Wpis napisany na koniec lipca, ale jak zwykle chęć dodania zdjęć oznaczała, że czekał w szkicach zdecydowanie zbyt długo. Dodany w oryginalnej formie, więc wszelkie odniesienia do czasu będą nieaktualne. Postaram się dodać kolejny, bardziej aktualny, już niedługo.
Już za parę dni minie rok od naszej przeprowadzki "na północ", a ja mam wrażenie, jakbym mieszkała tu od lat. Mieszkając przez pięć lat na południu kraju, nasłuchałam się wielu stereotypów o północnej Anglii. Że wiecznie tu pada, że ludzie są mniej sympatyczni, że jest bieda. Istnieje tu podobna retoryka do tej polskiej "wschód kontra zachód kraju". Ostatnich dwunastu miesięcy pokazało mi jak bardzo jest ona tutaj nieprawdziwa. Pogoda? Bez porównania lepsza niż w Brystolu. Choć pada (jak to w Anglii), to są to na ogół intensywne, ale krótkie opady przeplatane dużą ilością słońca. Na południu regularnie zdarzały się dni, a nawet tygodnie, w których non stop padało, a w przerwach od deszczu niebo pozostawało szare i ponure. Ludzie? Bez porównania sympatyczniejsi i zawsze chętni, aby ci pomóc. Widać, że jest tu zdecydowanie mniej snobizmu i aspirujących "wyższych klas". Bieda? Tak i nie. Faktycznie, województwo, w którym mieszkamy, należy do biedniejszej części kraju, w której ubóstwo jest większym problemem niż w wielu miejscach bardziej na południu. Mimo tego, dzięki temu, że koszty utrzymania są znacznie niższe, a ceny nieruchomości dużo bardziej przystępne, ludzie wbrew pozorom są w stanie wieść bardziej komfortowe życie niż wiele osób w dużych miastach w centrum i na południu kraju.
To między innymi dlatego, gdy otrzymałam w marcu potwierdzenie, że nie dostałam się na rozmowę o rezydenturę (czego, jak wyjaśniałam w poprzednim wpisie, spodziewałam się), zaczęłam rozmowy ze specjalistami na ortopedii, aby spróbować zorganizować pozostanie na obecnej posadzie na kolejny rok albo i dłużej. Wszyscy specjaliści, z którymi pracuję, od ręki zapewnili mnie, że zrobią, co mogą, aby nie tylko pomóc mi tu zostać na dłużej, ale też aby umożliwić mi ukończenie specjalizacji w trybie pozarezydenckim. Było mi szalenie miło, że zależy im na tym, abym pracowała w ich zespole. W dodatku, nie były to puste słowa. Opiekun rezydentów od razu zaczął ze mną planować, jak to zrobić, aby umożliwić mi rotacje przez różne podspecjalizacje tak, żebym na przestrzeni kolejnych kilku lat spełniła wymagania CESR/portfolia kompetencji na zostanie specjalistką. Mr P., który był zaangażowany w moją rekrutację (i prowadził moją rozmowę o pracę), skontaktował się w moim imieniu z menedżerką ortopedii i zainicjował przekształcenie mojej posady z tymczasowego 12-miesięcznego kontraktu na umowę na czas nieokreślony. Pozostali specjaliści wyrazili swoje wsparcie i podzielili się radami, po czym jednogłośnie odmówili prowadzenia ze mną kolejnej rozmowy o pracę (formalnie, aby utworzyć nową, permanentną posadę, powinna się taka odbyć), tłumacząc menedżerce, że "przecież pracujemy z nią od prawie roku i gdyby ktokolwiek miał wątpliwości co do kompetencji, to nie byłoby jednogłośnego poparcia na jej pozostanie w zespole". Tym samym, po krótkiej rozmowie telefonicznej z menedżerką i wypełnieniu jednego czy dwóch dodatkowych dokumentów mój kontrakt został przekształcony w umowę na czas nieokreślony. Jako że od początku jestem zatrudniona na tak zwanym "SAS contract", czyli ustandaryzowanej na skalę kraju umowie dla lekarzy w trybie pozarezydenckim, oznacza to też, że z biegiem lat i nabytym doświadczeniem, moja wypłata będzie szła w górę tak samo jak w przypadku rezydentów. Zrobiło mi się naprawdę miło, że cały departament tak jednogłośnie mnie wsparł i pomógł mi to wszystko zorganizować. Z drugiej strony, nie jestem zaskoczona, bo wszyscy specjaliści, z którymi pracuję, od samego początku byli niesamowicie wspierający. Jako najmłodsza ze starych rezydentów wymagałam dużo większego nadzoru i wsparcia, zwłaszcza w poradniach i na bloku operacyjnym, i żaden z nich nigdy nie dał mi odczuć, że to jakiś problem, mimo że są oni przyzwyczajeni do trochę bardziej doświadczonych rezydentów. Choć moja samodzielność na bloku operacyjnym znacząco wzrosła, to pewnie minie jeszcze z rok, zanim będę na poziomie, do którego są przyzwyczajeni, co wynika po prostu z tego, że rutynowo nie dostają nikogo mniej doświadczonego niż ST5 (czyli rezydent na trzecim roku drugiego stopnia), podczas gdy ja obecnie kończę ST3 (czyli pierwszy rok). Nie mam natomiast wątpliwości, że z takim wsparciem, jakie otrzymuję, jeśli utrzymam obecny poziom motywacji, to uzyskanie tytułu specjalisty w trybie pozarezydenckim będzie tylko kwestią czasu.
W ramach rozbudowy mojego portfolio, poza pracą na oddziale i w poradniach, kontynuuję pracę z zespołem badań klinicznych przy kwalifikacji pacjentów do badań, a także dalej pracuję nad naszym projektem naukowym. Podjęliśmy decyzję, aby poszerzyć go o dodatkowe 12 miesięcy danych, więc z powrotem jestem na etapie ich zbierania, ale miejmy nadzieję, że na przestrzeni kolejnych kilku miesięcy uda nam się opublikować wyniki. Nie ukrywam, że praca naukowa dalej nie jest moim ulubionym aspektem bycia lekarzem, ale w UK jest ona w pewnym sensie obowiązkowa, więc chcąc nie chcąc muszę być w nią zaangażowana. W celu rozwoju moich umiejętności technicznych, poza regularnym operowaniem, wzięłam niedawno udział w dwudniowym kursie chirurgii bioder i kolan, który dał mi lepsze zrozumienie teorii, a także możliwość przećwiczenia elementów praktycznych wymiany bioder i kolan. Nadal nie wydaje mi się, żeby artroplastyka była tym, co chciałabym robić jako specjalistka, ale jeszcze całkowicie tego nie wykluczam, zwłaszcza, że jest na to bardzo duże zapotrzebowanie w starzejącym się społeczeństwie.
Po dwunastu miesiącach pracy ze specjalistą od artroplastyki, od sierpnia, przez kolejne sześć miesięcy będę miała okazję pracować z nowo zatrudnioną specjalistką od stawów skokowych i stóp. Dzięki temu, że dołączyła ona do istniejącego zespołu dziewięciu specjalistów uczestniczących w grafiku dyżurowym (a nie tylko pracujących elektywnie jak mój obecny specjalista), mój tryb pracy z 'uzupełniania luk kadrowych' stanie się regularnym grafikiem takim samym jak u wszystkich pozostałych starszych rezydentów. Jak zawsze, będzie to miało swoje plusy i minusy. Niestety, będzie on zdecydowanie mniej elastyczny, ale za to bardziej regularny, co powinno ułatwić mi zdobywanie kolejnych kompetencji niezbędnych do rozbudowy portfolio. Miss C. jest niesamowicie charyzmatyczna i chętna do dzielenia się wiedzą, więc powinnam mieć wiele okazji do rozwoju. Za to po pół roku pracy z nią, choć nie jest to jeszcze potwierdzone, od lutego przyszłego roku planujemy zorganizować mi rotację w zespole podspecjalizującym się w chirurgii kończyny górnej, który znajduje się w szpitalu należącym do tego samego zespołu, ale w innej miejscowości. Opiekun starszych rezydentów jest już w trakcie rozmów, aby mi to umożliwić. Aby uzyskać tytuł specjalisty, będę musiała odbyć jeszcze kilka innych rotacji przez różne podspecjalizacje, z których na szczęście większość jest dostępna w naszym szpitalu, ale "one step at a time”, jak to mówią.
W związku z tym, że bardzo dobrze nam się tutaj żyje i pracuje, jeszcze zanim otrzymałam potwierdzenie nowej umowy o pracę, zaczęłam obserwować lokalny rynek nieruchomości. Choć wielu starszych rezydentów w regionie decyduje się na zakup domu w największym mieście – Newcastle lub na jego obrzeżach, dla nas największy sens miałoby zostać w naszej obecnej lokalizacji, najlepiej w tej samej dzielnicy, jako że oboje z B możemy chodzić do pracy spacerem (choć od czasu, gdy mam samochód, to u mnie ciężko z motywacją do tego). Dojazd do ościennych miejscowości, do poradni i na operacje planowe też jest bezproblemowy. Nawet jeśli od lutego będę w drugim szpitalu, bardziej na południe, to nadal dojazd będzie w miarę sensowny i znam osoby, które mieszkają tam na stałe, pracując na moim oddziale. Do Newcastle też jest na tyle blisko, że spokojnie można tam wyskoczyć na parę godzin, zarówno samochodem, jak i pociągiem. Także po kilku miesiącach obserwowania rynku, pod koniec marca umówiliśmy się na oglądanie pierwszego domu, który od razu wpadł mi w oko, mimo trochę nietypowego stylu i faktu, że jest to dom parterowy. W kolejnym miesiącu obejrzeliśmy kilka różnych nieruchomości, ale cały czas myślami wracałam do tej pierwszej, więc po kolejnej, dłuższej wizycie, na której zrobiłam mnóstwo zdjęć, oraz po długiej liście pytań, na które właściciele odpowiedzieli bardzo sprawnie, pod koniec kwietnia postanowiliśmy złożyć naszą ofertę. Choć nasza pierwsza oferta nie została zaakceptowana, to ostatecznie i tak udało nam się wynegocjować niższą cenę niż ta, za którą dom był wystawiony, i na przestrzeni kolejnych trzech miesięcy zajęliśmy się załatwianiem miliona formalności. Jeszcze zanim złożyliśmy naszą ofertę, doczytaliśmy, że zakup domu w Anglii potrafi być bardzo długim procesem, który do tego, ze względu na angielskie prawo, nie jest wiążący, dopóki nie dojdzie do wymiany kontraktów, więc do ostatniej chwili nie mieliśmy pewności, czy zakup dojdzie do skutku. Na szczęście obyło się bez większych niespodzianek czy problemów i w spokojnym tempie, ale też bez opóźnień, od 31 lipca staliśmy się właścicielami naszego pierwszego domu (i kredytu). Teraz przed nami jeszcze więcej pracy, bo czeka nas przeprowadzka i remont, chociaż dom jest w takim stanie, że na spokojnie możemy się tam wprowadzić i wyremonować go w przyszłości, już tam mieszkając. Jako że nasz okres wypowiedzenia najmu to dwa miesiące, będziemy mieli cały miesiąc na zorganizowanie przeprowadzki, a że nowe lokum jest śmiesznie blisko obecnego, to sporą część będę mogła przewieźć autem na kilka rund. Miejmy nadzieję, że po latach przeprowadzek (licząc te akademikowe w tę i we w te, mam ich za sobą już dziesięć, a do Anglii i w jej obrębie cztery w ciągu sześciu lat) ta będzie ostatnią na bardzo długi czas.
W związku z planowanym zakupem domu, po wycieczce do Maroka, w dalszej części tego roku postanowiliśmy odpuścić większe podróże, ale bez kilku krótkich wypadów się nie obyło. Od lokalnych wycieczek po północno-wschodniej części kraju, w tym również z rodzinką, która wpadła w odwiedziny; przez city break w Dublinie z M. i B., połączony z podwójnym koncertem Metalliki; po coroczny urodzinowy wypad do Polski, gdzie w końcu po latach znów wybrałam się na windsurfing (i spędziłam 90% czasu wyciągając żagiel i zdryfowując w trzciny, ale pogoda nie była optymalna na powrót po takiej przerwie).
W ramach lokalnych wycieczek odwiedziliśmy między innymi Tynemouth, gdzie spędziliśmy najcieplejszy dzień tego lata chowając się przed słońcem, pijąc pyszne cold brew, jedząc tradycyjne 'fish and chips' i zachwycając się widokami znad oceanu.































Comments
Post a Comment