Skip to main content

Posts

Otolaryngologia, czyli wszystkiego po trochu.

Jak już wspomniałam w poprzednim wpisie, po medycynie sądowej, która od dawna znajdowała się w kręgu moich zainteresowań, czekała mnie otolaryngologia. Dotychczas, miałam z nią do czynienia tylko raz, gdy w wieku 5 czy 6 lat musiałam mieć "wycięte migdałki", także jednynym obrazem, który przychodził mi na myśl, gdy o niej myślałam, były zakatarzone, zaryczane dzieci, płukannie uszu i niezbyt przyjemne usuwanie migdałków, po którym przez całą wieczność nie mogłam nic jeść. Przed rozpoczęciem zajęć nastawiłam się długie, nudne seminaria i podpieranie ścian na ćwiczeniach i w poradni. Na szczęście, już po raz kolejny w tym roku, zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona. Zajęcia były naprawdę ciekawe, na wszystkich seminariach (poza jednym, ale to wyjątek, potwierdzający regułę), z zainteresowaniem słuchałam i notowałam. W trakcie części praktycznej miliśmy okazję poznać wszystkie aspekty tej specjalizacji. Oczy, uszy, nos, gardło, krtań, izba przyjęć, poradnia audiologiczna, oddzia...

Trupy, narkotyki i materiał dowodowy, czyli całkiem ciekawy początek nowego roku.

Dzisiejszy tytuł, niczym z opisu serialu kryminalnego, to zasługa zakończonych niedawno dwóch bloków, z medycyny sądowej i toksykologii. Gdyby ktoś postanowił przejrzeć zakładki/ulubione strony w mojej przeglądarce, cofając się do czasów gimnazjum i liceum, znalazłby takie adresy jak Archiwum Medycyny Sądowej i Kryminologii, Forensic Medicine for Medical Students, Kryminalistyka i Medycyna Sądowa i wiele podobny. Ba, jest ich na tyle dużo, że mam nawet utworzony dla nich osobny folder. Nie trudno więc zgadnąć, że temat interesował mnie już dawno. Jeśli dobrze pamętam, wszystko zaczęło za sprawą książek antropolog klinicznej, Kathy Reichs, które namiętnie czytałam w drugiej czy trzeciej klasie gimnazjum. Jeśli ktoś nie zna autorki, a lubi powieści detektywistyczno-kryminalne to bardzo polecam. To w...

Bardziej zabiegowo niż się spodziewałam, czyli gastroenterologia na zakończenie roku.

Naszym ostatnim blokiem przed przerwą świąteczną była gastroenterologia. Jest to tak naprawdę część bloku z interny, więc spodziewałam się kolejnych dwóch tygodni zbierania wywiadów i badań przedmiotowych. Na szczęście, okazało się, że jest to specjalizacja znacznie bardziej zabiegowa niż myślałam. Po pierwszym seminarium zostaliśmy przydzieleni do różnych asystentów, mojej szóstce się poszczęściło, ponieważ zajął się nami docent B. Już wcześniej słyszałam o nim wiele pozytywnych opinii, które okazałay się jak najbardziej trafne. Pan doktor jest doskonałym endoskopistą i zajmuje się głównie zabiegowym aspektem gastroentereologii, dzięki czemu już na pierwszych zajęciach mieliśmy okazję zobaczyć procedurę leczenia achalazji przełyku metodą POEM (ang.peroral endoscopic miotomy). Polega ona na rozcięciu mięśniówki przełyku z dostępu gastroskopowego, bez konieczności otwirania klatki piersiowej jak w klasycznej miotomii. Inną procedurą, którą mieliśmy okazję oglądać kilkukrotnie b...

Katar, kaszel i milion recept, czyli codzienność u lekarza rodzinnego.

Medycyna rodzinna, specjalizacja z drugą, po chorobach wewnętrznych, największą liczbą przyznawanych miejsc rezydenckich. Dla jednych wymarzona, umożliwiająca regularny kontakt z tymi samymi pacjentami, często przez lata, a do tego pracę w uporządkowanym trybie po 5-8h dziennie, bez dyżurów i niespodziewanych telefonów. Dla innych coś, w czym nigdy nie potrafiliby sobie siebie wyobrazić. Nie trudno zgadnąć do której kategorii należę :P Zajęcia tylko potwierdziły to, co wiedziałam intuicyjnie od samego początku, a miałam okazję zweryfikować w czasie dwutygodniowych praktyk po 2 roku. Spędzanie całego dnia za biurkiem, osłuchiwanie zapaleń oskrzeli, zaglądanie dzieciom w gardła, wypisywanie miliona recept i zwolnień lekarskich z powodu katarku, to nie dla mnie. O ironio, sama siedziałam na zajęciach mimo choroby, na ibuprofenie, żeby zbić gorączkę z nocy, przekraczającą 39*C. No, ale cóż, w planie studiów nikt nie przewidział czasu na ewentualne choroby, student medycyny ma być zawsze zd...

Co wspólnego ma gen BRCA1 i Angelina Jolie, czyli genetyka, badania naukowe, a klinika.

Pamiętam, że będąc w gimnazjum i liceum bardzo lubiłam genetykę. Wśród nudnych lekcji biologii, o cyklach rozwojowych mchów i grzybów, rysowanie rodowodów i określanie szans na odziedziczenie konkretnej cechy czy choroby, było świetną rozrywką. Generalnie, wszystko co wiązało się z nauką o człowieku i choćby w najmniejszym stopniu zahaczało o medycynę, stanowiło wyczekiwaną odskocznię od innych, zupełnie nieinteresujących mnie tamtów. Gdy poszłam na studia, genetyka zaczęła kojarzyć mi się już głównie z nienajłatwiejszymi do zapamiętania nazwami genów, zwiększających ryzyko nowotworów. Przede wszystkim, ze znanym każdemu studentowi mojej uczelni, genem BRCA1. Skąd taka "popularność" akurat tego genu? No cóż, kto nie lubi chwalić się swoimi osiągnięciami, a tak się złożyło, że to właśnie za sprawą ekipy naukowców z mojego uniwersytetu, gen ten został zidentyfikowany jako odpowiedzialny za zwiększone ryzyko rodzinnego występowania raka piersi i jajnika. Profsor L. ze swoim zesp...

Oglądanie obrazków i trenażery, czyli radiologia, kurs laparoskopowy i pierwszy egzamin za mną.

W czwartek skończyłam kolejny blok, tym razem radiologię, a dokładniej diagnostykę obrazową i interwencyjną. Mimo, że M., która miała ten blok przede mną, bardzo go zachwalała, ja byłam nastawiona dość sceptycznie. Spodziewałam się, że będę umierać z nudów, słuchając o fizyce, działaniu rezonansów i tomografów, czy oglądając niewiele mi mówiące obrazy. Okazało się, że M. miała w 100% rację, przedmiot jest rewelacyjnie prowadzony, zajęcia są ciekawe, a prowadzący, może poza jednym wyjatkiem, potrafią w fajny sposób przekazać wszystkie najważniejsze informacje. Jasne, zdarzało mi się walczyć ze snem w trakcie seminarek, mimo wypicia dwóch kaw, ale wynikało to po prostu z niewystarczającej ilości snu. To juz kolejny blok w tym roku, na którym w końcu, po 3 latach wkuwania pierdół i mało istotnych szczegółów, mam poczucie, że asystenci wymagają od nas przydatnej wiedzy, na adekwatnym dla nas poziomie. Na mnie działa to naprawdę motywująco, dużo bardziej, niż robienie wejściówek, na których...

Hipertensjologia i endokrynologia, czyli interny ciąg dalszy.

Kolejne dwie części bloku z chorób wewnętrznych za mną. Po tygodniu, spędzonym na oddziale diabetologii, kolejne 2 dni mieliśmy spędzić na hipertensjologii. Po pierwszym seminarium okazało się jednak, że Pani Profesor będzie miała następnego dnia ważne spotkanie i musiałaby nas wysłać do domu sporo przed końcem zajęć, w związku z czym zaproponowaliśmy, że po prostu zostaniemy tego pierwszego dnia po zajęciach, żeby nie musieć przyjeżdżać do szpitala na godzinę. Wszystkim było to na rękę, więc tak zrobiliśmy. Nasza edukacja na tym nie ucierpii, bo i tak cała moja szóstka chodzi na fakultet o nadciśnieniu, prowadzony przez tą samą Panią Profesor. Nastęny tydzień mieliśmy wolny, niby długa przerwa, ale pomiędzy treningami, imprezami i serialami, czas mijał bardzo szybko. Ostatnie 5 dni bloku z interny spędziliśmy na odziale endokrynologii. Prowadzący byli bardzo sympatyczni, ale seminaria trochę przydługie, więc mimo kawy, miałam ogromny problem z utrzymaniem otwartych oczu. Po seminaria...

Diabetologia, czyli pierwszy blok za mną.

Na początek może doprecyzuję tytuł wpisu, ponieważ jest on pewnym uproszczeniem. Moim pierwszym blokiem w tym roku (a tym samym w ogóle na studiach, ponieważ w przeciwieństwie do większości uczelni, u nas żadne zajęcia przed czwartym rokiem nie odbywają sie w taki trybie) są choroby wewnętrzne, powszechnie znane jako "interna". W ramach tego będziemy mieli łącznie 120h zajęć na 4 różnych oddziałach: diabetologii, hipertensjologii, endokrynologii i gastroenterologii. Wczoraj zakończyliśmy 5-dniowy cykl zajęć na diabetologii. Nie byłam do nich zbyt pozytywnie nastawiona z dwóch powodów. Po pierwsze, dojeżdżanie na te zajęcia wiąże się ze wstawaniem o 6 rano, bo szpital leży poza miastem. Po drugie, miałam już [nie]przyjemność przebywać na tym oddziale i choć sporo się wte...

III rok w pigułce - przedmioty przedkliniczne.

Zgodnie z obietnicą, wpis podsumowujący 3 rok. Ze względu na liczne wakacyjne wyjazdy i pracę nie udało mi się napisać go bezpośrednio po zakończeniu roku akademickiego, ale postaram się przypomnieć sobie wszystkie najważniejsze rzeczy, warte przekazania. Zaczynam od przemiotów przedklinicznych, bo to one przeważają i są bardziej istotne w pierwszym semestrze. PATOMORFOLOGIA Nie będę się powtarzać i pisać ponownie o przedmiocie, bo podsumowywałam go po drugim roku (http://bebrave-dreambig.blogspot.com/2016/05/ii-rok-w-piguce-biochemia-fizjologia-i.html?m=1). Trzeci semestr nie różnił się niczym od poprzednich dwóch. Mieliśmy 2 kolokwia, po czym w sesji zimowej egzamin, składający się z części praktycznej i testu. Część praktyczna to rozpoznawanie "szkiełek" na komputerach. Zakład udostępnia listę 150 preparatów, których trzeba się nauczyć. Na zaliczeniu każdy dostaje 3 z nich, należy napisać co to za struktura, z jakiego narządu pochodzi wycinek i kilka cech charakterysty...

Upał, plaże i pływanie z rekinami, czyli ostatni tydzień w Meksyku.

Wakacje w ciągłym biegu? W tym roku zdecydowanie tak. Ledwo wróciłam z Meksyku, a już leciałam do mojego kochanego, studenckiego miasta, żeby zająć się "incomingsami" z różnych krajów, którzy robią u nas praktyki. Jak w przyszłym tygodniu wróce do domu to też nie będzie lepiej, będę miała tylko jeden dzień na zrobienie prania i przepakowanie się przed wyjazdem na konie. Przenosząc się jeszcze na chwilę do bajecznego Meksyku, zostam mi do opisania ostatni tydzień naszej przygody. Na początek naszego ostatniego wieczoru w Tuxtli, poszliśmy na obiad do restauracji Las Pichanchas. To rewelacyjne miejsce, w którym, poza pysznym jedzeniem i jeszcze pyszniejsmy drinkiem, zwanym "Pumpo" można posłuchać tradycyjnej meksykańskiej muzyki, granej oczywiście na marimbach, oraz obejrzeć pokazy taneczne w ludowych strojach z Chiapas. Zdjęcie ze strony tripadvisore, z braku własnych ;) Po posiłku, przenieśliśmy się do pubu, w którym, popijając lokalne piwo, tańczyliśm...