić się osłuchać komukolwiek? Nie! Próby przyłożenia głowicy do badania? Ryk. I tyle było z badania. Lekarka na szybko coś tam zobaczyła, ale diagnostyczne to to w żadnym razie nie było. Co innego na neurologii, którą prowadziła zresztą żona mojego ulubionego profesora S :D Mimo, że moja wiedza z tego zakresu była wyjściowo bardzo uboga, a do tego pech chciał, że nie trafił nam się żaden pacjent, którego moglibyśmy zbadać, to nauczyłam się naprawdę sporo. Pani doktor potrafiła w bardzo ciekawy, obrazowy sposób opisać badanie odruchów u noworodków, a także zaburzenia przewodzenia dróg piramidowych i pozapiramidowych, czy rodzaje napadów drgawkowych. Poza tym jednym spotkaniem, mieliśmy z nią także jedno, równie interesująco poprowadzone seminarium.
Druga część bloku była, powiedziałabym, że mniej wnosząca, ale też dość przyjemna. Na dzieciach starszych dominowali pacjenci z cukrzycą, a że mieliśmy już wcześniej blok z diabetologii (dość wymagający, co opisywałam), plus temat ten przewijał się na medycynie rodzinnej i jeszcze kilku innych przedmiotach w ubiegłych latach, to była to po prostu powtórka powtórka materiału. Z ciekawszych przypadków, mieliśmy okazję zbadać chłopca chorującego na neurofibromatozę typu I i dziewczynkę z objawami przedwczesnego dojrzewania oraz nastolatkę z zespołem Gravesa-Basedowa,, po czym znów zostały nam same dzieci z cukrzycą. Nasza prowadząca planowała nam zrobić krótki teścik po 4 dniach, ale jako że poszła na urlop zdrowotny, to nam się upiekło. W związku z tym, że któregoś razu w trakcie bloku nie udało mi się wstać na zajęcia, w ostatnim tygodniu musiałam  odrobić nieobecność, odpowiadając z zaległej seminarki, ale Pani Docent nie robiła problemów, zwłaszcza, że i tak kilka dni później czekało nas zaliczenie z całego bloku. Zbiegło się ono w czasie z testem z endokrynologii, także oba pisaliśmy jednego dnia, ale była to tylko formalność. Przez to, że nasz "nowy" dziekan ma, delikatnie mówiąc, obsesję na punkcie rankingów i nie może przeboleć tego jak kiepsko nasza uczelnia wypada przy pierwszym podejściu do LEKu, wszystkie Zakłady mają nakaz umieszczania pytań z poprzednich edycji tego egzaminu na swoich zaliczeniach. Pediatria i endokrynologia nie mogły więc być wyjątkiem.

W tak zwanym międzyczasie, udało mi się w końcu zmotywować i odrobić dwa zaległe ćwiczenia i jedno seminarium z medycyny rodzinnej. Nadal zostaje mi jeszcze jedno, ostatnie już, z którego muszę odpowiedzieć u Szefowej, a bardzo, bardzo mi się nie chce, ale zawsze to jakiś krok do przodu. Do czerwcowego egzaminu jeszcze daleko, więc zdążę :P
Z życia pozastudenckiego (no prawie), musieliśmy dokończyć zbieranie danych i pisanie abstraktu do naszej pracy, aby móc się zarejestrować na Studencką Konferencję Naukową. Nie dość, że trzeba było się narobić (i w tym miejscu wielkie podziękowania dla naszego samozwańczego szefa grupy!), to jeszcze okazało się, że czynne uczestnictwo w konferencji kosztuje aż 50zł! Na naszej własnej uczelni... Moja studencka kieszeń cierpi. No, ale już trudno, przynajmniej będzie kolejny ładny certyfikat do kolekcji. Jak już przy papierach jesteśmy, to końcówka miesiąca oznaczała dla mnie także intensywne załatwianie pewnych dokumentów, w związku z moimi wakacyjnymi planami, ale o tym napiszę więcej w kolejnym wpisie :)

niedziela, 11 marca 2018

Abdukcja, indukcja, dedukcja, czyli alergologia w innej odsłonie.

Zrobiły mi się lekkie zaległości w pisaniu, bo od czasu alergologii zdążyłam już zakończyć kolejny blok, napisać 2 zaliczenia i rozpocząć farmakologię, ale postaram się to niedługo nadrobić.

Na mojej uczelni, pewnie podobnie jak na każdej, profesorów można podzielić na 3 główne typy:

Profesor JatujestembogiemJego zachowanie aż krzyczy "Jam tu panuję, a tyś jest nikim i żadne regulaminy uczelni, ani uwagi dziekana mnie nie obchodzą!". Typ najmniej lubiany przez studentów, ale też na szczęście zdecydowanie najrzadszy. Osobiście, ostatni raz miałam z takim do czynienia na drugim roku i miejmy nadzieję, że więcej nie będę musiała przez to przechodzić.

Profesor Wszechwiedzący-WszędobylskiZ minimum trzema specjalizacjami, milionem prac naukowych i po co najmniej kilku stażach zagranicznych. Do tego nierzadko lubiący występować na konferencja i w mediach. Wbrew pozorom, typ ten, mimo znacznie większych osiągnięć niż poprzedni, jest nieporównywalnie bardziej sympatyczny, otwarty na współpracę ze studentami i chętny do pomocy. Bez wątpienia, doskonałym przykładem przedstawiciela tej grupy jest mój ulubiony Profesor S.

Profesor Jedynejsłusznejspecjalizacji
Często ma na swoim koncie nie mniej osiągnięć niż typ drugi, natomiast ograniczają się one do jednej tylko specjalizacji, albo nawet tylko konkretnego, wąskiego jej wycinka. O swoich badaniach potrafi mówić godzinami, co na początku jest naprawdę interesujące, ale po kilku zajęciach robi się niesamowicie męczące. Profesor taki, na ogół nie praktykuje jako lekarz lub robi to niezmiernie rzadko, za to wie wszystko lepiej niż mówią oficjalne wytyczne i obowiązujące podręczniki. Przecież on tak przeczytał w najnowszych publikacjach, albo sam zbadał. Nieważne, że w praktyce klinicznej nie ma to jeszcze żadnego odzwierciedlenia, studenci na jego zajęcia mają umieć tak i koniec. Typ raczej "niegroźny", acz upierdliwy.

Wracając do alergologii, moje wprowadzenie jest oczywiście dużym uproszczeniem, ale ułatwi mi opis tego bloku, Profesor K. jest bowiem doskonałym przykładem przedstawiciela typu trzeciego. Pierwsze zajęcia rozpoczęły się seminarium. Dla większości osób, nawet takich, które nie miały nigdy do czynienia z tym przedmiotem, alergologia jest pojęciem znanym. W dzisiejszych czasach chyba każdy, albo ma na coś alergię, albo zna kogoś kto ma, albo ewentualnie wystarczy, że ogląda reklamy telewizyjne. Wydawać by się więc mogło, że studentów medycyny, którzy dodatkowo mieli już zajęcia z immunologii, dermatologii, medycyny rodzinnej i pediatrii, nic nie będzie w stanie zaskoczyć. Nic bardziej mylnego. Przez 2 godziny ani razu nie padły takie hasła jak "alergia", "nadwrażliwość" czy "uczulenie. O czym więc było? O zastosowaniu abdukcji, dedukcji i indukcji w medycynie, o starożytnych filozowach, EBM (Evidence Based Medicine), o tym że studenci nie identyfikują się ze swoją uczelnią, bo nie wiedzą czyjego jest imienia (podchwytliwe pytanie, ponieważ już od wielu lat niczyjego), ani jaka łacińska sentencja jest napisana na sztandarze. Powiem szczerze, że o ile nie zgadzam się z profesorem w tej ostatniej kwestii, to cała reszta problemów, które poruszył była bliska prawdy. Faktem jest, że sposób nauczania i podejścia do medycyny zmienia się na gorsze. Studentów coraz rzadziej zachęca się do samodzielnego, logicznego myślenia, a zamiast tego każe się uczyć rozwiązywania testów. Dodatkowo, ślepe podążanie za wytycznymi staje się standardem, który wyewoluował między innymi ze złego zrozumienia konceptu EBM, o czym wypowiadał się w artykułach sam twórca tego pojęcia. Zamiast indywidualnego podejścia do pacjenta są schematy, które jasne, w wielu sytuacjach przyspieszają i ułatwiają diagnostykę i leczenie, w sytuacjach zagrożenia życia usprawniają udzielanie pomocy, ale nie powinny być traktowane jako dogmat, bo każdy pacjent jest inny. Akurat w Polsce nie jest jeszcze aż tak źle w tym aspekcie, ale z tego co miałam okazję czytać to, im bardziej rozwinięty kraj, tym mniej ceni się czy nawet zezwala na samodzielne myślenie. Bo przecież trzeba wyrobić normy, odhaczyć odpowiednią ilość "klientów" i zadowolić administratorów szpitala, plasując się jak najwyżej w rankingach.
Zajęcia byłby zapewne mniej męczące, gdyby nie powtarzane przez profesora co drugie zdanie, pytanie "Zgoda?", na które każdorazowo oczekiwał potwierdzenia. Kolejne, prowadzone przez niego seminaria były dość podobne. Polegały głównie na mówieniu w kółko o tym samym, a najważniejszą informacją, którą mieliśmy wynieść z zajęć to fakt, że pytania na LEK i tematy prelekcji na konferencjach alergologicznych układają niekompetentni ludzi, którzy nie rozróżniają pojęć "alergia" i "uczulenie", więc my mamy tacy nie być i używać odpowiednich określeń.
Część ćwiczeniową zajęć prowadziły sympatyczne, młode lekarki. Mieliśmy okazję osłuchać kilku pacjentów z astmą, zebrać kilka niespecjalnie ciekawych wywiadów na temat przewlekłego nieżytu nosa i spojówek, które przydały mi się o tyle, że mogłam podsłuchać jakie leki są polecane i przepisywane na alergiczne zapalenie spojówek, na które w tym roku cierpię. Mogliśmy też zrobić sobie spirometrię i testy skórne punktowe. Jako, że sama od lat zmagam się z alergią, cieszyłam się zwłaszcza na tę drugą możliwość. Tak jak się spodziewałam, testy potwierdziły, że mam uczulenie na prawie wszystko co się da. Generalnie, największą korzyścią z bloku, była dla mnie darmowa i bezkolejkowa konsultacja alergologiczna, której potrzebowałam już od dawna. Na zakończenie było zaliczenie, które od lat wygląda tak samo, a mimo tego, średnio zdaje je w pierwszym podejściu ok. 5 osób na grupę. Profesor K. ma stałe 18 opisów przypadków, z których w sposób losowy wybiera 3. Teoretycznie każdy wie co trzeba napisać, żeby zdać, ale niestety tylko jedna z asystentek sprawdza w sposób na tyle wyrozumiały, że dopuszcza zrobienie błędu. Pozostała dwójka, w tym profesor, oblewają każdego kto zrobi choć jeden drobny błąd. Trzeba przyznać, że Profesor jest przynajmniej na tyle uczciwy, że już przed zaliczeniem zapowiada, że prawdopodobnie spotkamy się w dużym gronie na poprawie. Czego nie mówi, ale wszyscy wiedzą, to fakt, że dla niego jest to po prostu sposób na przedłużenie naszych zajęć o jedno spotkanie, które nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek poprawianiem testu. Moja grupa nie była wyjątkiem, mimo że każdy wiedział na co zwracać uwagę i o czym koniecznie pamiętać, zdało 5 czy 6 osób, a w mailu z wynikami dostałam informację, że profesor zaprasza na obowiązkową "poprawę" wszystkich, którzy nie zdali, ale ci którym się udało też są mile widziani :P Jako, że należałam do większości, która nie miała wyboru, stawiłam się w ustalonym terminie, tylko po to, żeby usłyszeć m.in. że generalnie bardzo ładnie nam poszło, lepiej niż poprzedniej grupie i, że są nawet osoby, które dostały 4,5, no ale przecież szkoda by było przepuścić okazje do spotkania, więc takich też oblał. Taaak, to wiele wyjaśnia. Zaliczenie, poza częścią na ocenę, składało się także z 10 pytań zamkniętych, które sprawdzały naszą wiedzę z pierwszego seminarium i ogólną umiejętność wyciągania wniosków, dedukcji itp. Załapałam się na pochwałę, razem z 2 innymi osobami, za zdobycie najwyższej ilości punktów :D
Gdybym miała podsumować cały blok , powiedziałabym, że choć trochę upierdliwy, to był "niegroźny" i relatywnie przydatny, zwłaszcza dla osoby, zmagającej się z alergią. Pozostali pewnie bardziej się wynudzili, ale nikt nie wymagał od nas specjalistycznej wiedzy, tylko takie bardziej życiowej. Dowiedzieliśmy się jak radzić sobie w przypadku anafilaksji i jak postępować w najczęstszych postaciach alergii, a z tym, jak wspomniałam na początku wpisu, każdy w jakiejś formie miał, ma lub będzie miał do czynienia. Uważam, że to trochę tak jak z laryngologią czy medycyną rodzinną, nie każdy z nas zdecyduje się na taką specjalizację, ale dotyczy ona na tyle powszechnie występujących problemów, że warto mieć podstawową wiedzę, choćby na własny użytek :)

piątek, 2 lutego 2018

Otolaryngologia, czyli wszystkiego po trochu.

Jak już wspomniałam w poprzednim wpisie, po medycynie sądowej, która od dawna znajdowała się w kręgu moich zainteresowań, czekała mnie otolaryngologia. Dotychczas, miałam z nią do czynienia tylko raz, gdy w wieku 5 czy 6 lat musiałam mieć "wycięte migdałki", także jednynym obrazem, który przychodził mi na myśl, gdy o niej myślałam, były zakatarzone, zaryczane dzieci, płukannie uszu i niezbyt przyjemne usuwanie migdałków, po którym przez całą wieczność nie mogłam nic jeść. Przed rozpoczęciem zajęć nastawiłam się długie, nudne seminaria i podpieranie ścian na ćwiczeniach i w poradni. Na szczęście, już po raz kolejny w tym roku, zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona. Zajęcia były naprawdę ciekawe, na wszystkich seminariach (poza jednym, ale to wyjątek, potwierdzający regułę), z zainteresowaniem słuchałam i notowałam. W trakcie części praktycznej miliśmy okazję poznać wszystkie aspekty tej specjalizacji.
Oczy, uszy, nos, gardło, krtań, izba przyjęć, poradnia audiologiczna, oddział, blok operacyjny. Od najprostszych procedur płukania uszu, przez wielogodzinne zabiegi usuwania krtani, po ratujące życie pilne konikotomie i trachestomie, otolaryngologia to szalenie zróżnicowane dziedzina.
Pierwszego dnia poszliśmy na blok operacyjny. Choć wiedziałam, że jest to dziedzina dużo bardziej zabiegowa niż można by się spodziewać, to i tak zaskoczyła mnie ilość przeprowadzanych codziennie procedur. Okazuje się, że usuwanie przerośniętych migdałków to tylko niewielki ułamek całości. Lekarka, która miała nas pod opieką zajmuje się głównie zatokami, więc trafiliśmy na resekcję polipa zatoki szczękowej. Choć jak zawsze byłam szczęśliwa, że mogę posiedzieć na bloku, to problem z zabiegami larongologicznymi jest taki, że prowadzone są one na bardzo drobnych strukturach, na ogół z użyciem sztywnych endoskopów, więc stojąc z boku trudno jest cokolwiek zobaczyć. Pani doktor starała się jak mogła, żeby nam to umożliwić, ale nie było łatwo. Podobno normalnie jest dostępny tor wizyjny, dzięki któremu, tak jak w przypadku laparoskopii, można po prostu oglądać to co się dzieje na ekranie, ale niestety w czasie trwania naszych zajęć akurat był w naprawie. Kolejnego dnia nauczyliśmy się przeprowadzać podstawowe badanie laryngologiczne, innym razem mogliśmy zbadać sobie nawzajem uszy za pomocą wziernika, otoskopu, a na koniec mikro(oto)skopu. Jedne z zajęć prowadziła audiolog, z którą nauczyliśmy się badać słuch, a później mogliśmy przećwiczyć na samych sobie. Nna jeszcze innych znów poszliśmy na blok, tym razem na operację resekcji guza krtani za pomącą lasera Gamma Knife. To co najbardziej podobało mi się w tych zajęciach to zaangażowanie prowadzących. Generalnie jestem pozytywnie zaskoczona jak fajne podejście do studentów mają lekarze w naszych szpitalach. Nie wiem czy jest to reguła, czy może moja grupa ma szczęście i dobrze trafia, ale atmosfera jest nieporównywanlnie lepsza niż na większości zajęć przedklinicznych. Chyba po prostu traktują nas bardziej na równi, jak przyszłych lekarzy, a nie dzieciaczki, które dopiero zaczynają studia i nic nie wiedzą(mimo, że nadal niewiele wiemy). Mam wrażenie, że duże znaczenie ma także wiek prowadzących i to czy są klinicystami czy nie, rezydenci, choć zawaleni pracą są naprawdę przyjaźnie nastawieni, starzy profesorowie, szefowie oddziałów na ogół też, najgorsza chyba jest grupa niespełnionych, wypalonych zawodowo docentów koło 50-tki, chociaż to też nie reguła :P
Na zakończenie przedmiotu miało być zaliczenie praktyczne, a egzamin, z niewiadomych powodów, jest dopiero w czerwcu, co jest zupełnie bez sensu... Nam trafiła się młoda pani doktor, która miała własnie dyżur na izbie przyjęć. Posiedzieliśmy tam z nią, pobadalismy pacjentów, a jak przyszło do odpytywania nas, to zadała koleżance pytanie "No, to o czym umie Pani najlepiej?", po czym ledwo ta zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, już pojawili się kolejni pacjenci, a potem nagle wszystkim zaczęło się przypominać, że przecież to ostatnie zajęcia, więc trzeba dopytać o własne dolegliwości, więc rezydentka zamiast pacjentów, badała i diagnozowała nas :D Ostatecznie skończyło się tak, że już miała nas puścić zupełnie bez odpytwaniay, ale dla przyzwoitości koleżanki z grupy same stwierdziły, że możemy coś poopowiadać. Na naszą sugestię, że może powiemy coś o zawrotach głowy, dostałyśmy pełne niedowierzania spojrzenie z pytaniem "Naprawdę lubicie o tym mówić? Ja nie cierpię.". Stanęło na tym, że dwie koleżanki zaprezentowały próby stroikowe i poszłyśmy do domu. Pozostałe grupy musiały się trochę bardziej wysilić, ale wszyscy zaliczyli.
Mimo, że sprawdzenia wiedzy jako takiego nie miałyśmy, to osobiście bardzo dużo wyniosłam z tych zajęć. Nawet jak byłam niewyspana i seminaria mi się dłużyły, to udawało mi się w skupieniu słuchać. Tym bardziej wolałabym mieć egzamin od razu, ale myślę, że kwestia powtórzenia materiału w czerwcu nie będzie specjalnie czasochłonna, a są to zagadnienia, które, choć jako przyszłemu chirurgowi pewnie mi się nie przydadzą, to warto znać. Jak to ładnie ujęła Pani audiolog "nie wszyscy będziecie lekarzami rodzinnymi, ale wszyscy będziecie lekarzami swoich rodzin". :)

Tak długo się zbierałam do wpisu, że zdążyłam skończyć kolejny blok, alergologię, ale o niej później.

piątek, 19 stycznia 2018

Trupy, narkotyki i materiał dowodowy, czyli całkiem ciekawy początek nowego roku.

Dzisiejszy tytuł, niczym z opisu serialu kryminalnego, to zasługa zakończonych niedawno dwóch bloków, z medycyny sądowej i toksykologii. Gdyby ktoś postanowił przejrzeć zakładki/ulubione strony w mojej przeglądarce, cofając się do czasów gimnazjum i liceum, znalazłby takie adresy jak Archiwum Medycyny Sądowej i Kryminologii, Forensic Medicine for Medical Students, Kryminalistyka i Medycyna Sądowa i wiele podobny. Ba, jest ich na tyle dużo, że mam nawet utworzony dla nich osobny folder. Nie trudno więc zgadnąć, że temat interesował mnie już dawno. Jeśli dobrze pamętam, wszystko zaczęło za sprawą książek antropolog klinicznej, Kathy Reichs, które namiętnie czytałam w drugiej czy trzeciej klasie gimnazjum. Jeśli ktoś nie zna autorki, a lubi powieści detektywistyczno-kryminalne to bardzo polecam. To właśnie w oparciu o nie, powstał serial "Bones". Tak naprawdę, poza imieniem, nazwiskiem i zawodem głównej bohaterki (takim samym jak autorki), nie ma on nic wspólnego z książkami, ale to dzięki niemu udało mi się na nie trafić. Gdy zaczynałam, seria składała się z 14 części, z czego po polsku dostępnych było pierwsze 11. Były tak wciągające, że uwinęłam się z nimi w miesiąc, po czym zabrałam się za szukanie innych autorów, piszących o podobnej tematyce, z pogranicza medycyny sądowej i kryminologii. W ten sposób, przez moje ręce przewinęły się powieści Tess Gerritsen, Simona Becketta, Patricii Cornwell i wielu innych świetnych twórców, a także kilka książek popularno-naukowych, między innymi "Godzina detektywów" Jurgena Thorwalda, opowiadająca o rozwoju medycyny sądowej.
No, ale wracając do moich tegorocznych zajęć, ponieważ z relacji kilku grup, które miały ten blok przede mną, wynikały dość sprzeczne informacje, postanowiłam nie nastawiać się ani zbyt optymistycznie, ani negatywnie. Na szczęście, zajęcia okazały się naprawdę ciekawe, może poza jednym seminarium, które w normalnych okolicznościach by mi się podobało, ale byłam tego dnia wyjątkowo niewyspana, plus większość zdjęć i ciekawostek z miejsc zbrodni, które prowadzący omawiał, miałam już okazję widzieć i słyszeć na zeszłorocznym spotkaniu w ramach projektu IFMSA "Poznaj Swoją Specjalizację". Na zajęciach praktycznych mieliśmy okazję pobawić się w genetyków sądowych, w techników badających przedmioty z miejsca zbrodni, a także wziąć udział w obdukcji sądowo-lekarskiej i w sekcji zwłok. Gdyby nie obowiązująca mnie tajemnica lekarska, chętnie napisałabym więcej o pacjencie, którego badaliśmy, ponieważ jego historia brzmiała niczym z filmu i niestety była tym bardziej przykra, że dotyczyła brutalności policji.
Sekcja zwłok choć nie była moją pierwszą, bo w zeszłym uczestniczyłam w dwóch w ramach zajęć z patomorfologii, to zdecydowanie najciekawszą. Przede wszystkim dlatego, że dostałam skalpel do ręki i mogłam sama rozkroić zwłoki i otworzyć klatkę piersiową i pomóc w wypreparowaniu narządów jamy brzusznej. Szkoda, że niemieliśmy więcej czasu, bo chętnie powtórzyłabym sobie w ten sposób anatomię. Przypadek nie był zbyt tajemniczy, ponieważ pacjent wyskoczył z budynku i jego obrażenia nie pozostawiały co do tego wątpliwości, ale i tak, choć zabrzmi to pewnie dość makabrycznie, bardzo mi się podobało. Poważnie rozważam wybranie się tam w jakieś wolny dzień, ale w pierwszej kolejności czekają mnie dyżury chirurgiczne i zaległe zajęcia z rodzinnej, więc nie wiem czy mi się to uda w tym roku. Osobiście uważam, że dużym plusem zajęć był nacisk, jaki prowadzacy kładli na podkreślenie istotnych dla przyszłego lekarza zapisów prawnych (mieliśmy nawet zajęcia z prawnikiem) i różnic w stosowaniu i rozumieniu pewnych terminów przez lekarzy i prawników. Choć może brzmieć to dośc nudno, ma realne przełożenie na późniejsza pracę, bo niejednokrotnie lekarze są wzywani do sądu, tylko dlatego, że ich zapisy w historii choroby pacjenta, z punktu widzenia sądu, znaczą zupełnie coś innego niż lekarz miał tak naprawdę na myśli. Dobrym przykładem jest wyrażenie "nie można wykluczyć", które dla lekarza najczęściej oznacza tyle, że choć nic na to nie wskazuje, to jednak nie ma żadnych śladów, które pozwoliłyby w 100% wykluczyć p np. w śmierci paewien scenariusz, np. udział innej osoby w śmierci pacjenta. W nomenklaturze prawniczej, oznacza to natomiast, że są przesłanki do tego, by sądzić, że udział takiej dodatkowej osoby miał miejsce. Jest to podobno częsta przyczyna przeprowadzania zupełnie niepotrzebnych sekcji zwłok. Innym przykładem jest niewłaściwe opisywanie obrażeń działa w trakcie obdukcji, powszechnym błędem jest pisanie "krwiak okularowy", gdy w rzeczywistości pacjent ma po prostu rozległego sińca okolicy oczodołu. Nie jest to bez znaczenia, ponieważ krwiaka traktuje się jako uszkodzenie ciała, naruszające funkcję narządu na okres dłuższy niż 7dni, a siniec poniżej, co zmienia kwalifikację czynu i podchodzi to pod inny punkt Kodeksu Karnego, oraz jest inaczej traktowane przez ubezpieczyciela. Nagminne jest także mylenie określeń "śmierć gwałtowna", czyli występująca w wyniku urazu zewnętrznego i "śmierć nagła", która po prostu następuje szybko. Już samo słowo "uraz" rodzi problemy, gdyż często wpisywane jest jako diagnoza i powód przyjęcia/obserwacji pacjenta. Intuicyjnie wydaje się to poprawne, jednak w rzeczywistości znaczy tyle co np.: "uderzenie młotkiem". Zamist pisać "uraz głowy" powinno się wpisać "podejrzenie krwiaka podtwardówkowego", zamiast "uraz brzucha" na przykład "podejrzenie pęknięcia śledziony". To wszystko może się wydawać niepotrzebnym czepianiem o szczegóły, ale w przypadku spraw o odszkodowania, błędy lekarskie czy karnych ma ogromne znaczenie, a lekarz nigdy nie wie czy za 2 lata nie dostanie wezwania dotyczącego sprawy, której już dawno nie pamięta.
W ostatni dzień zajęć mieliśmy egzamin, który nie stanowił dla nikogo problemu, więc chociaż nie otrzymaliśmy jeszcze wyników, to obstawiam, że oceny będą całkiem ładne. Problemem było tylko to, że polskie prawo jest niestety nieprecyzyjne, więc w niektórych pytaniach, dotyczących kwalifikacji czynu, trudno było zaznaczyć prawidłową odpowiedź, bo nawet wśród praktykujących lekarzy medycyny sądowej nie ma w tej sprawie konsensusu.

Drugi blok, toksykologia, był z miejsca na straconej pozycji, z dwóch powodów. Po pierwsze, zajęcia były popołudniu, więc wszyscy byli już zmęczeni, a po drugie, w dzisiejszych czasach, najczęstszą pryczyną hospitalizacji na oddziale toksykologii są zatrucia lekami, a my nie mieliśmy jeszcze bloku z farmakologii, a z zeszłorocznych zajęć raczej niewiele pamiętaliśmy. Zanim zmieniono program studiów, przedmiot ten był na późniejszych latach, co miało jednak trochę więcej sensu.
Seminaria były niestety mało ciekawe, może poza jednym, dotyczącym narkotyków, jako że moja wiedza w tym temacie była zerowa, a kreatywność ludzka najwyraźniej nie zna granic. Nudne prezentacje, w  połączeniu z ciemną, duszną salą, tworzyły baaaaardzo senną atmosferę. Ćwiczenia też nie porywały, wyjątek stanowiło wyjście do Ośrodka Leczenia Uzależnień, w którym mogliśmy porozmawiać z pacjentem, będącym na terapii metadonowej, w ramach wychodzenia z uzależnienia od opioidowych leków przeciwbólowych. Jeśli miałabym wskazać najważniejszą rzecz, którą na pewno zapamiętam z tego bloku, to żeby naprawdę ostrożnie wypisywać recepty na tego typu leki, bo pacjent był niestety świetnym przykładem tego z jaką łatwością lekarze je wystawiają, nie zadając zbyt wielu pytań. Blok kończył się krótkim zaliczeniem, które z łatwością wszyscy zdali.

Obecnie jestem w trakcie bloku z otolaryngologii, który, niespodzianka, jest naprawdę ciekawy. Mam wrażenie, że po 3 latach przedmiotów przedklinicznych i zeszłorocznej nudnej interny i dermatologii, w tym roku jestem cały czas pozytywnie zaskakiwana tym jak ciekawe mogą być poszczególne specjalizacje i jak chętni są prowadzący, żeby rzeczywiście nas czegoś nauczyć i jak najwięcej nam pokazać. Może jak zwykle mam szczęście i dobrze trafiam, a bloki, na których studenci podpierają ściany dopiero przede mną, ale póki co, jedyne na co pozostaje mi narzekać to wstawanie na zajęcia na 8 rano. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się przestawić na bardziej dzienny tryb życia, albo chyba już nie w tym roku. Imprezy w środku tygodnia nie pomagają, ale studentem jest się tylko raz, na ogół :P

sobota, 30 grudnia 2017

Bardziej zabiegowo niż się spodziewałam, czyli gastroenterologia na zakończenie roku.

Naszym ostatnim blokiem przed przerwą świąteczną była gastroenterologia. Jest to tak naprawdę część bloku z interny, więc spodziewałam się kolejnych dwóch tygodni zbierania wywiadów i badań przedmiotowych. Na szczęście, okazało się, że jest to specjalizacja znacznie bardziej zabiegowa niż myślałam. Po pierwszym seminarium zostaliśmy przydzieleni do różnych asystentów, mojej szóstce się poszczęściło, ponieważ zajął się nami docent B. Już wcześniej słyszałam o nim wiele pozytywnych opinii, które okazałay się jak najbardziej trafne. Pan doktor jest doskonałym endoskopistą i zajmuje się głównie zabiegowym aspektem gastroentereologii, dzięki czemu już na pierwszych zajęciach mieliśmy okazję zobaczyć procedurę leczenia achalazji przełyku metodą POEM (ang.peroral endoscopic miotomy). Polega ona na rozcięciu mięśniówki przełyku z dostępu gastroskopowego, bez konieczności otwirania klatki piersiowej jak w klasycznej miotomii. Inną procedurą, którą mieliśmy okazję oglądać kilkukrotnie było ECPW. Endoskopowa cholangiopankreatografia wsteczna to badanie endoskopowo-radiologiczne dróg żółciowych i trzustki, umożliwiające interwencję w postaci usuwania kamieni żółciowych i wprowadzania balonów oraz stentów, poszerzających zwężenia. Ze względu na inwazyjność i ryzyko powikłań, nie stosuje się go jako rutynowe badanie diagnostyczne, a jedynie gdy z dużym prawdopodobieństwem podejrzewa się konieczność interwencji. Widzieliśmy także usuwanie polipów jelita grubego i innych guzów nowotworowych w pozostałych odcinkach przewodu pokarmowego. Oczywiście nie wszystkie zajęcia były takie ciekawe, sporą część ćwiczeń spędziliśmy na rozmowach z pacjentami. Większość z nich była hospitalizowana z powodu bólów brzucha, zażółcenia skóry i błon śluzowych, w celu diagnostyki w kierunku żółtaczki cholestatycznej (spowodowanej zablokowaniem dróg żółciowych), ale zdarzały się także ciekawsze przypadki. Seminaria, które poza pierwszym, odbywały się po ćwiczeniach, w ciemnej i zbyt dusznej sali, bywały trudne do wysiedzenia, mimo że tematyka była dość ciekawa. Starałam się pokonać senność i słuchać, bo nawet pomijając kwestię testu, który czekał nas na koniec bloku, uważam, że zagadnienia te były ważne. Nie tylko dla przyszłych internistów/gastroenterologów, ale także chirurgów ogólnych i każdego lekarza, któremu przyjdzie kiedykolwiek dyżurować na SORze, a powiedzmy sobie szczerze, mało który z rezydentów tego nie doświadczy. Ostry brzuch to jedna z najczęstszych dolegliwości, z którymi ludzie się tam zjawiają, a przewlekłe zapalenie trzustki to norma u alkoholików, których niestety można tam spotkać w sporych ilościach.
Na szczęście Zakład był bardzo przyjazny studentom i w ramach świątecznego prezentu, test końcowy, mimo że trzeba było mieć z niego 75%, zdali wszyscy. Nie robili także problemów z odrabaniem nieobecności i całe szczęście, bo tak się złożyło, że opuściłam prawie 3 dni. Najpierw nie było mnie, bo jechałam na zawody w szyciu chirurgicznym, później opuściłam zajęcia ze względu na warsztaty z medycyny taktycznej (z obu wydarzeń miałam zwolnienia dziekańskie, ale niestety mają one już teraz równie zerową wartość jak zwolnienia lekarskie, wszystko zależy od prowadzących zajęcia), a na koniec złapało mnie zatrucie pokarmowe i choć przyszłam na ćwiczenia, to profesor sam kazał mi wracać do domu, tak źle wyglądałam.

Tegoroczne Mistrzostwa Szycia Chirurgicznego były pierwszym takim wydarzeniem w Polsce, zorganizowanym przez Wydział Lekarski Uniwersytetu Zielonogórskiego, przy współpracy z lekarzami z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Inicjatywa okazała się naprawdę udanym pomysłem, więc jestem przekonana, że czekają nas kolejne edycje. W pierwszy dzień odbyła się część wykładowa, w trakcie której przypomniano wszystkim podstawy szycia, odtworzono filmiki instruktażowe, pokazujące metody zakładania obowiązujących nas szwów, a także opowiedziano o metodach zespoleń jelitowych i nowych hemostatykach miejscowych, przydatnych na bloku operacyjnym.


Bardzo nieprofesjonalne, ale takie prawdziwe :P
Wieczorem nie obyło się bez integracji, co ułatwił fakt, że większośc ekip nocowała w tym samym internacie.
Drugi dzień rozpoczęły dwa krótkie wykłady sponsorów (na które mało kto wstał :P) o nowoczesnych materiałach szewnych, a następnie rozpoczęły się zawody. Łącznie, w rywalizacji wzięło udział 18 czteroosobowych drużyn. Mieliśmy 1,5h na wykonanie określonch zespoleń i zaopatrzenie ran konkretnymi szwami. Poza aspektem technicznym, oceniane było prawidłowe dobranie rodzaju igły i grubości nici oraz estetyka wykonania.

Na podium stanęły dwie drużyni gospodarzy, a pomiędzy nimi, na drugim miejscu, uplasował się zespół z Lublina (który był chyba najbardziej rozrywkową grupą poprzedniego wieczoru) :D Takie wyniki nikogo nie zdziwiły, bo studenci z Zielonej Góry byli po prostu najlepiej przygotowania i wiedzieli na co muszą zwracać uwagę i jakich błędów unikać.

Photo credit: zielonagora.wyborcza.pl
Choć nie dostalismy pełnej, oficjalnej listy wyników, wiem, że moja ekipa uplasowała się mniej więcej w połowie stawki. Biorąc pod uwagę niewielką ilość czasu, jaką poświęciłyśmy na przygotowania, wszystkie byłyśmy zadowolone i jednogłoścnie zadecydowałyśmy, że za rok na pewno znów sie wybierzemy, bo to świetne doświadczenie i dobra motywacja do ćwiczenia szycia :)

Warsztaty z medycyny taktycznej to dla odmiany inicjatywa mojej uczelni. Zostały one zrealizowane już drugi rok z rzędu, przez Koło Rarunkowe przy wsparciu finansowym z UE. Całość trwała przeszło 8 godzin, ale moim zdaniem to i tak za mało, bo wyraźnie było czuć presję czasu podczas poszczególnych zadań. Wszyscy uczestnicy, wśród któych, oprócz studentów medycyny, byli także reprezentanci innych kierunków, oraz policjanci z patroli interwencyjnych i Samodzielnego Pododziału Antyterrorystycznego Policji, zostali podzieleni na trzy grupy. Na poszczególnych stacjach, mieliśmy okazję nauczyć sie zakładania opasek uciskowych (zarówno dedykowanych jak i prowizorycznych) licznych zastosowań tzw. "opatrunku izraelskiego", zaopatrywania głębokich ran za pomocą "wound packingu" i z wykorzystaniem środków hemostatycznych, a także poćwiczylismy udrażnianie i zabezpieczanie dróg oddechowych przy pomocy masek krtaniowych, rurek nosowo-gardłowych i ustno-krtaniowych.

Wound packing. photo credit: B.Miazgowski

Po przerwie obiadowej posłuchaliśmy o zasadach triage'u (segregacji poszkodowanych, stosowanej w przypadku zdarzeń masowych), a na zakończenie przeprowadzona została pozoracja w podziemiach naszego Rektoratu :D Nie obyło się bez sztucznej krwi, sztucznych ran i dużej ilości sztucznego dymu.

photo credit: B.Miazgowski
Ktoś mógłby powiedzieć, że kiepski ze mnie student, biorąc pod uwagę jak często opuszczam zajęcia, ale uważam, że na wpół przespane seminaria i setny wywiad z pacjentem nie dadzą mi tyle, co praktyczne umiejętności, które zdobywam dzięki tym wszystkim kursom, warsztatom i szkoleniom. Nie mówiąc juz o tym jak ładnie te wszystkie certyfikaty będą wyglądały w moim CV :P Oczywiście trochę żartuję, chociaż czy na pewno? W Polsce mało kto zwraca uwagę na tego typu rzeczy, ale daleko nie szukając, wystarczy przekroczyć naszą zachodnią granicę i nagle okazuje się, że oceny ocenami, ale to aktywność dodatkowa jest tym, co cenią uniwersytety i potencjalni pracodawcy :)

To już ostatni wpis w tym roku, jestem przekonana, że kolejny przyniesie równie dużo możliwości, ciekawych konferencji i warsztatów, szalonych imprez tanecznych, wyjazdów, nieplanowanych wypadów ze znajomymi, czyli tego wszystkiego, co powoduje, że uwielbiam te studia :D

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Katar, kaszel i milion recept, czyli codzienność u lekarza rodzinnego.

Medycyna rodzinna, specjalizacja z drugą, po chorobach wewnętrznych, największą liczbą przyznawanych miejsc rezydenckich. Dla jednych wymarzona, umożliwiająca regularny kontakt z tymi samymi pacjentami, często przez lata, a do tego pracę w uporządkowanym trybie po 5-8h dziennie, bez dyżurów i niespodziewanych telefonów. Dla innych coś, w czym nigdy nie potrafiliby sobie siebie wyobrazić. Nie trudno zgadnąć do której kategorii należę :P Zajęcia tylko potwierdziły to, co wiedziałam intuicyjnie od samego początku, a miałam okazję zweryfikować w czasie dwutygodniowych praktyk po 2 roku. Spędzanie całego dnia za biurkiem, osłuchiwanie zapaleń oskrzeli, zaglądanie dzieciom w gardła, wypisywanie miliona recept i zwolnień lekarskich z powodu katarku, to nie dla mnie. O ironio, sama siedziałam na zajęciach mimo choroby, na ibuprofenie, żeby zbić gorączkę z nocy, przekraczającą 39*C. No, ale cóż, w planie studiów nikt nie przewidział czasu na ewentualne choroby, student medycyny ma być zawsze zdrowy i tyle. Już pomijając kwestie mojego zdrowia, jest to strasznie głupie z punktu widzenia odpowiedzialności za pacjentów, z którymi mamy do czynienia. Tylko co zrobić jak szefowa zakładu mówi, że owszem, można opuścić zajęcia, ale trzeba przyjść i odrobić je z inną grupą? Przyszłabym, ale jest to niewykonalne, bo mamy tak gęsto ułożone bloki, że w trakcie zajęć innych grup zawsze mamy inne zajęcia. Nie każdy zakład jest taki problematyczny, większość przymyka oko jeśli ktoś upuści jedne zajęcia i ma sensowne uzasadnienie, ewetualnie każą odpowiedzieć z danego materiału u asystenta prowadzącego, który na ogół daje podpis "na ładny uśmiech", niestety nasi lekarze rodzinni mają inne zdanie. Także, spędziłam ten krótki blok siedząc z tyłu gabinetu, kaszląc gorzej niż niejeden pacjent i odliczając dni do końca. Zajęcia były długie i nudne, a jakby tego wszystkiego było mało, okazało się, że egzamin będziemy mieli dopiero w czerwcu i mimo prób negocjacji, szefowa nie zgodziła się na zrobienie go we wcześniejszym terminie. Najbardziej rozwaliło mnie uzasadnienie odmowy, kiedy zaproponowaliśmy, żeby zorganizowali dwa terminy zaliczenia, jeden zimą, dla grup kończących przedmiot w pierwszej części roku akadamickiego, a drugi przed wakacjami dla pozostałych. Pani Doktor stwierdziła, że nie ma mowy, bo... im się nie chce układać dwóch zestawów pytań. Nie ukrywam, nie polubiłam się z tym zakładem.
Ostatecznie, jak już wspomniałam w poprzednim wpisie, mam jeszcze do odrobienia wizyty w poradnii, bo choroba 2 razy mnie pokonała i nie udało mi się wstać na zajęcia.
Z przyjemnych rzeczy, jak już udało mi się podleczyć, wybrałam się na kolejny dyżur na chirurgię. Profesor S. jak zawsz wprowadził luźną, wesołą atmosferę, opowiadając plotki i anegdotki, więc co prawda nie miałam okazji asystować do żadnego zabiegu, bo miała to już obiecana koleżanka z 6 roku, to i tak 6h, które tam spędziłam minęło niewyobrażalnie szybko. Gdybym nie planowała wyjazdu za granicę, poważnie rozważałabym zrobienie tam specjalizacji, bo poza fajną atmosferą, profesor S. ma świetne podejście jeśli chodzi o kształcenie. I nie mówię tylko o dopuszczaniu studentów do asysty, żeby trzymali haki, co robi wielu lekarzy, ale o pozwalaniu na znacznie więcej.

Ostatnim blokiem przed Świętami była gastroenterologia, o której będzie kolejny wpis. Przy okazji napiszę parę słów o Mistrzostwach Szycia Chirurgicznego i warsztatach medycyny taktycznej :D

niedziela, 17 grudnia 2017

Co wspólnego ma gen BRCA1 i Angelina Jolie, czyli genetyka, badania naukowe, a klinika.

Pamiętam, że będąc w gimnazjum i liceum bardzo lubiłam genetykę. Wśród nudnych lekcji biologii, o cyklach rozwojowych mchów i grzybów, rysowanie rodowodów i określanie szans na odziedziczenie konkretnej cechy czy choroby, było świetną rozrywką. Generalnie, wszystko co wiązało się z nauką o człowieku i choćby w najmniejszym stopniu zahaczało o medycynę, stanowiło wyczekiwaną odskocznię od innych, zupełnie nieinteresujących mnie tamtów. Gdy poszłam na studia, genetyka zaczęła kojarzyć mi się już głównie z nienajłatwiejszymi do zapamiętania nazwami genów, zwiększających ryzyko nowotworów. Przede wszystkim, ze znanym każdemu studentowi mojej uczelni, genem BRCA1. Skąd taka "popularność" akurat tego genu? No cóż, kto nie lubi chwalić się swoimi osiągnięciami, a tak się złożyło, że to właśnie za sprawą ekipy naukowców z mojego uniwersytetu, gen ten został zidentyfikowany jako odpowiedzialny za zwiększone ryzyko rodzinnego występowania raka piersi i jajnika. Profsor L. ze swoim zespołem zidentyfikował 3 mutacje, które stanowią teraz podstawę badania genetycznego wśród osób z tak zwanym "obciążeniem genetycznym". Wyjaśniając tytuł wpisu, już jakiś czas temu, w mediach i na portalach plotkarskich, było głośno o tym, że Angelina Jolie, u której wykryto obecność mutacji w genie BRCA1, dokonała profilaktycznej mastektomii i przygotowywała się do profilaktycznej anexektomii (zabieg usunięcia jajników). Choć normalnie nie śledzę tego typu sensacji, to przewinęło mi się przed oczami kilka artykułów i komentarzy, w któych niektórzy podważali zasadność takiego postępowania. Czy był to rzeczywiście kaprys gwiazdy czy uzasadniona medycznie decyzja? Po bloku z genetykii klinicznej, który niedawno skończyłam, mogę odpowiedzieć, że w 100% uzasadniona decyzja. Jak dowiedziałam się, na niezbyt pasjonującej seminarce z Panem Profesorem (na jego usprawiedliwienie napiszę, że nie sądzę, żeby dało się na temat statystyki mówić w sposób, który uznałabym za ciekawy), wzrost ryzyka raka piersi u kobiet obciążonych mutacją może sięgać 80%, w Polsce średnia jest trochę niższa i wynosi 66%. Ryzyko raka jajnika jest mniejsze, ale nadal oscyluje w granicach 40%. Przy takich danych, nie trudno się dziwić, że kobiety decydują się na, jak na razie jedyną dostępną, radykalną metodę zapobiegania rozwojowi tych nowotworów. 
Wśród innych zagadnień, o których mieliśmy okazję posłuchać w trakcie bloku były wady wrodzone, zespoły wynikające z abberacji chromosomowych, w tym najczęściej występujące trisomie, a także choroby dziedziczonych monogenowo w tradycyjny, Mendlowski sposób (to ta część genetyki, o której uczą w liceum). Niektóre zajęcia były naprawdę ciekawe, inne znacznie mniej, ale caly blok oceniam pozytywnie. Fakt, że prowadzacy puszczali nas z zajęć ok. 11:30, zamiast trzymać nas na siłę, gdy już i tak nie było pacjentów w poradni, na pewno pomagał. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to zbyt duża ilośc nowych informacji w zbyt krótkim czasie, ale to akurat nic nowego, od czasu jak skrócili nam studia, wiele przedmiotów tak wygląda. Późniejsze przywrócenie trybu 6-letniego niewiele zmieniło. 
Wiem, że nie mogłabym zostać genetykiem. Siedzenie, rysowanie rodowodów i wypisywanie skierowań na badania znudziło mnie po pierwszym dniu zajęć, ale na pewno jest to bardzo przyszłościowa dziedzina medycyny, co tylko potwierdza artykuł z transplantologii, który ostatnio czytałam. Akurat tak się złożyło, że w trakcie trwania bloku mieliśmy także fakultet z Profesorem L. W ramach zaliczenia, musieliśmy przetłumaczyć i opracować wskazany artykuł naukowy i przedstawić go reszcie roku. Moja grupa trafiła na pracę na temat genetycznego podłoża przewlekłego odrzucania przeszczepu nerek. Temat jest naprawdę ciekawy i bardzo ważny, ale zupełnie nie w moim "klimacie". Mogę w przyszłości stanąć za stołem operacyjnym i przeszczepiać nerki, ale tego typu badania zostawię pasjonatom :P
Egzamin z genetyki był prościutki, więc kolejna ładna ocena do tegorocznej kolekcji, ale przyjdzie farmakologia to skończą się dobre czasy...
Kolejnym blokiem, który rozpoczęliśmy po genetyce, była medycyna rodzinna, ale o niej napiszę w następnym wpisie. Choć sam blok teoretycznie już się skończył, to mnie niestety czeka jeszcze kilka wizyt w Poradni.

wtorek, 21 listopada 2017

Oglądanie obrazków i trenażery, czyli radiologia, kurs laparoskopowy i pierwszy egzamin za mną.

W czwartek skończyłam kolejny blok, tym razem radiologię, a dokładniej diagnostykę obrazową i interwencyjną. Mimo, że M., która miała ten blok przede mną, bardzo go zachwalała, ja byłam nastawiona dość sceptycznie. Spodziewałam się, że będę umierać z nudów, słuchając o fizyce, działaniu rezonansów i tomografów, czy oglądając niewiele mi mówiące obrazy. Okazało się, że M. miała w 100% rację, przedmiot jest rewelacyjnie prowadzony, zajęcia są ciekawe, a prowadzący, może poza jednym wyjatkiem, potrafią w fajny sposób przekazać wszystkie najważniejsze informacje. Jasne, zdarzało mi się walczyć ze snem w trakcie seminarek, mimo wypicia dwóch kaw, ale wynikało to po prostu z niewystarczającej ilości snu. To juz kolejny blok w tym roku, na którym w końcu, po 3 latach wkuwania pierdół i mało istotnych szczegółów, mam poczucie, że asystenci wymagają od nas przydatnej wiedzy, na adekwatnym dla nas poziomie. Na mnie działa to naprawdę motywująco, dużo bardziej, niż robienie wejściówek, na których pytania dotyczą tekstów, napisanych małym druczkiem pod wykresami. Dzięki temu, mimo że nikt nie sprawdzał tego, czy uczymy się na bieżąco, zdarzało mi się doczytywać coś dla samej siebie. W połączeniu z uważnym słuchaniem na zajęciach, sprawiło to, że nauka do egzaminu była tylko kwestią szybkiej powtórki. Dużym ułatwieniem był także fakt, że Zakład publikuje na swojej stronie listę pytań, wymaganych na egzaminie, a zaliczenie jest ustne, co w moim przypadku, stanowi najlepszą możliwą formę, zwłaszcza z przedmiotu, który mnie zainteresował. Do tego wszystkiego, Pani Profesor ocenia naprawdę łagodnie, traktując nas jak na studentów/potencjalnych lekarzy innych specjalizacji przystało. Mamy znać podstawy, niezbędne do naszej przyszłej pracy, ale wiadomo, że jeśli ktoś postanowi zostać radiologiem bądź wykonywać badania USG w ramach innej specjalizacji, to szczegółów nauczy się na odpowiednich kursach. Po zakończeniu bloku, w końcu wiem jak oceniać podstawowe zdjęcia RTG, na jakie stany zagrożenia życia zwracać uwagę, jakie badania i w jakie kolejności są wskazane, a jakie przeciwwskazane w poszczególnych przypadkach, a także jakie są charakterystyczne zmiany, sugerujące tak zwane urazy nieprzypadkowe, czyli powstałe na skutek maltretowania. USG nadal stanowi dla mnie największy problem, ale dzięki temu, że mogliśmy poćwiczyć na sobie nawzajem, to od strony technicznej wiem co i jak, a ocenę drobnych szczegółów, będe jeszcze miała okazję się nauczyć :)
Zdecydowanie najbardziej interesującym tematem, co nikogo nie powinno dziwić, przy mojej miłości do chirurgii, okazała się radiologia interwencyjna. Mieliśmy okazję oglądać tylko jeden zabieg, ale już kiedyś, na dyżurze chirurgicznym, byłam świadkiem operacji pękniętego tętniaka aorty brzusznej, z wykorzystaniem stentgraftu. Teraz, w końcu dowiedziałam się co to tak naprawdę jest i czym są długie, pozwijane rurki i druciki, które wkładane są do naczyń pacjenta w trakcie takiej procedury. Gdybym z jakiegoś powodu nie mogła zostać chirurgiem, to pewnie rozważyłabym tę specjalizację, ale z drugiej strony, te same zabiegi wykonują też chirurdzy naczyniowi, a niestety w Polsce, nie ma osobnej specjalizacji z radiologii interwencyjnej. Jakoś nie uśmiecha mi się siedzenie całymi dniami w zaciemnionym pokoju i opisywanie zdjęć RTG, TK i MR.
Po czwartkowym egzaminie, który prawie cała moja grupa zdała na 5, postanowiliśmy pójść na grupowe piwo, co przerodziło się w wyjście do klubu, co nie powstrzymało nas wcale przed kolejną imprezą taneczną następnego dnia, na której bawilismy się prawie do 6 rano :D W efekcie, weekend upłynął mi głównie na odsypianiu intensywnej końcówki tygodnia.

Poprzedni weekend, spędziłam natomiast naukowo, ponieważ brałam udział w koljenych warsztatach laparoskopowych. Ich majowa edycja, która była moją pierwszą, choć bardzo interesująca, okazła się także dość frustrująca. Mimo, że podstawy szycia chirurgicznego mam jako tako opanowane, to zakładanie szwów przy pomocy laparoskopii stanowi wyższy poziom wtajemniczenia. Poprzednim razem, większośc soboty, spędziłam męcząc się nad założeniem choć jednego, porządnego szwu. Tym razem, mimo że nie miałam okazji ćwiczyć od ostatniej edycji kursu, przychodziło mi to o wiele łatwiej, co stanowi najlepszy dowód na to, że naprawdę warto uczestniczyć w takich spotkaniach. Nie jestem jeszcze rzadnym wprawnym operatorem, dlatego i tym razem skupiłam się głównie na doskonaleniu szycia. Choć w przypadku operacji dużo częściej zakłada się klpisy, bo jest to łatwiejsze i szybsze, to jeśli człowiek to opanuje, wszystko inne jest znacznie mniej skomplikowane. Tym razem, miałam też okazję sprawdzić się na bardziej zaawansowanych trenażerach, które nie tylko mierzą czas wykonania zadania, ale także precyzję, ilość i zakres ruchów poszczególnymi narzędziami, sprawdzają jak często "uciekają" one z pola widzenia kamery itp. Chodzi o to, aby nauczyć się jak najlepiej kontrolować narzędzia, ponieważ to co w trakcie zabawy "na sucho" nie stanowi problemu, przy stole operacyjnym może być niebezpieczne dla pacjenta i doprowadzić na przykład do uszkodzenia narządu lub naczynia. Weekend minął mi bardzo szybko i bawiłam się znacznie lepiej niż ostatnio. Następny kurs dopiero w maju, ale zapisałam się do Koła Naukowego, w ramach którego będę mogła korzystać z trenażerów kiedy tylko znajdę czas, a tego mam mnóstwo w tym roku.

Wczoraj zaczęliśmy kolejny blok, tym razem genetykę kliniczną. Pierwsze zajęcia nie były aż takie złe, ale obawiam się, że na dłuższą metę to zdecydowanie nie mój obszar zainteresowań. Zobaczymy jak będzie jutro, dziś na ćwiczenia nie dotarłam, bo zebrałam się w końcu, żeby iść z M. oddać krew. Zapas czekolad zawsze się przyda, a żadna z nas nie miała dzisiaj w planach uprawiania sportu, więc był to najlepszy moment. Pewnie jutro i tak będę miała lekko obniżoną wydolność na treningu, ale gorzej niż po imprezie nie będzie :P

niedziela, 29 października 2017

Hipertensjologia i endokrynologia, czyli interny ciąg dalszy.

Kolejne dwie części bloku z chorób wewnętrznych za mną. Po tygodniu, spędzonym na oddziale diabetologii, kolejne 2 dni mieliśmy spędzić na hipertensjologii. Po pierwszym seminarium okazało się jednak, że Pani Profesor będzie miała następnego dnia ważne spotkanie i musiałaby nas wysłać do domu sporo przed końcem zajęć, w związku z czym zaproponowaliśmy, że po prostu zostaniemy tego pierwszego dnia po zajęciach, żeby nie musieć przyjeżdżać do szpitala na godzinę. Wszystkim było to na rękę, więc tak zrobiliśmy. Nasza edukacja na tym nie ucierpii, bo i tak cała moja szóstka chodzi na fakultet o nadciśnieniu, prowadzony przez tą samą Panią Profesor. Nastęny tydzień mieliśmy wolny, niby długa przerwa, ale pomiędzy treningami, imprezami i serialami, czas mijał bardzo szybko.
Ostatnie 5 dni bloku z interny spędziliśmy na odziale endokrynologii. Prowadzący byli bardzo sympatyczni, ale seminaria trochę przydługie, więc mimo kawy, miałam ogromny problem z utrzymaniem otwartych oczu. Po seminariach, albo szliśmy na oddział, gdzie mielismy okazję zobaczyć między innymi pacjentkę, chorującą na chorobę Addisona, z charakterystyczną dla tej choroby ciemną skórą, albo do poradnii, gdzie też zdarzały się ciekawe przypadki. Jednego dnia przyszła starsza pacjentka, mająca zdiagnozowanego gruczolaka nadnerczy, mikrogruczolaka przysadki, który prawdopodobnie się powiększał, ponieważ znacznie pogorszył jej się wzrok, a do tego mnóstwo chorób towarzyszących. W dodatku była ona po udarze niedokrwiennym mózgu i chemioterapii z powodu nowotworu (wyleciało mi z głowy jakiego), a jej stan w ostatnim roku ulegał systematycznemu pogorszeniu. Jakby ktoś jeszcze nie zdawał sobie sprawy z tego jak niewydolny jest nasz system ochrony zdrowia, pacjenci poradni endokrynologicznej, umawiani na pilną wizytę dostają terminy, najwcześniej na luty 2018, dlatego Pani Doktor wykonała kilka telefonów, żeby chorą przyjęto jak najszybciej do szpitala, bo była to jedyna opcja, aby zapewnić jej odpowiednią opiekę endokrynologiczną, bez odwlekania tego o 4 miesiące, których najprawdopodobniej mogłaby po prostu nie przeżyć. Takie sytuacje tylko potwierdzają, że trwający własnie Protest Porozumienia Zawodów Medycznych jest niezbędny, a jego postulaty słuszne. Choć sama nie planuję zostawać w Polsce, to uważam, że warto walczyć o lepsze finansowanie Ochrony Zdrowia, bo to nie dotyczy tylko lekarzy, ale także, a nawet powiedziałabym, że przede wszystkim, pacjentów. Właśnie dlatego, razem ze znajomymi z roku staramy się czynnie wspierać protest od samego początku.

Zmieniając temat na przyjemniejszy, w miniony piątek świętowaliśmy Połowinki (zwane także "Półmetkiem"), jak ten czas szybko leci! Moim zdaniem impreza udała się rewelacyjnie. Było wesoło, tanecznie i z klasą, mimo nielimitowanego alkoholu :P Osiem godzin wspólnej zabawy przeleciało w mgnieniu oka, dobrze że na pamiątkę będziemy mieli nagrania i mnóstwo zdjęć, zarówno zrobionych przez fotografa, jak i mniej poważnych, w przebraniach, zrobionych w fotobudce.

Przez najbliższe dwa tygodnie mam blok z radiologii, po pierwszych zajęciach nie umiem ocenić czy będzie on ciekawy czy raczej nie, a opinie słyszałam bardzo rozbieżne, także zobaczymy.
Dodatkowo zabraliśmy się w końcu za pracę naukową w ramach Koła Chirurgicznego, tym razem już na poważnie. Przygotowalismy wzór ankiety, który został zatwierdzony przez naszego opiekuna i jesteśmy w trakcie zbierania informacji od pacjentów. Na szczęście coroczna konferencja studenckich kół naukowych została przesunięta z listopada na luty lub marzec, więc powinniśmy bez problemu zdążyć się do niej przygotować i wystawić naszą pracę. W niedalekiej przyszłości wybieram się na kolejne warsztaty laparoskopowe, muszę też w końcu dotrzeć na dyżur, bo naprawdę tęsknię już za chirurgią, praktyki wakacyjne były tak dawno temu :(
Póki co czeka mnie kolejny intensywny tydzień, ale myślę, że gdzieś to wcisnę. Jutro popołudniu trening, a po nim urodziny koleżanki, we wtorek impreza Halloweenowa, jak już odeśpię to w środę i piątek kolejne treningi, a w tak zwanym międzyczasie trzeba coś poczytać z radiologii, bo blok ten kończymy egzaminem ustnym. Zresztą, w dzisiejszych czasach, badania obrazowe są podstawą diagnostykii i niezbędnym narzędziem dla chirurga, a póki co, patrząc na obraz USG, widzę głównie szare plamy, które niewiele mi mówią, więc sama dla siebie chcę to zmienić. No, ale czwartkowe popołudnie zapowiada się raczej wolne, więc może wtedy odwiedzę odział chirurgii :D

P.S. Wpis o IFMSA "się pisze", ale miałam niespodziewany wyjazd do domu w zeszły weekend, dlatego pojawi się trochę później niż planowałam :)

wtorek, 10 października 2017

Diabetologia, czyli pierwszy blok za mną.

Na początek może doprecyzuję tytuł wpisu, ponieważ jest on pewnym uproszczeniem. Moim pierwszym blokiem w tym roku (a tym samym w ogóle na studiach, ponieważ w przeciwieństwie do większości uczelni, u nas żadne zajęcia przed czwartym rokiem nie odbywają sie w taki trybie) są choroby wewnętrzne, powszechnie znane jako "interna". W ramach tego będziemy mieli łącznie 120h zajęć na 4 różnych oddziałach: diabetologii, hipertensjologii, endokrynologii i gastroenterologii.
Wczoraj zakończyliśmy 5-dniowy cykl zajęć na diabetologii. Nie byłam do nich zbyt pozytywnie nastawiona z dwóch powodów. Po pierwsze, dojeżdżanie na te zajęcia wiąże się ze wstawaniem o 6 rano, bo szpital leży poza miastem. Po drugie, miałam już [nie]przyjemność przebywać na tym oddziale i choć sporo się wtedy nauczałam, to atmosfery nie wspominam zbyt dobrze. Na dzień dobry mieliśmy seminarium prowadzone przez Panią Profesor, która stwierdziła, że nic nie umiemy i, że ma nadzieję, że to dlatego, że dopiero wróciliśmy z wakacji, a nie ponieważ zapomnieliśmy wszystko czego nauczyliśmy się w poprzednich latach. Jako, że rozmawialismy o bardzo ogólnych rzeczach, związanych z cukrzycą, jej narzekanie na ansz poziom wiedzy było mocno na wyrost, ale fakt, w poniedziałek o 8 rano, w pierwszy dzień zajęć, mogłyśmy robić wrażenie mało rozmownych i chętnych do współpracy. Po seminarium poszliśmy na ćwiczenia, na których poznaliśmy naszego prowadzącego. Niestety ponownie nie miałyśmy szczęście, bo trafiła nam się męska wersja Pani Profesor. Od wejścia, średnio sympatyczny, robiący gburowate wrażenie dr M przepytał nas z materiału z seminarium, więc całkiem sporo byłyśmy w stanie powiedzieć (zwłaszcza, że o cukrzycy mieliśmy także okazję uczyć się już na kilku przedmiotach i naprawdę nie było tak źle z naszą wiedzą), a mimo tego na koniec zajęć oznajmił grobowym tonem, że wstawia nam wszystkim miusy za nieprzygotowanie do zajęć i, że każdy taki minus oznacza ujemne punkty do zaliczenia końcowego. Męczył nas przeszło godzinę, więc na pójście do pacjenta zostało nam 10min. Ostatecznie przetrzymał nas 20min po zakończeniu zajęć, więc spędziliśmy tam pół godziny. Kolejny dzień był wolny, więc miałam okazję odespać imprezę, na której byliśmy poprzedniego wiczora i przejrzeć trochę materiału na środowe zajęcia. Pani Profesor sugerowała, żebyśmy uczyli się z opracowanego przez nich skryptu, jednak ja ze swoim permanentnym lenistwem i potrzebą robienia na przekór tego co mi się mówi, nie zaopatrzyłam się w książeczkę i zamiast tego przejrzałam najaktualniejsze wytyczne PTD (oczywiście nie całość, bo to przeszło 90 stron) i małą internę Szczeklika. Myślę, że całkiem dobrze na tym wyszłam, bo jak się okazało, Pan Doktor opierał swoje pytania głównie na informacjach z wytycznych. W środę po seminarium dostałyśmy do napisania krótką wejściówkę. Poszło nam średnio, do na 5 pytań, 3 były o wzory, czego chyba nikt się nie spodziewał. Sprawdzaliśmy odpowiedzi wspólnie, dopowiadając sobie nawzajem, ale mimo tego dr M nie był zadowolony. Tym razem nic nie powiedział na temat minusów, ale jak miałyśmy się przekonać następnego dnia, ponownie wpisał je na naszej karcie obecności. Kolejny dzień i kolejna wejściówka po seminarium. Tym razem, według harmonogramu ćwiczeń, mieliśmy nauczyć się na temat farmako- i insulinoterapii, dlaczego więc dostałyśmy jedno pytanie z tego materiału, a 4 inne z zupełnie innego...? Nie mam pojęcia, ale nie trudno się domyślić, że ponownie zrobiłyśmy wrażenie słabo przygotowanych. Na szczęście tym razem Pan Doktor miał chyba lepszy humor, albo zaczął się do nas przekonywać, bo atmosfera była jakaś mniej napięta. Miałyśmy też okazję spędzić więcej czasu rozmawiając z pacjentami. Jedna z koleżanek z mojej szóstki klinicznej zaproponowała, żebyśmy ostatnie 2 zajęcia połączyć w jedno, bo dzięki temu miałybyśmy o jedną poranną wyprawę mniej, a do tego 4 dniowy weekend. Moim zdaniem pomysł był super, zwłaszcza, że na ostatnich zajęciach i tak nie miało już byc seminarium, niestety jak zawsze znalazły się osoby, które przeżywają każdy przedmiot jakby co najmniej zależała od tego ich przyszłość na tych studiach, więc pomysł upadł. Okazało się zresztą, że dr M i tak nie miałby czasu, żeby zostać z nami dłużej w piątek, co nie zmienia faktu, że przestałam się już łudzić, że niektórzy ludzie się ogarną i, mając za sobą przeszło połowę studiów, wyluzują trochę. Spędzić weekend stresując się potencjalnym zaliczeniem z fragmentu bloku z interny? Co kto lubi. Oczywiście, ostatecznie okazało się, że żadnego zalicznia nie było. Tak przypuszczałam, bo już na przedostatnich zajęciach nie było wejściówki, a poza tym myślę, że naprawdę było widać, że przychodzimy na ćwiczenia z przyzwoitą wiedzą, a przynajmniej z notatkami. Podsumomowując blok i naszego prowadzącego, choć nadal zdecydowanie wolę asystentów, którzy wymagają od nas zrozumienia tematu, a nie czepiają się tego, że zamiast recytować definicję WHO, student mówi coś własnymi słowami, to wyszło nam to wszystkim na dobre. Nawet ja się zmotywowałam do nauki, co jest ogromnym sukcesem, biorąc pod uwagę, że była to "tylko" interna i to w pierwszym tygodniu roku akademickiego. Cukrzyca jest aktualnie tak powszecha, że bez względu na specjalizację będziemy z nią mieli do czynienia, więc tylko lepiej dla naszych przyszłych pacjentów.
Dziś mam wolne, jutro i w czwartek zajęcia na hipertensjologii, po czym tydzień wolnego, po którym tydzień endokrynologii. Prawdę mówiąc, wolałabym nie miec tak długiej przerwy i zamiast tego skończyć wcześniej przed Świętami i zacząć później po Nowym Roku (mamy zajęcia do 23 grudnia, a później już od 2 stycznia i niestety w systemie bloków nie będzie łatwo poprzekładać czegoś, żeby przedłużyć wolne), albo mieć coś na kształt ferii zimowych.
Poza zajęciami, pierwszy tydzień jak zawsze upłynął pod hasłem imprez i spotkań ze znajomymi, w ten weekend czekają mnie prawdopodobnie 2 kolejne. Poza tym, korzystając z wolych popołudniów, zaczęłam w końcu uprawiać trochę sportu. Zobaczymy co z tego wyniknie, bo moje lenistwo bywa ogromne, ale póki co jestem nastawiona całkiem optymistycznie, bo treningi mi się podobają. Dodatkowo, w końcu bierzemy się poważnie za pisanie pracy naukowej w ramach Koła Chirurgicznego, a także zapisałam się już na listopadowe warsztaty laparoskopowe, których nie mogę się doczekać. Jak zawsze czeka mnie zabiegany rok, ale przynajmniej na zajęciach, w końcu są przedmioty kliniczne, więc będę miała okazję zobaczyć wiele oddziałów, na których jeszcze nigdy nie byłam. Pierwszy semestr będzie dość nudny, interna, radiologia, medycyna rodzinna, genetyka kliniczna, za to kolejny już znacznie, znacznie ciekawszy, ale o tym będę pisac na bieżąco.