Skip to main content

Z życia rezydenta ortopedii, czyli ciąg dalszy drogi do specjalizacji w Anglii; Malta, Rzym i marokańskie koty.

Jak to mówią, 'Time flies when you're having fun'. 

Siedem miesięcy pracy jako starszy rezydent na północy Anglii już za mną. Czy dobrze się bawię? Zdecydowanie!

Praca jako starsza rezydentka, zgodnie z oczekiwaniami, jest niesamowicie satysfakcjonująca i rozwojowa. Choć moja forma zatrudnienia jest trochę niestandardowa, a co za tym idzie, mój grafik wygląda inaczej niż u kolegów i koleżanek na rezydenturze, to właśnie dzięki temu mam znacznie więcej swobody i mogę sama decydować o tym, co chcę robić. Jak zawsze, ma to zarówno plusy, jak i minusy, ale biorąc pod uwagę, że jest to forma, do której jestem przyzwyczajona, bo pracowałam w ten sposób przez ostatnie trzy lata od ukończenia stażu, to większym szokiem dla systemu byłaby konieczność pracy w ramach sztywnego grafiku. Choć podobnie jak tradycyjni rezydenci jestem przypisana do konkretnego specjalisty (a nawet dwóch), to jeden z nich spędził pierwsze kilka miesięcy na urlopie zdrowotnym, po czym po kolejnych miesiącach odszedł z pracy z przyczyn logistyczno-osobistych, a drugi jest już częściowo na emeryturze i prowadzi tylko pacjentów planowych bez dyżurowania na urazówce. Co to oznacza dla mojej pracy? 
Po pierwsze, przez pierwsze miesiące pracowałam tylko z Mr S., zajmującym się artroplastyką bioder i kolan. Jest on rewelacyjnym edukatorem i od pierwszej wspólnej listy operacyjnej wykazał ogromne zaangażowanie zarówno w uczenie mnie operatywy, jak i w motywowanie mnie do regularnego prowadzenia portfolio, na tym samym poziomie/standardzie jak inni rezydenci. O ile wymiany kolan nadal trochę mnie przerastają, zwłaszcza że Mr S. robi je niesamowicie szybko, tak już po kilku wspólnych listach czułam się komfortowo, wykonując cały zabieg wymiany biodra samodzielnie (pod jego czujnym okiem). Przez parę miesięcy miałam także okazję pracować z Mr M., specjalistą zajmującym się urazami i wadami stawów skokowych i stóp. Niestety, z powodów zdrowotnych nie prowadził on 'dużej' operatywy, ale miałam okazję zdobyć doświadczenie w robieniu iniekcji dostawowych pod kontrolą rentgenowską i w prowadzeniu planowych poradni. 

W związku z tym, że zarówno poradnie, jak i część planowych ('elektywnych') list operacyjnych odbywa się w mniejszych szpitalach w ościennych miejscowościach, po latach prokrastrynacji, w końcu wróciłam do jazdy samochodem. Tak jak pisałam w poprzednim wpisie, świeżo po przeprowadce wykupiłam kilka lekcji przypominających, żeby oswoić się z jazdą po lewej stronie i prowadzeniem samochodu z automatyczną skrzynią biegów. Po dwóch dwugodzinnych sesjach uznałam, że dalsze 'oswajanie się' z jeżdżeniem na czyimś samochodzie nie ma za bardzo sensu. Konieczność uciążliwego dojeżdżania do pobliskich miejscowości komunikacją miejską była dobrą motywacją do działania, więc po krótkim researchu (z pomocą czatu GPT) zdecydowałam, jakie auto najbardziej będzie odpowiadać moim potrzebom i zaczęłam rozglądać się za używanymi egzemplarzami w okolicy. Na szczęście proces ten nie zajął zbyt dużo czasu i już na początku września stałam się posiadaczką mojego pierwszego samochodu. Mimo początkowych obaw powrót do jeżdżenia autem okazał się znacznie przyjemniejszy niż się spodziewałam. Automat i hybryda to zdecydowanie to, czego było mi potrzeba w samochodzie. O ile z pierwszą trochę dłuższą trasą (i pierwszym tankowaniem) poczekałam do odwiedzin M., to nie ukrywam, że na przestrzeni ostatnich miesięcy zdążyłam się już na tyle rozleniwić, że 'podjadę autem' stało się odruchową pierwszą myślą, zwłaszcza przy ponurej zimowej aurze.

Wracając do tematu ortopedii, poza pracą z moimi specjalistami pozostałą część czasu spędzam w powiatowym szpitalu urazowym. Na potrzeby 'ostrej' obstawy jestem rozpisana w grafiku dyżurowym razem z innymi rezydentami (w celu uzupełnienia braków kadrowych). Oznacza to, że w zależności od tygodnia moje zmiany przyjmują różne formy. Część z nich to dzienne dyżury, podczas których przyjmuję nowe zlecenia konsultacji z SOR-u, od lekarzy rodzinnych i z tak zwanych 'centrów ostrej pierwszej pomocy' (taki dzienny odpowiednik polskich NPL-i). W część dni obstawiam blok urazowy z jednym ze specjalistów lub przyjmuję w Poradni Urazowej. Pozostałe zmiany to nocki, które od 18 do 21 są na miejscu, a przez resztę nocy z domu, na telefon. Dodatkowo od czasu do czasu robię też 24-godzinne zmiany weekendowe, podczas których w ciągu dnia obstawiam blok urazowy i nowe przyjęcia, a po 18 jestem 'na nocce'. 

To właśnie 'nocki' z domu były najtrudniejsze do przyzwyczajenia się. W szpitalach, w których pracowałam w poprzednich latach, lekarze na ortopedii dyżurowali na miejscu i o ile starsi rezydenci często szli spać do pokoju dyżurowego, to nadal pozostawali na terenie szpitala. Jako młodsza rezydentka moją rolą było odpowiadanie na telefony/pagery i 'filtrowanie' zleceń konsultacji. W praktyce oznaczało to tyle, że najczęściej w ogóle nie angażowałam moich starszych rezydentów, chyba że pojawiał się jakiś ostry przypadek, potencjalnie wymagający operacji lub remanipulacji w nocy. W moim obecnym miejscu pracy młodsi rezydenci na ortopedii nie robią nocnych dyżurów, a co za tym idzie, podczas moich 'nocek' jako starsza rezydentka wszystkie telefony z SOR-u i NPL-u trafiają bezpośrednio do mnie. Oznacza to, że często, na podstawie informacji przekazywanych mi telefonicznie, muszę podejmować decyzję, czy pacjent wymaga zbadania/interwencji w nocy, czy może to poczekać do rana. 

W związku z tym, przez pierwsze miesiące, mimo że mieszkam niedaleko pracy, zostawałam w przydzielonym nam pokoju dyżurowym, w budynku naprzeciwko oddziału ratunkowego. Przy moim ograniczonym doświadczeniu wolałam mieć możliwość szybkiego przejścia się na SOR i zbadania pacjenta zamiast podejmowania decyzji 'zdalnie'. Po kilku miesiącach pracy okoliczności zmusiły mnie do tego, żeby zacząć wracać na 'nocki' do domu, bo niestety pozbawiono nas dostępu do pokoju dyżurowego (z powodów administracyjnych). Zgodnie z prawem pracy szpital ma obowiązek zapewnić nam miejsce do spania w trakcie dyżurów 'na telefon', zwłaszcza że sporo lekarzy mieszka w innych miejscowościach, nie rzadko ponad 30 min jazdy od szpitala. W ramach rozwiązania tymczasowego wynajmowany jest więc dla nas pokój w lokalnym hotelu, ale jako że mieszkam w podobnej odległości, a nawet trochę bliżej szpitala, korzystanie z niego nie miałoby dla mnie żadnego sensu. Na szczęście przez te kilka miesięcy zdążyłam zdobyć doświadczenie i nabyć więcej pewności siebie w podejmowaniu decyzji przez telefon (a także zapoznać się z oczekiwaniami poszczególnych specjalistów), plus zdążyliśmy umeblować nasz pokój 'gościnny', więc mogę w miarę komfortowo dyżurować z domu i odbierać w nocy telefony bez budzenia B. Nasz SOR jest też naprawdę samowystarczalny jeśli chodzi o nastawianie złamań i wybitych stawów (poza bardzo skomplikowanymi porzypadkami), więc o ile zdarzają się nocki, podczas których dostaję telefon co godzinę, to są też takie, które przesypiam w całości. Oczywiście, jeśli byłaby taka konieczność, to w każdej chwili jestem gotowa podjechać do pracy, ale póki co większość nocnych przyjęć mogła być bezpiecznie zrobiona wczesnym rankiem, przed poranną odprawą, zamiast w środku nocy.

Choć powyższy opis może brzmieć dość intensywnie, to na co dzień mój grafik pozostawia naprawdę sporo czasu do samodzielnego zagospodarowania. Jeśli nie spędzam go na bloku operacyjnym, co oczywiście jest moim ulubionym i najczęstszym wyborem, w pozostałe dni staram się dalej budować portfolio podobnie jak lekarze rezydenci. Jak na szpital powiatowy, nasz departament jest bardzo zaangażowany w pracę naukową i bierze udział w wielu ogólnokrajowych badaniach klinicznych, w które także zostałam zaangażowana. Dodatkowo zostałam zwerbowana do projektu, który, miejmy nadzieję, doprowadzi do napisania pracy naukowej z kilkoma innymi rezydentami. Zbieranie danych dotyczących przeszło ośmiuset pacjentów już za nami. Teraz czekają nas analiza danych i napisanie publikacji. Praca akademicka to nadal nie jest coś, co daje mi satysfakcję, ale niestety bez niej ciężko o progres kariery ortopedycznej. Z rzeczy, które sprawiają mi znacznie większą przyjemność, dalej aktywnie działam w edukacji medycznej, choć na mniejszą skalę, współprowadząc sesje edukacyjne dla naszych stażystów. Zgodnie z planem aplikowałam też po raz drugi na drugi stopień rezydentury, ale niestety przy obecnym systemie, który penalizuje 'nadmierne' doświadczenie i przy corocznie rosnących progach punktowych, moje szanse na dostanie się na rozmowę (egzamin) o pracę są paradoksalnie mniejsze niż w zeszłym roku. Jak już wspominałam w poprzednim wpisie, miałam tego świadomość od początku i jestem otwarta na kontynuowanie pracy w trybie 'pozarezydenckim'. W moim obecnym departamencie mamy trzech takich 'starszych rezydentów', z czego dwóch z nich jest już w trakcie ubiegania się o uzyskanie tytułu specjalisty w ramach ścieżki 'CESR' poprzez portfolio kompetencji, więc będę miała kogo pytać o porady. Po latach pracy w trybie pozarezydenckim bardzo cenię sobie możliwość samodzielnego prowadzenia swojej edukacji i, o ile wiąże się to ze znacznie większą skrutynacją i wymaga więcej samozaparcia, to uważam, że zalety nadal przeważają nad wadami, zwłaszcza pracując we wspierającym zespole. Fakt, że tegoroczne rozmowy o pracę na drugi stopień specjalizacji zaplanowane są na ostatni tydzień marca, a krajowy zespół rekrutacyjny dalej nie ogłosił, kto się na nie dostał, nie napawa mnie motywacją do przygotowań i podejmowania się formalnej rezydentury, ale zobaczymy, co będzie. W tak zwanym 'międzyczasie' dalej aktywnie się rozwijam. W listopadzie byłam na kursie i dwóch konferencjach ortopedycznych, a na marzec zapisałam się na kolejny kurs, tym razem kadaweryczny, dotyczący artoplastyki kolan i bioder.

Nie samą pracą człowiek żyje, więc czas na podsumowanie podróży, tych bardziej odległych i tych lokalnych, po pięknej okolicy. Tradycyjnie będzie chronologicznie i z dużą liczbą zdjęć.

Jeszcze w sierpniu, zaraz po przeprowadzce, poleciałam na panieński W. na Maltę. Pogoda była dla mnie zabójcza, ale na szczęście większość popobytu spędziłyśmy na nadwodnych aktywnościach, a zwiedzanie zostawiłyśmy na godziny późnopopołudniowe. Odwiedziłyśmy małą miejscowość rybacką, gdzie zjadłyśmy dania z pysznymi owocami morza, skakałyśmy z klifów, a także spędziłyśmy dzień pływając w morzu i imprezując na prywatnej łódce, podziwiając wyspę od strony wybrzeża. Na zakończenie wyjazdu zwiedziłyśmy także przepiękną Valette o zachodzie słońca. 








Po powrocie do Anglii, korzystając z ładnej pogody, spędziliśmy wolne weekendy na odkrywaniu okolicy. Wbrew stereotypom powielanym na południu kraju, liczba bezdeszczowych, słonecznych dni nie przestawała pozytywnie nas zaskakiwać.







We wrześniu zaliczyliśmy krótki wypad do Polski na ślub W., który był piękną uroczystością i oczywiście świetną zabawą, dwudniową, jak na polskie wesele przystało. Za to w październiku wpadła do mnie M., więc w ramach pokazywania jej okolicy miałam okazję zobaczyć ją w jesiennym wydaniu.













Święta, tym razem spędziliśmy w Polsce, więc w końcu była okazja nadrobić trochę czasu z rodzinką, bo mimo że nasz wrześniowy wypad zahaczał o dom rodzinny, to był to pobyt jedynie noclegowy, 'w locie'. Po drodze do Polski udało nam się także odwiedzić jarmark świąteczny w Edynburgu, gdzie wypiliśmy obowiązkowe grzane wino i zjedliśmy przepyszne crumble. 



W styczniu wybraliśmy się natomiast do Plymouth wymienić się świątecznymi prezentami i spędzić trochę czasu z rodzinką i przyjaciółmi B.




Na przełomie stycznia i lutego, dość spontanicznie, dołączyłam do S. (mojej dobrej koleżanki ze stażu) na czterodniowy citybreak do Rzymu. Jako że każda z nas pracuje w innej części kraju, a do tego obie w minionym roku przeprowadziłyśmy się do miejscowości jeszcze bardziej oddalonych od siebie, to niestety nie widziałyśmy się od wspólnego wyjścia na Bal Medyka półtorej roku temu. Gdy więc S. napisała do mnie z pytaniem, czy 'może polecę z nią za tydzień do Rzymu', nie potrzebowałam zbyt wiele przekonywania. Zwłaszcza gdy wizja ucieczki od ponurej angielskiej zimy była dodatkową motywacją. Słońce, kolosalne zabytki, włoskie jedzenie i super towarzystwo – czego chcieć więcej? Wyjazd przypominał mi trochę moje podróżowanie z Integrą z czasów studenckich, jako że S bardzo chciała nocować w pokoju wieloosobowym w hostelu imprezowym. Na szczęście trafiłyśmy do pokoju czteroosobowego, w dodatku naszymi współlokatorami były dwie przesympatyczne pielęgniarki ze Stanów. Miałyśmy okazję wspólnie poimprezować, ale też ponarzekać na problemy w systemie ochrony zdrowia, które, jak się okazuje, są bardzo uniwersalne nawet mimo. Sam hostel był naprawdę przemyślanie zorganizowany, bo część 'mieszkalna' była po jednej stronie ulicy, a bar, w którym co wieczór były organizowane różnego rodzaju atrakcje, po pewnej godzinie wpuszczał jedynie gości hostelu i oferował dla nich zniżki na drinki. Był to zdecydowanie intensywny wyjazd, ale udało nam się zachować fajną równowagę między zwiedzaniem a imprezowaniem i choć wróciłam z niego wykończona, to świetnie się bawiłam.














Po powrocie do domu nie dane mi było odpocząć, bo już niespełna tydzień później ruszyliśmy z B. na wakacje do Maroko i bynajmniej nie był to wyjazd wypoczynkowy nad basenem. Po wczesnej pobudce i (na szczęście) bezproblemowym locie, na miejscu przywitał nas chaos Marrakechu. Mimo autentyczności, kolorów i pięknej architektury, zwłaszcza wewnątrz różnych Riadów; hałas i skutery trąbiące na wszystkich non-stop, nawet w najwęższych uliczkach, skutecznie psuły nastrój i szybko przekonaliśmy się, że nie będzie to miasto, do którego będziemy wracać. Mimo to, wycieczka Street Food z przewodnikiem i spacer po bardziej 'lokalnej' części Souku w Medinie były ciekawymi przeżyciami. Po dwóch dniach w stolicy byliśmy jednak gotowi na pierwszą wycieczkę poza miasto. Po kolejnej wczesnej pobudce i szybkim tradycyjnym śniadaniu ruszyliśmy w kierunku Sahary. Po drodze zatrzymaliśmy się między innymi na punkcie widokowym w górach Atlas, gdzie temperatury były na tyle niskie, że spora część zboczy była ośnieżona. Kolejny postój mieliśmy w lokalnej fabryce oleju arganowego, gdzie dowiedzieliśmy się między innymi, jak wygląda proces jego tworzenia i czym różni się olej przygotowywany do produktów spożywczych od tego kosmetycznego. Mieliśmy także okazję kupić różnego rodzaju kosmetyki. Ostatnim punktem dnia było słynne ufortyfikowane miasteczko z XI wieku, Aït Ben Haddou, znane z wielu hollywoodzkich produkcji filmowych, między innymi Mumii i Gladiatora. Po noclegu w dość turystycznym hotelu, kolejnego poranka zaczęliśmy się dzień od spaceru po pięknej, zielonej dolinie Tinghir z lokalnym przewodnikiem i wizyty w tradycyjnym domu Berberów, w którym kobiety zajmują się produkcją tradycyjnych dywanów. Stamtąd pojechaliśmy zobaczyć imponujący kanion Todra Gorge, po czym ruszyliśmy dalej w kierunku Sahary, naszego punktu docelowego. Na miejscu czekała na nas grupa wielbłądów (a raczej dromaderów), na których pojechaliśmy na wydmy pobawić się w zjazdy na desce (sandboarding) i zobaczyć zachód słońca. Kolejny nocleg spędziliśmy na pustyni, w Berber Camp Merzouga, gdzie po pysznej kolacji zorganizowano ognisko z tradycyjną berberską muzyką. Jako, że kolejnego dnia czekała nas pobudka po piątej rano, nie siedzieliśmy na nim zbyt długo, ale wybraliśmy się też na krótki spacer poza kamp, żeby zobaczyć rozgwieżdżone niebo nad pustynią. Ostatni dzień wycieczki zaczęliśmy od kolejnej przejażdżki na wielbłądach, tym razem na przepiękny wschód słońca. Po powrocie do Marakechu spędziliśmy jeszcze jeden dzień odkrywając miasto. Trafiliśmy między innymi do niepozornej galerii ukrytej w jednym z riadów w Medinie, a wieczorem wybraliśmy się do trochę bardziej ekskluzywnego Riadu – restauracji z muzyką jazzową na żywo. Riad, w którym nocowaliśmy, również robił wrażenie i miał taras na dachu z jacuzzi, w którym spędziłam część wieczoru, degustując lokalne 'szare' wino. Wiedząc, że zaznaliśmy już wystarczająco dużo Marakechu, na ostatni dzień pobytu zabookowaliśmy wycieczkę do Essaouiri, portowego miasta na północy kraju, słynącego z nadmorskiego klimatu, pięknej piaszczystej plaży, XVIII-wiecznej Mediny i portu z charakterystycznymi, niebieskimi łódkami. O ile miasteczko faktycznie robiło piękne wrażenie, dla nas zdecydowanie największą atrakcją były koty, które można było spotkać dosłownie na każdym kroku. W dodatku wszystkie wyglądały na najedzone i zupełnie nieprzejmujące się turystami. Po tak intensywnym tygodniu, powrót do pracy i 24-godzinna zmiana którą miałam kolejnego dnia nie były łatwe. Chyba muszę się rozejrzeć za wakacjami, na których odpocznę od tych wszystkich wakacji :D 













































W nadchodzących miesiącach planuję maksymalnie wykorzystać mój elastyczny grafik i spędzić jak najwięcej czasu, zdobywając doświadczenie na urazowym bloku operacyjnym. Póki nie wyjaśni się kwestia rekrutacji na specjalizację, trudno powiedzieć, co czeka mnie w dalszej części roku, ale jeśli nie dostanę się na rozmowę o pracę na rezydenturę, to najprawdopodobniej podejmę kroki, żeby zostać w tym samym szpitalu, w którym obecnie pracuję, albo przynajmniej w tym samym regionie Anglii. Choć na ten moment nie mamy zaplanowanych żadnych większych wyjazdów, to na pewno coś jeszcze zorganizujemy w nadchodzących miesiącach, gdy moja sytuacja zawodowa trochę się wyklaruje.

Comments

Popular posts from this blog

Kierunek Wyspy, czyli droga do stażu w Wielkiej Brytanii.

Już za kilka dni rozpoczynam ostatni rok studiów, ale jako, że lubię planować swoją przyszłość z wyprzedzeniem, moje myśli wybiegają o prawie rok do przodu, do czekającego mnie po szóstym roku stażu podyplomowego. Pozostając wierną maksymie, będącej nazwą mojego bloga ["Be brave, dream big."], moje plany dotyczące stażu wymagają trochę więcej zachodu i przemyśleń niż wybór miasta i szpitala w Polsce. Już kilka lat temu, zaraz po rozpoczęciu studiów, zaczęłam interesować się możliwościami kształcenia się za granicą. Ktoś mógłby mi wytknąć, że to niepatriotyczne z mojej strony, ale dla mnie najważniejsze jest to, aby uzyskać jak najlepszą możliwą edukację, a to gdzie będzie się to odbywać jest dla mnie sprawą drugorzędną. Swoje rozważania rozpoczęłam od Kanady, ponieważ przy wszystkich absurdach dzisiejszego świata, robi ona wrażenie bardzo stabilnego kraju, z dobrze prosperującym systemem ochrony zdrowia. Niestety, dostanie się tam na specjalizację (staż odbywa się u nich w ra...

I rok w pigułce - anatomia i histologia.

Wakacje trwają w najlepsze, ledwo wróciłam z rodzinnego wyjazdu, a zaraz czeka mnie kolejny, tym razem ze znajomymi. Dzisiejszy dzień spędzam odpoczywając, ale ponieważ pojawiło się kilka próśb, stwierdziłam, że spróbuję stworzyć post, w którym podsumuję pierwszy rok studiów. Za każdym razem, gdy ktoś pyta mnie jak wyglądają studia medyczne, albo jak było na pierwszym roku, mam poważny problem z odpowiedzią. Mam dwie opcje, powiedzieć to co pierwsze przychodzi mi na myśl i zabrzmieć jak zbyt pewna siebie i przesadnie wyluzowana czy spróbować tak ubrać to w słowa, żeby brzmieć tak jak stereotypowy student medycyny powinien... Na szczęście należę do osób, które wolą być szczere niż brzmieć dobrze, więc prawie zawsze wybieram opcję nr 1. I rok, tak jak zapewne każdy inny, jest do przejścia. Co więcej, na mojej uczelni jest on całkiem przyjemny i zapewnia na tyle dużą ilość czasu wolnego, że starcza go na imprezy, sport, IFMSA, gotowanie(niektórzy lubią, ja jestem za leniwa :P), spot...

Przepis na udane praktyki.

Pod wpływem zeszłorocznych i tegorocznych rozmów ze znajomymi i komentarza na moim blogu, oraz z okazji zakończenia kolejnych już praktyk (ostatni dzień był bardzo spokojny, piątek, za oknem deszcz, pacjentom chyba nie chciało się nawet chorować :P), postanowiłam napisać taki oto wpis :) Przede mną nadal jeszcze wiele lat studiów, a co za tym idzie, praktyk wakacyjnych, a później staż, który na ten moment wiele się od nich nie różni. Jak to będzie gdy mój rocznik dotrze do tego etapu? Nikt nie wie. Ten miniporadnik nie jest dla wszystkich, bo każdy może mieć inne wyobrażenie i oczekiwania wobec swoich praktyk. Poza tym zawsze można wyjątkowo kiepsko trafić, ale to są rzadkie wyjątki i na nich nie będę się skupiać. Jeśli chcesz jedynie "odklepać" przykry obowiązek, który skraca ci wakacje, po prostu zrób praktyki u cioci/taty/mamy koleżanki, albo jeśli nie znasz zupełnie nikogo kto podpisał by ci papiery i dał święty spokój, to popytaj na uczelni/poczytaj w Internecie, któr...